Teologia chrześcijańska do interpretacji dogmatów posługuje się znacznie bardziej językiem poezji i obrazów niż językiem konwencjonalnej logiki i schematycznych pojęć.
Wiemy, że Kościół ma swoje zasady teoretyczne, „dogmaty wiary”, jak je dziś nazywamy. Czy nie stoi to w sprzeczności ze stwierdzeniem, że docieramy do Boga przez sposób życia, nie przez sposób myślenia?
Spójrzmy na to przez pryzmat ich historycznego początku. Z pewnością przez pierwsze trzy wieki swojej historii Kościół nie ma do przedstawienia teoretycznych sformułowań swojej prawdy, dogmatów określających jego wiarę. Żyje swoją prawdą empirycznie: to, czym jest jego prawda, członkowie jego ciała przeżywają bezpośrednio i powszechnie, bez teoretycznych opracowań. Istnieje oczywiście język, którym wyraża się doświadczenie eklezjalne (terminy, wyrażenia, obrazy), język ukształtowany już w pierwszych dziesięcioleciach życia chrześcijańskiego. Jest to język Ewangelii, listów apostołów oraz tekstów, które piszą biskupi pierwszych wieków, aby kierować ciałem wiernych i prowadzić ich za rękę. Język ten nie prowadzi jednak do teoretycznych schematów i aksjomatycznych sformułowań. Jedynie wyraża i przedstawia przeżywaną pewność wiary.
To, co dziś nazywamy dogmatem, pojawia się dopiero wtedy, gdy doświadczeniu prawdy eklezjalnej zaczyna zagrażać herezja. Słowo „herezja” oznacza wybór, selekcję i przedkładanie jednej części prawdy ze szkodą dla całej prawdy, prawdy powszechnej. Herezja jest przeciwieństwem powszechności. Heretycy absolutyzują tylko jeden aspekt przeżywanej pewności Kościoła i w ten sposób nieuchronnie relatywizują wszystkie pozostałe. Proces tej absolutyzacji jest zawsze intelektualny: jest to teoretyczna preferencja, która zazwyczaj upraszcza i schematyzuje rozumienie prawdy eklezjalnej. Klasycznymi przykładami w historii są nestorianizm i monofizytyzm. Pierwszy absolutyzuje człowieczeństwo Chrystusa, drugi Jego Bóstwo. W obu przypadkach zostaje zrelatywizowana, a ostatecznie unicestwiona pełna prawda wcielenia Boga, bogoczłowieczeństwo Chrystusa. Nestorianizm głosi etyczny wzór doskonałego człowieka, monofizytyzm abstrakcyjną ideę bezcielesnego Boga.
Kościół odpowiada na herezje, wskazując granice swojej prawdy, to znaczy wyznaczając granice swojego żywego doświadczenia. Bardzo charakterystyczne jest to, że pierwszą nazwą nadaną temu, co dziś nazywamy dogmatem, był oros, czyli granica, kres prawdy (łac. terminus). Dzisiejsze „dogmaty” to orosy Soborów Powszechnych: owe teoretyczne postanowienia, które formułują prawdę Kościoła, kładąc granicę między tą prawdą, a jej wypaczeniem przez herezję.
Być może przykład dostępny doświadczeniu mógłby jaśniej wyjaśnić funkcję orosów, czyli granic prawdy. Przypuśćmy, że pojawia się ktoś, kto twierdzi, że miłość matczyna oznacza nieubłaganą surowość i niepohamowane, codzienne bicie dziecka. Wszyscy, którzy mamy inne doświadczenie miłości matczynej, zaprotestujemy przeciwko temu wypaczeniu i przeciwstawimy mu definicję naszego własnego doświadczenia: dla nas miłość matczyna to czułość, tkliwość, troska, a wszystko to połączone z roztropną i budującą surowością.
