Nasze życie jest ulotne. Czasem znikamy nagle, czasem to trwa. Żyjąc, już umieramy - jak dla Abrahama jego syn po nakazie złożenia go w ofierze. Abraham to wzór wielkiego posłuszeństwa Bogu, gotowego poświęcić to, co najcenniejsze, co najdroższe sercu. Co dało mu siłę, by przejść przez tę próbę?
W naszej okolicy jest sporo żurawi, a jedna z par w tym roku miała swoje gniazdowisko gdzieś niedaleko. To majestatyczne, duże ptaki, o bardzo charakterystycznym locie – znajdują się zawsze w pewnej odległości od siebie, jeden z przodu, drugi za nim, nieco z boku. Lecąc, komunikują się ze sobą. Najpierw głośny dźwięk, taki trochę krzyk (zwany klangorem) wydaje pierwszy, po krótkiej chwili drugi mu odpowiada. I tak praktycznie przez cały lot. Milkną, gdy wylądują.
Krzyk żurawi jest trochę niepokojący, jakby pełen jakiegoś bólu. Mimo iż słychać go już od wielu miesięcy, nadal nie potrafię się do niego przyzwyczaić, stale rodzi skojarzenie z jakimś nieszczęściem.
Ono tej parze prawdopodobnie rzeczywiście się przydarzyło. Od 2-3 tygodni nie ma już dwóch lecących żurawi. Jest tylko jeden. Gdy leci, wydaje swój dźwięk, teraz jakby jeszcze bardziej wypełniony cierpieniem – lecz odpowiada mu jedynie cisza. Czasem widzę go jako mały punkt na niebie w oddali, jak zatacza kręgi nad polami. Po kilku lub kilkunastu minutach takiego krążenia, któremu towarzyszy krzyk, prostuje lot i znika. Może to tam po raz ostatni ptaki były razem…
Widok i głos pojedynczego żurawia, jego nagła samotność – to wszystko prowadzi do refleksji o ulotności naszego życia. Cokolwiek wydaje się nam stałe, trwałe, zarządzone – może zniknąć w jednej chwili.
Tak samo mogą zniknąć – i znikają – ludzie wokół nas. Uświadomiłem sobie ostatnio, że choć mam swoje lata, dotąd nie było mi dane towarzyszyć komuś w procesie jego odchodzenia z tego świata. Wszystkie śmierci w rodzinie i u znajomych wydarzały się nagle. Nawet gdy dotykały osoby starszej, to nic nie wskazywało, że to będzie już wkrótce.
Tego sobie w sumie życzymy – by nie cierpieć zbyt długo; by odejść szybko, w miarę bezboleśnie. To też i moje życzenie, dla mnie samego i dla innych.
Ale ono wynika też z czegoś jeszcze. Z lęku przed własną bezradnością i nieumiejętnością poradzenia sobie z sytuacją, w której nic nie mogę zrobić i pozornie jestem jedynie biernym obserwatorem. W której właściwie nie wiadomo, jak się zachować, co robić, co mówić, jak dodatkowo odchodzącego nie zranić, nie przysporzyć mu niepotrzebnego cierpienia. Jak samemu poradzić sobie z własnymi emocjami, lękami i strachem przed przekroczeniem granicy życia i śmierci, Tego nas nikt nie uczy. Tu nie ma też jednego wzorca dla wszystkich.
Bardzo poruszająca była dla mnie homilia abp. Jakuba z Niedzieli Podwyższenia Krzyża. Z jednej strony bogata teologicznie i biblijnie poprzez zestawienie ofiary Jezusa Chrystusa z jej starotestamentowym archetypem – dziejami Izaaka mającego zostać złożonym w ofierze na górze w krainie Moria przez swego ojca, Abrahama. Z drugiej strony uruchomiła refleksję, o której wspomniałem wyżej. A to dlatego, że padły w niej następujące słowa:
„Bóg sprawdza wiarę i oddanie Abrahama. Jakby mówi mu – obiecałem i dałem ci syna, ale teraz przynieś Mi go w ofierze. Możemy tylko domyślać się, możemy jedynie próbować zrozumieć ten wielki, wewnętrzny ból ojca, który tak późno otrzymał syna i ma go teraz stracić... Jak bardzo musiał to przeżywać... [...]
Od chwili otrzymania przez Abrahama Bożego nakazu złożenia syna w ofierze do wejścia na górę upływają trzy dni. W umyśle i sercu Abrahama jego syn przez te trzy dni był już martwy...”.
