czw, 13 sie (31 lip) czwartek, 13 sie (31 lip) 2026 roku juliański
Kalendarz →
Świat 3 grudnia 2013

Czas się zatrzymał

W Mińsku Irena Denisowa, muzyk  – to osoba szeroko znana.

W Mińsku Irena Denisowa, muzyk – to osoba szeroko znana. Jej decyzję o pójściu do monasteru wielu przyjęło jako skandal. Koledzy nie rozumieli: niedawno wesoło obchodzili jej 50 urodziny. I nagle rzuciła palenie, przestała nosić dżinsy, zebrała swoje rzeczy i poszła do monasteru!

W rzeczywistości to „nagle” stało się z Ireną piętnaście lat wcześniej, po cudownym wyleczeniu jej młodszego syna.

- Kiedy Ignacy miał 4 lata odkryto u niego guz nerki – mówi Irena – dwa razy większy od samej nerki. Rak w ostatnim stadium. Kiedy lekarze robili operację, guz pękł, a komórki rakowe przedostały się do jamy brzusznej. Sytuacja katastrofalna. Ignacy przechodził ciężką chemioterapię i radioterapię, ale lekarze nic nie mogli obiecać…

- Byłam ochrzczona, ale do cerkwi nie chodziłam. W zamian za to uczyłam się w szkole astrologicznej Pawła Głoby. Postawiłam horoskopy wszystkim członkom rodziny. Myślałam, że wiem wszystko i przede mną odkrywa się duchowy świat. Potem zrozumiałam, że kiedy wchodzisz do świata duchów tylnymi drzwiami, ma to swoje poważne skutki. Zaczęły mnie męczyć nocne koszmary. Spałam z włączonym światłem, a pod poduszką trzymałam modlitewnik, z którego na pamięć znałam tylko Otcze nasz. Kiedy zachorował Ignacy zrozumiałam, że wybawienie jest nie w horoskopach, a w Bogu. Pojechaliśmy do oddalonego 200 km od Mińska monasteru w Żyrowicach, gdzie znajduje się cudotwórcza ikona Bogurodzicy. Przed ikoną stała długa kolejka. I oto mój malutki, chudy, łysiutki od chemii Ignacy podszedł po schodkach do obrazu Bogurodzicy i zaczął coś szeptać. To był moment wieczności. Czas się zatrzymał…

- Pan posłał mi wtedy taką płomienną wiarę, której może nawet teraz nie mam. Nawet przez chwilę nie miałam wątpliwości, że Bóg uzdrowi Ignacego. Ale przede wszystkim wierzył w to sam syn. Mówił mi, że poprosił Bogurodzicę o uzdrowienie i o 300 dolarów na klocki lego. Okazało się, że w witrynie sklepu zobaczył lotnisko z klocków z ceną 300 dolarów na pudełku. Dla nas to była ogromna suma. Ja, grzeszna, nie uwierzyłam, że Bogurodzica i w tym nam pomoże. Zaczęłam zastanawiać się, od kogo pożyczyć pieniądze, bo Ignacy lubił fantazjować: „Myślę, że Bogurodzica mi wyśle mały samochodzik, a pod nim będzie 300 dolarów”. Wkrótce zadzwoniła mama mojej szkolnej koleżanki, z którą nie widziałam się ponad 10 lat, bo wyemigrowała za granicę. Dowiedziała się o chorobie Ignacego i przekazała list. W nim było równo 300 dolarów. Może niepotrzebnie mówię o tych dolarach, ale naprawdę tak było! Dla czteroletniego chłopca, wymęczonego chemią i radioterapią, zabawka – lotnisko, o którym marzył, stało się niewiarygodną radością.

- Ponad 10 lat od naszego wyjazdu do monasteru Ignacy, będący studentem muzycznego koledżu, dawał koncert w filharmonii, na który zaprosiliśmy lekarzy z centrum onkologii. Lekarz prowadzący syna dotykał Ignacego i z radością mówił – To cud. To Bóg go zbawił. Teraz syn studiuje na piątym roku moskiewskiego konserwatorium.

Oprócz choroby syna Irenę czekała jeszcze jedna próba – od rodziny odszedł mąż.

- Wtedy uważałam to za zdradę – mieliśmy trójkę dzieci, przeżyliśmy razem 12 lat. Wydawało mi się, że mamy głęboką, duchową więź. W rzeczywistości wszystko sobie stworzyłam, jeszcze zanim go spotkałam. Każdy, kto stałby się moim wybrankiem, był skazany na idealizację. A mój mąż był sobą.