Aż do chwili, gdy pojawiło się to sfałszowanie prawdy o miłości matczynej, nie było potrzeby definiowania naszego doświadczenia. Miłość matczyna była dla nas wszystkich czymś oczywistym, wiedzą płynącą z przeżycia, obiektywnie nieokreśloną, a jednak powszechnie zrozumiałą. Potrzeba granicy, czyli definicji, wynika z zagrożenia, że za miłość matczyną zacznie się uważać coś innego niż to, w co wszyscy wierzymy.
Definicja jednak jedynie oznacza i wyznacza granice naszego doświadczenia, nie może go zastąpić. Człowiek, który nigdy w życiu nie zaznał miłości matczynej (z powodu sieroctwa czy z jakiegokolwiek innego powodu), może wiedzieć, jak brzmi definicja, ale nie zna samej miłości matczynej. Innymi słowy: wiedza o sformułowaniach i definicjach prawdy nie jest tożsama z poznaniem samej prawdy. Dlatego nawet ateista może się nauczyć i dobrze wiedzieć, że Bóg Kościoła jest Trójcą, że Chrystus jest doskonałym Bogiem i doskonałym człowiekiem, ale nie znaczy to, że zna te prawdy.
Tak dochodzimy do zrozumienia postawy czy sposobu, w jaki Kościół odnosi się do poznania swojej prawdy: postawy i sposobu, które przyjęło się nazywać apofatyzmem poznania. Apofatyzm oznacza odmowę wyczerpania poznania prawdy w jej sformułowaniu. Sformułowanie jest konieczne i niezbędne, ponieważ określa prawdę, oddziela ją i odróżnia od wszelkiego jej wypaczenia i zniekształcenia. Dlatego dla członków Kościoła orosy, czyli dogmaty, są danymi „stałymi” prawdy, które nie dopuszczają zmian ani odmiennych wersji sformułowania. Zarazem jednak to sformułowanie ani nie zastępuje, ani nie wyczerpuje poznania prawdy, które pozostaje doświadczeniem przeżywanym: sposobem życia, a nie konstrukcją teoretyczną.
Postawa apofatyczna sprawia, że teologia chrześcijańska do interpretacji dogmatów posługuje się znacznie bardziej językiem poezji i obrazów niż językiem konwencjonalnej logiki i schematycznych pojęć. Konwencjonalna logika codziennego porozumiewania się i schematyczne pojęcia, którymi się ona posługuje, bardzo łatwo dają człowiekowi złudzenie pewnej wiedzy: tak jakby zdobywszy ją intelektem, już ją wyczerpał i posiadał w całości. Poezja natomiast, przez symbole i obrazy, których używa, zawsze wskazuje na sens obecny w słowach i zarazem wykraczający poza słowa, sens, który bardziej odpowiada wspólnym doświadczeniom życia, a mniej koncepcjom myślowym.
W tekstach teologów i Ojców Kościoła pojęcia często wzajemnie znoszą się znaczeniowo, aby możliwe było przekroczenie wszelkiej schematyzacji ich treści. Aby przez pojęciowe przeciwieństwa prześwitywała możliwość doświadczalnego uczestnictwa całego człowieka (a nie tylko myśli) w wyrażanej prawdzie. Bóg Kościoła jest „ponadistotną istotą, ponadboskim bóstwem, bezimiennym imieniem, ponadpoczątkowym początkiem, umysłem nie do pomyślenia, słowem niewysłowionym, nieogarnionym, które wszystko ogarnia”. Poznanie Boga jest „poznaniem w niewiedzy, nieuczestniczalnym uczestnictwem”. Teologia jest „nadawaniem kształtu temu, co bezkształtne, odciskiem tego, co nieodciskalne, postacią tego, co bezpostaciowe, dopełnieniem uprzedzającym doskonałość”; wyraża „niepodobne podobieństwa, ogarniając wszystko nieuwarunkowanym objęciem”. Prawda utożsamia się z bezpośrednim doświadczeniem, Teologia z oglądaniem Boga, tą „nieukończoną doskonałością”. Teologowie oglądający Boga „widzą niewidzialnie niewysłowione piękno samego Boga; trzymają bez dotykania, pojmują w sposób niepojęty Jego niewyobrażalny wygląd, bezkształtny kształt i bezpostaciową postać, w nieoglądalnym oglądaniu i w niezłożonym pięknie, nierozmaicie urozmaiconym”.