Izaak nadal żyje swoim życiem, nieświadomy tego, co się stanie. Lecz jego ojciec wie, że pozostały im zaledwie trzy dni. W każdej godzinie widzi swego jeszcze żywego syna, którego sam będzie musiał zabić. Obserwuje jego młodzieńczą beztroskę, radość życia – i jednocześnie widzi go już martwego, złożonego na ołtarzu całopalenia Bogu, Który najpierw uszczęśliwił tym darem niemłodych już Sarę i Abrahama, a następnie kazał mu go zabić.
Tych trzech dni Abraham nie spędza rozpaczając, płacząc, przeżywając to, co za chwilę się stanie. Pismo relacjonuje sucho:
Nazajutrz rano [po otrzymaniu polecenia od Boga] Abraham osiodłał swego osła, zabrał z sobą dwóch swych ludzi i syna Izaaka, narąbał drzewa do spalenia ofiary i ruszył w drogę do miejscowości, o której mu Bóg powiedział. Na trzeci dzień Abraham, spojrzawszy, dostrzegł z daleka ową miejscowość. I wtedy rzekł do swych sług: «Zostańcie tu z osłem, ja zaś i chłopiec pójdziemy tam, aby oddać pokłon Bogu, a potem wrócimy do was». Abraham, zabrawszy drwa do spalenia ofiary, włożył je na syna swego Izaaka, wziął do ręki ogień i nóż, po czym obaj się oddalili.
Izaak odezwał się do swego ojca Abrahama: «Ojcze mój!» A gdy ten rzekł: «Oto jestem, mój synu» - zapytał: «Oto ogień i drwa, a gdzież jest jagnię na całopalenie?» Abraham odpowiedział: «Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój». I szli obydwaj dalej. A gdy przyszli na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka, położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna (Rdz 22, 3-10).
Podczas tych trzech dni przy boku Abrahama jakby nie ma Boga. Nie widać Go, nie słychać. Abraham jest sam – sam z przerażającym poleceniem, sam ze świadomością dzieciobójstwa, którego dokona, sam ze świadomością kłamstwa, które przekazuje synowi i sługom. I sam ze świadomością tego, że gdy zabije – samotnie powróci do służących, a potem wraz z nimi do domu, do swej żony, a matki Izaaka, Sary. I będzie musiał jej powiedzieć, co zrobił.
Czy Abraham nie miał emocji? Czy jego serce zlodowaciało, gdy przyjął polecenie Boga? Czy stał się nagle jedynie ludzkim automatem, mechanicznie wykonującym wszystkie przygotowania, skutecznie okłamującym wszystkich wokół, a potem sięgającym po nóż, by zabić? Nie wiemy. Księga Rodzaju nie mówi o tym ani słowa.
Abraham jest wzorem posłuszeństwa Bogu i Jego woli. Wzorem oddania tak wielkiego, że gotowego poświęcić to, co najcenniejsze, co najdroższe sercu, by wypełnione zostało Boskie polecenie. Wzorem niesamowicie trudnym, o ile w ogóle możliwym do naśladowania.
Abrahama z Bogiem łączy mocna i głęboka więź. Bóg dla niego nie jest kimś odległym, spotykanym okazjonalnie, kontakt z którym przerywa naturalny rytm codzienności. Oni obaj – Bóg i Abraham – rozmawiają ze sobą. Utrzymują stałą relację. Bóg jest częścią codzienności Abrahama. Może dlatego Pismo nie musi nic mówić o uczuciach Abrahama. O tym, czy wierzył, czy ufał, że Bóg jednak nie pozwoli skrzywdzić Izaaka. Bo może cały czas brzmiały mu w głowie słowa Najwyższego: Nie obawiaj się, Abramie, bo Ja jestem twoim obrońcą (Rdz 15, 1).
Może to jest właśnie to, czego nam, mi brakuje? Stałość i głębia relacji, zaufanie, które z takiej relacji się rodzi. Świadomość, że niezależnie od tego, co się dzieje, Bóg jest zawsze przy nas. Wreszcie – że nasze istnienie tutaj jest naprawdę jedynie „uwerturą do życia”, jak kiedyś celnie określił to władyka Jakub.
To nie przekreśla czy nie podważa znaczenia naszego ziemskiego etapu – pokazuje jedynie, że jest jest to zaledwie krótki prolog, za którym czeka na nas coś zdecydowanie dłuższego, wiecznego. Granicą między nimi jest fizyczna śmierć. Ona oddziela to, co nam dobrze znane z doświadczenia, od tego, co niby znamy z Pisma, z nauczania, co jest piękną wizją uczty niekończącego się wieku, ale czego jednak do końca nie czujemy, bo to tylko wizja, a nie realność, której możemy dotknąć, którą możemy zobaczyć. Jeśli dodamy do tego mający nad nami nastąpić sąd i potencjalne wieczne potępienie – nic dziwnego, że napawa to lękiem.