- Teraz widzę moją rodzinną drogę jako niezbędny etap w procesie pójścia do monasteru. Zawsze w życiu byłam pierwsza, wiele spraw było dla mnie łatwiejszych, niż dla innych – i w szkole, i w konserwatorium. Nie rozumiałam, że talent – to dar od Boga. Myślałam, że to wyłącznie moja zasługa. Byłam arogancka, dumna, próżna, egoistyczna. Takiego człowieka trudno jest Bogu zbawić, dlatego Pan z różnych stron próbował do mnie podejść, żeby dać mi szansę poprawy.

- Wtedy, 20 lat temu, zostałam sama z trójką dzieci. Pieniędzy wystarczało tylko na żywność. Ubierałam je dzięki pomocy humanitarnej. Często chorowały. Bardzo przeżyłam rozpad rodziny. Kiedyś stoję w cerkwi, płaczę. Po nabożeństwie podszedł do mnie ksiądz, pyta: „Co się takiego stało?” To był ojciec Andrzej, człowiek, który potem dał mi błogosławieństwo na postrzyżyny mnisze. Wtedy opowiedziałam mu o całym swoim życiu. A on mówi do mnie – „Ale przecież męża kiedyś pokochałaś, to znaczy, że widziałaś w nim obraz Boży”. Teraz codziennie się za niego modlę, a wtedy dużo czasu minęło, zanim wybaczyłam.

Z siostrą Julianną (to imię Irena otrzymała przy postrzyżynach) spotykamy się na terenie monasteru. To rejon na obrzeżach Mińska, gdzie mieści się centralny szpital psychiatryczny, przychodnia, internaty (dla dzieci i dorosłych) dla ludzi niepełnosprawnych. To swego rodzaju rejon wykluczonych. Dla nich kiedyś ojciec Andrzej postanowił wybudować kaplicę. Pojechał po błogosławieństwo do swojego duchowego ojca, starca Mikołaja Gurianowa na wyspę Zalit (rejon pskowski). Ojciec Mikołaj powiedział:

- Zbawicie się przez modlitwy chorych - i dodał - Nie kaplica. Monaster będzie. - Ale pieniędzy w ogóle nie ma. Ojciec podał jeden banknot. - Proszę, resztę dadzą ludzie. Tylko niech siostry codziennie akatyst do Mikołaja Cudotwórcy czytają.

Dziś w „rejonie wykluczonych”, w miejscu, gdzie 15 lat temu była pustynia, stoi monaster św. Elżbiety – jeden z największych prawosławnych żeńskich monasterów na Białorusi. Ojciec Andrzej jest tam ojcem duchowym. A siostra Julianna dyryguje monasterskim chórem, który wyszedł poza cerkiewne ramy i stał się objawieniem kulturalnym.

- Kiedy odchodziłam do monasteru, moi koledzy mówili „Zakopujesz swój talent w ziemi”. Ale jest odwrotnie, dlatego że monaster to bardzo twórcze miejsce.

Z błogosławieństwa ojca Andrzeja mniszka Julianna zajmuje się nie tylko muzyką duchowną. Jeden dzień w tygodniu spędza w filii monasteru, gdzie byli alkoholicy, narkomani i bezdomni szukają swojej drogi poprawy. Z nimi mniszka uczy się pieśni, a jakich – oni wybierają sami. Można zobaczyć taki obrazek: mniszka z keyboardem i bracia filii monasteru z gitarami ćwiczą pieśń „Nowy zakręt”.

- Dla niech teraz naprawdę jest nowy zakręt. Co on im przyniesie – czy znów spadną w przepaść, czy pójdą w górę, ku Bogu?

Niedawno mniszka Julianna przyjeżdżała z chórem monasterskim na festiwal muzyki cerkiewnej do Sankt-Petersburga – miasta, gdzie skończyła konserwatorium. Po ponad 30 latach wróciła tu w stroju mniszki, z nowym imieniem.

- W młodości często się zastanawiałam: na czym polega sens życia? Chyba nie na tym, żeby przeżyć je przyzwoicie, wychować dzieci, napisać pewną ilość muzyki? A potem zakopią cię w ziemi. Powiedzą dobre słowo. Ale co ty masz z tego? Kiedy odkryłam Boga, możliwość wieczności i nieśmiertelności duszy, wtedy wszystko wróciło na swoje miejsce. W rezultacie straszna choroba Ignacego przywiodła mnie do świata. Teraz jestem tego mocno świadoma, że nawet jeśli Bóg dopuszcza wydarzenie się zła, to tylko po to, żeby stało się to dla dobra człowieka.

Monaster św. Elżbiety Film Inokinia (ros.) Muzyka Ireny Denisowej

— tłum. Anna Czerewacka

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsze z Polski

wszystkie →

Polecane przez czytelników

z ostatniego kwartału
wszystkie →