Starszy syn nie jest negatywną postacią w przypowieści o synu marnotrawnym. Nie ma w niej w ogóle postaci negatywnych. Dokładniej, poprzez obraz dwóch braci Bóg pokazuje ma pozytywne i negatywne doświadczenia człowieka na różnych etapach jego rozwoju duchowego.
Przypowieść o synu marnotrawnym, którą znajdujemy jedynie u Ewangelisty Łukasza, Cerkiew celowo przypomina nam w drugim tygodniu przygotowawczym do Wielkiego Postu. Jest to całkiem zrozumiałe: do pokutnego okresu Wielkiego Postu należy przygotować się poprzez wstępną refleksję nad tym bardzo ważnym aspektem życia duchowego chrześcijanina, jakim jest okazywanie skruchy. Taka refleksja została zapoczątkowana w niedzielę o celniku i faryzeuszu, i jest kontynuowana w niedzielę o synu marnotrawnym.
Główną ideą przypowieści o synu marnotrawnym jest niewątpliwie objawienie tej prawdy, że człowiek, bez względu na to, na jakim etapie moralnego oddalenia od Boga się znajduje, zawsze ma otwartą możliwość powrotu do Niego i znalezienia w Nim kochającego Ojca, który bez wyrzutów i z właściwą sobie hojnością przyjmuje każdego, kto powraca do Niego poprzez skruchę i porzucenie dotychczasowego grzesznego życia.
Jest jednak w tej opowieści jeszcze jeden bardzo ważny obraz - a mianowicie obraz starszego syna, który nigdy nie opuścił ojca - obraz "przerysowany" na samym końcu i to bardzo lakonicznie, a przez to z pozoru i złudnie nieistotny. Niemniej jednak wystarczy przyjrzeć się bliżej temu obrazowi, by zrozumieć, że jest to złudne odczucie.
Starszy syn nie jest negatywną postacią w przypowieści. Nie ma w niej w ogóle postaci negatywnych. Dokładniej, poprzez obraz dwóch braci Bóg pokazuje ma pozytywne i negatywne doświadczenia człowieka na różnych etapach jego rozwoju duchowego. Jeśli przejdziemy od obrazu do sedna przypowieści, to młodszy syn jest obrazem człowieka, który duchowo obudził się na swojej grzesznej drodze, który odnalazł wiarę w Boga i wrócił do Domu Ojca, to znaczy na łono Cerkwi. Starszy syn jest obrazem człowieka, który od dawna (może nawet od urodzenia) przebywa w Domu Ojca, ale cierpi na pewne choroby swoiste dla jego sytuacji. Dlatego dla nas, przebywających w łonie Cerkwi od wielu lat, a nawet dziesięcioleci, obraz starszego syna jest nie mniej, a może nawet bardziej ważny niż obraz syna marnotrawnego.
"Służyłem Ci przez tyle lat...".
Wysoka godność starszego syna określona jest w przypowieści słowami samego ojca, który mówi do niego: "Synu mój, jesteś zawsze przy mnie i wszystko co moje jest twoje". Sam syn dodaje o sobie, że służył ojcu przez wiele lat i nigdy nie zlekceważył jego poleceń. Widzimy jednak, że nie podziela on radości ojca z powrotu młodszego brata. Kiedy wracając z pola otrzymał wiadomość o powrocie brata marnotrawnego i zobaczył reakcję ojca - jak mówi nam Ewangelia - "rozgniewał się więc i nie chciał wejść". Ale dlaczego?
Niezdolność do wspólnego przeżywania z ojcem radości z powrotu brata była tu konsekwencją utraty przez starszego brata innej radości - radości z życia z ojcem. To, co teraz znalazł młodszy brat i co sprawia, że jest szczęśliwy, starszy już stracił i dlatego drażni go szczęście brata, choć może nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Kiedyś sam przeżywał tę radość, żyjąc przy ojcu w jego domu. Dobrze rozumiał i, co ważniejsze, czuł, że wszystko, co należało do jego ojca, należało również do niego, ponieważ ojciec go kochał, a on kochał ojca. Dlatego wcześniej nie myślał o żadnym oddzielnym koźlęciu: dzielił posiłek tylko z ukochanym ojcem i było mu całkiem dobrze. Jednak w miarę upływu czasu wszystko się zmieniło. Z jakichś powodów więź z ojcem, którą kiedyś się cieszyli, osłabła, a wraz z nią po cichu zniknęła radość, która wcześniej była stałym elementem jego czasu z ojcem. W konsekwencji, nawet przy zewnętrznym przestrzeganiu wszystkich poleceń ojca, starszy syn stopniowo tracił zdolność do miłości, która tak bardzo wyróżniała jego ojca, a tym samym stanowiła również jego cechę charakterystyczną. Zaczęła ciążyć mu bliskość ojca, a żal po stracie brata zastąpiła gorycz i skryta zazdrość o utracony spadek. Myśl o utuczonym cielcu na ucztę z przyjaciółmi - coś podobnego do życzenia młodszego brata z początku przypowieści - zaczęła coraz bardziej burzyć jego i tak już rozbitą jedność z ojcem. Toteż wiadomość o powrocie brata, a zwłaszcza o tym powitaniu, jakie urządził mu ojciec, nie mogła nie pozostawić w jego sercu rozgoryczenia.