Jak więc w tej sytuacji, samemu bojąc się, radzić sobie jeszcze z odchodzeniem kogoś bliskiego? Jak pocieszać, jeśli miast pewności co do przyszłości, sami mamy ogromny znak zapytania?
W relacji z Bogiem tak często lęk przeważa nad miłością i zaufaniem. Tak często na pierwszym planie jest nie to, czego praobrazem była ofiara Izaaka – zbawcza śmierć, a potem zmartwychwstanie Chrystusa, ale grzech, który wydaje się dominować nad wszystkim i odbierać nam wszelką nadzieję i wręcz wiarę we wszechpotęgę i miłosierdzie Boga. I być może dlatego tak trudno jest nam towarzyszyć tym, którzy kończą już swoją uwerturę – gdy samemu jest się zalęknionym, trudno jest pomóc drugiemu, równie zalęknionemu…
Bywamy tak bardzo skupieni na sobie, na swoim życiu, jego wyzwaniach, problemach, walce o siebie lub przeciw innym, że nie dostrzegamy będącego obok nas Boga. Nie widzimy przejawów Jego działania, Jego łaski, czy po prostu – obecności. Nie mamy tej więzi, którą łączyła z Nim Abrahama. Dlatego być może Bóg do niego nie musiał w tych trzech dniach nic mówić. Być może umysł i serce Abrahama, w których przez te trzy dni Izaak był już martwy, wypełniała jednak także nadzieja, że to się tak wcale nie skończy. Bo Bóg jest Jego obrońcą. I to Bóg obiecał mu, że stanie się ojcem mnóstwa narodów (Rdz 17, 4).
Prawda jest taka, że rodzimy się ku śmierci. Ziemska uwertura wcześniej czy później musi się zakończyć. Żyjąc, wszyscy już sobie wzajemnie towarzyszymy w umieraniu dla tego życia. Jesteśmy dokładnie jak Abraham podczas tych trzech dni – wiemy, że człowiek obok nas, nasz bliski lub nieznajomy, jest martwy. Tak samo, jak martwi jesteśmy my.
Pytanie tylko, co z tym robimy? Czy naprawdę wierzymy, że jest coś więcej? Że jest Ktoś, ku Komu idziemy, Kto na nas czeka? Kto nas zbawił, Kto nam darował życie wieczne, po które sami tylko musimy chcieć sięgnąć? Kto ukształtował nas takimi, jakimi jesteśmy, ze wszystkimi naszymi talentami, z całym potencjałem, którym powinniśmy służyć Jemu i naszym bliźnim?
Miłosierdzie Boże jest niepojęte. Dlatego zbawiony mógł być dobry łotr na krzyżu, w prawie ostatniej chwili swego życia. Dlatego taką samą zapłatę otrzymali robotnicy ostatniej godziny, jak i ci pierwszej godziny, trudzący się w winnicy cały dzień. Bóg nie myśli po ludzku, nie kalkuluje jak człowiek. Jego sprawiedliwość jest inna niż nasza. I to jest wielka nadzieja dla każdego z nas.
Może ostatnie nuty uwertury do życia wiecznego ludzi będących obok mnie będą wybrzmiewały błyskawicznie, jak bywało dotąd, i ich odejście będzie zaskoczeniem. A może będzie inaczej. Każdemu z nich w tym odchodzeniu towarzyszę jednak już teraz, tak jak oni towarzyszą mi. Wśród nas i przy nas obecny jest Bóg, tak jak był przy Abrahamie. Może nasze przygotowanie do tego towarzyszenia to dostrzeżenie Go, nawiązanie relacji, obserwacja tego, co czyni? By mimo wszystko mieć nadzieję, jak zapewne miał ją Abraham.
Samotny żuraw nadal lata. Nadal słychać jego krzyk, jego zawołanie. Jednak po tych przemyśleniach mam też nieco inne skojarzenie – ten krzyk może być nie tyle wezwaniem partnera, ale odpowiedzią na nie, choć teraz już go nie słychać. W życiu Abrahama kilkakrotnie Pan go wzywał – odpowiedź Abrahama brzmiała zawsze: Oto jestem.
Tak naprawdę całe nasze życie powinno być nieustannym mówieniem Bogu tego samego, w każdych okolicznościach. Oto jestem, Panie. Może mniej posłuszny, może czasem bardziej krnąbrny i dyskutujący, czasem bardziej ślepy na Twoją obecność. Ale mimo wszystko – Oto jestem.
Gabriel Szymczak
fotografia: pravmir.com
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.