Nieprzypadkowo niepodzielony Kościół pierwszych ośmiu wieków i jego prawosławna kontynuacja historyczna na Wschodzie oparły katechezę wiernych, czyli ogłaszanie i przekazywanie swojej prawdy, przede wszystkim na kulcie. W liturgicznym cyklu nabożeństw Kościoła (nieszporów, jutrzni, liturgii, godzin) teologia staje się poematem i pieśnią: jest bardziej przeżywana niż pojmowana przez sylogistyczne wynikanie. Wtajemniczenie w prawdę Kościoła jest uczestnictwem w jego sposobie życia, w świątecznym zgromadzeniu wiernych, w widzialnym urzeczywistnieniu i objawieniu nowej ludzkości, która zwyciężyła śmierć.
Być może jest to dopowiedzenie zbędne, ale aby uniknąć wszelkiej możliwej błędnej interpretacji, musimy powiedzieć jedno: pierwszeństwo doświadczalnego uczestnictwa wobec intelektualnego podejścia do prawdy eklezjalnej nie oznacza ani mglistego mistycyzmu i uciekania w uczuciowe uniesienia, ani pomijania i lekceważenia myślenia logicznego. Nie wolno nam zapominać, że pierwszy Kościół narodził się i rozwinął w granicach świata greckiego, zhellenizowanego Cesarstwa Rzymskiego. Mentalność i konstytucja psychiczna Greków nie godziły się z mrocznym mistycyzmem i naiwną uczuciowością. Przeciwnie, Grek szukał w nowym doświadczeniu życia eklezjalnego odpowiedzi na własne problemy i pytania, te, które starożytna grecka i hellenistyczna tradycja filozoficzna sformułowała i zbadała w sposób godny podziwu i jedyny w dziejach człowieka.
Dążenie myśli greckiej do wyrażenia prawdy Kościoła własnym językiem stało się niezwykle ostrym wyzwaniem historycznym zarówno dla hellenizmu, jak i dla Kościoła. Było to dramatyczne spotkanie dwóch zasadniczo niezbieżnych postaw życiowych, które zrodziło wielkie herezje pierwszych wieków. Lecz procesy, które te herezje wywołały, przesądziły o możliwościach przetrwania filozofii greckiej w granicach świata chrześcijańskiego. Obie spotykające się strony (filozofia grecka i doświadczenie chrześcijańskie) reprezentowały zdumiewającą dynamikę życia, która ostatecznie przekształciła przeciwieństwo w twórczą syntezę. Kościół chrześcijański zdołał odpowiedzieć na filozoficzne pytania Greków danymi własnego doświadczenia. Filozofia grecka wykazała natomiast możliwości swojego języka i swojej metody w weryfikacji nowego rozumienia istnienia, świata i historii. Rezultatem było szczytowe osiągnięcie greckiego logosu, który nie zdradzając prawdy chrześcijańskiej i apofatycznego poznania tej prawdy, pozostaje całkowicie wierny wymogom filozoficznego formułowania, dokonując tym samym radykalnego przełomu w całej Historii Filozofii. Twórcami tego osiągnięcia są greccy Ojcowie Kościoła w nieprzerwanej ciągłości od II aż po wiek XV.
prof. Christos Yannaras (tłum. Jakub Oniszczuk)
za: Christos Yannaras, Elements of faith (Αλφαβητάρι της πίστης), s. 31-36.
fotografia: Aleksander Wasyluk /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.