O utraconej radości
Starszy syn to obraz człowieka, który "porzucił swoją pierwotną miłość" (Ap 2,4). Czas neofitów, "potężnych skrzydeł" i "wysokiego lotu", kiedy to człowiek może godzinami wpatrywać się z miłością w ikonę Zbawiciela, a wielogodzinne całonocne czuwania mijają "w okamgnieniu" - ten okres nieuchronnie się kończy i człowiek "schodzi na ziemię", aby w pocie czoła zdobywać pokarm duchowy. Bóg nie porzuca człowieka. Nie. Ale, podobnie jak starszego syna, "wysyła go na pole", aby przez swoją pracę zarobił na to, co wcześniej otrzymał za darmo. Nie odsyła go z pustymi rękami, ale daje mu narzędzia: doświadczenie miłości Ojca, której już skosztował i radość z obcowania z Nim, która jest w stanie osłodzić każdą gorycz pracy.
Zadanie nie jest łatwe, nawet z takimi narzędziami w ręku, bo gleba jest prawdziwie "dziewicza"! Jedynym celem duchowego oracza nie jest "tępienie narzędzi" na "dziewiczej glebie", ale zachowanie "swojej pierwotnej miłości" - uczucia radości, które rodzi się i żyje w duszy, oddanej Bogu.
Patologiczna i jakby już nieodwracalna utrata tej radości i poczucia bliskości Boga jest moim zdaniem jednym z poważniejszych problemów duchowych współczesnych chrześcijan. Nieuniknione i łatwe do rozpoznania oznaki tej porażki: niemal nieustanna skamieniała nieczułość i przygnębienie - mnożą się w zatrważającym tempie we współczesnym chrześcijańskim społeczeństwie i póki co tendencja ta dopiero nabiera rozpędu. Niestety już wielu z nas zapomniało, czym jest radość serca po modlitwie czy spokój ducha po przyjęciu Sakramentu Eucharystii. Jest też wielu ludzi, którzy będąc od wielu lat w Cerkwi, wydają się w niej "zagubieni" i już dawno stracili poczucie, że są otoczeni braćmi i siostrami, a Chrystus jest naszą Głową. Jest też wielu pośród nas, którzy jakby z przyzwyczajenia przychodzą na niedzielną Świętą Liturgię, a od dłuższego czasu żyją innymi wartościami i celami, pielęgnując nadzieję na choć małe "koźlę". Takie fałszywe stany i dążenia mogą się tylko mnożyć, przerażając nas swoją różnorodnością, gdyż utrata radości bycia z Bogiem nieuchronnie przeradza się w poczucie, że ciąży nam przebywanie blisko Niego. A to wiąże się ze zniszczeniem wszystkich prawdziwych i trwałych sensów naszego istnienia.
Innymi słowy, ten, kto utracił radość obcowania z Bogiem, zaczyna odczuwać uciążliwość Boga i może być to najstraszniejsza metamorfoza, jaka może się dokonać w życiu chrześcijanina.
Dlaczego jednak czasem dochodzi do takiej straty, która prowadzi do tak strasznej metamorfozy? To bardzo trudne pytanie. Jednak nie zostało nam przykazane, byśmy szukali radości życia duchowego, ale byśmy ciężko pracowali. Bóg powiedział do swoich uczniów: "Pokój Mój daję wam" (J 14, 27), a zdaniem wielu Ojców Kościoła droga chrześcijanina charakteryzuje się stopniowym wyciszaniem się człowieka: w miarę oczyszczania się duszy z namiętności, w miarę nabywania cnót, zdobywa on również pokój Chrystusa i radość obcowania z Nim. Dlatego pierwsze pytanie, jakie możemy sobie zadać, brzmi: Czy w moim życiu toczy się prawdziwa walka z namiętnościami i prawdziwa praca nad zdobywaniem cnót?
Drugie pytanie, które może nam pomóc we właściwym rozeznaniu, jest następujące: do kogo Bóg mówił o udzieleniu swojego pokoju? Do Swoich uczniów, do tych, którzy Go kochali. A ten, kto kocha Chrystusa, zgodnie z Jego słowami, to ten, kto przestrzega Jego przykazań. Więc może właśnie o to chodzi? Czy może być tak, że życie według przykazań Chrystusa nie jest już w rzeczywistości naszym obowiązkiem i że ograniczamy się jedynie do formalnego "chodzenia po polu"? Być może odpowiadając na takie pytania, które w gruncie rzeczy dotyczą tego samego, naprawdę zrozumiemy, gdzie podziała się nasza chrześcijańska radość, a tym samym droga do jej odzyskania stanie się dla nas równie oczywista.
"Ten twój syn..."
Inną chorobą "starszego syna", wywołaną przez pierwszą, jest brak wyrozumiałej miłości do powracającego "młodszego brata". Choroba ta, trzeba przyznać, jest bardzo powszechna w dzisiejszym chrześcijańskim społeczeństwie. Wspomnieliśmy już, że przyczyną gniewu starszego syna nie była wcale grzeszna przeszłość powracającego, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Starszy brat, straciwszy skarb, jakim jest radość z bycia w jedności z ojcem, stopniowo wraz z radością bycia w jedności utracił podobieństwo do ojca. Dlatego też radość, którą ojciec cieszył się z powrotu młodszego syna, była mu całkiem obca, podobnie jak, w rzeczy samej, zdolność do radowania się z innymi. Przepełniał go pełen zazdrości żal, że sam nie otrzymał nawet koźlęcia, a o młodszym bracie myślał tylko w duchu ironicznym i sarkastycznym: "No cóż, miał już dość, roztrwonił wszystko, stał się biedny i nikomu niepotrzebny, a teraz pojawił się, myśląc: może jeszcze coś dostanę od ojca". Dość cyniczne, nieprawdaż?
Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że takie traktowanie naszych "braci marnotrawnych", którzy wracają do Boga, nie jest zjawiskiem rzadkim. Niestety, często spotykamy się z różnymi argumentami, gdy w świątyni ze świecą stoją osoby o dwuznacznej reputacji w społeczeństwie. Można wtedy usłyszeć: "Nakradł, a teraz ze świeczką pozuje przed Bogiem"; albo "Zbłądził, a teraz idzie do spowiedzi"; albo "Wiem, jaki jesteś naprawdę. Boga nie da się oszukać". Od kogo słyszy się takie słowa? Od tych naszych braci i sióstr, którzy od lat przychodzą do świątyń i skrupulatnie pilnują swego prawa do bycia "starszym bratem". A ileż łez wypłakano i ileż gniewnych słów usłyszano od pracowników świątyni! Jakaś babcia z brudną miotłą wypędzi ze świątyni zdesperowanego narkomana, który przyszedł tam jak do ostatecznego miejsca schronienia, albo ktoś inny użyje mocnych słów wobec wymalowanej kobiety, tak że nie odważy się ona więcej wejść do świątyni! I wszystko jest nie tak: podarte kolana w spodniach, krótka spódnica albo źle uczyniony znak krzyża! To, niestety, ciągle ta sama historia powrotu "młodszego brata", z której nie wyciągnięto żadnych wniosków. A powody są takie same, jak w przypadku starszego brata z przypowieści: nieufność wobec szczerych zamiarów tego, który wraca do domu Ojca, bezprawnie przywłaszczony sobie szczególny status w nim i wynikające z tego prawo do osądzania oraz oczywiście zazdrość: zdążył skosztować "wszystkich przyjemności", a teraz będzie prosił Boga o przebaczenie. Jednak główną przyczyną pozostałych jest utrata poczucia bliskości Boga i radości z przebywania z Nim. Niemal niemożliwym jest przeżycie tej straty, nie tracąc przy tym specyficznych dla tej radości wszelkich wartości i znaczeń.
Chrześcijaństwo jest religią radości. Ta podręcznikowa prawda mówi przede wszystkim, że źródłem prawdziwej radości dla człowieka jest Bóg, który uszczęśliwia duszę chrześcijanina poprzez świadomość Jego bliskości i objawienie Jego udziału we wszystkich okolicznościach naszego życia. Jest to radość, której nikt nie może odebrać chrześcijaninowi siłą, ale której chrześcijanin może pozbawić się sam. Kto doświadczył i nauczył się żyć tą radością, w końcu nauczy się radować tak, jak jego Ojciec, czyli dzielić się swoją radością ze wszystkimi wokół. Kto jednak pozbawiony jest tej radości i nie spieszy się z podjęciem kroków do jej odzyskania, skazuje się na bezowocną pracę w pogoni za fałszywymi wartościami. Podobnie jak starszy brat z przypowieści, będzie trudził się w polu, marząc o koźlęciu.
o. Dimitrij Wydumkin (Tłum. Justyna Pikutin)
za: pravoslavie.ru
fotografia: Tanjica /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.