Być może czasem musimy znaleźć się w otchłani, by przestać traktować Boga jako byt niebiański, oderwany od naszej codzienności i od bolesnej realności tego życia. Byt, który wymaga jedynie czołobitności i który za nic ma nasz los i cierpienie.
Czy wierzysz w istnienie Boga? Gdy pada to pytanie, aż mnie korci, by odpowiedzieć, że nie, nie wierzę. Nie tyle bowiem wierzę, co wiem, że On jest, a ta pewność wynika z doświadczenia Jego żywej obecności. I to właśnie ta pewność będzie się dalej kryła pod słowem „wiara”.
Nie zawsze tak było. Kiedyś Bóg dla mnie w ogóle nie istniał. Być może wielu, którzy nie wychowali się w rodzinach wierzących lub dla których (mimo wiary rodziców) Bóg był pojęciem obcym czy abstrakcyjnym, może powiedzieć to samo – któregoś dnia, nagle i nieoczekiwanie, pojawił się w ich życiu taki moment, takie zdarzenie, w którym jednak Kogoś poczuli, Kogoś doświadczyli. Niektórzy nazywają to nawróceniem, dla mnie lepiej brzmi tu odkrycie.
Bywa, że Bóg pozwala się odkryć temu, kto Go usilnie wypatruje, kto poszukuje Siły Wyższej, Stwórcy i Sensu wszystkiego. To nie był mój przypadek.
I bywa, że żyjesz swoim życiem, ale twój pęd miewa momenty zatrzymania, podczas których doświadczasz istnienia i działania Kogoś większego niż ty i cała otaczająca cię rzeczywistość. Masz poczucie bycia Nim wręcz otulonym. Tak było i nadal bywa u mnie.
Czy zostałem jakoś specjalnie wyróżniony, wybrany? Czy było we mnie coś lepszego, ważniejszego niż w ludziach obok? Czy czymś na to zasłużyłem?
Odpowiedzi Boga nie znam, a moja – to trzy razy „nie”.
Bliskie mi dlatego jest pojęcie łaska wiary. Sam o nią nie zabiegałem, nie prosiłem – po prostu ją otrzymałem. I dlatego niewierzący, nawet ci zdecydowanie niechętni, nie powodują moich negatywnych emocji. Oni jeszcze czekają na swój moment poznania. Jeśli coś się we mnie wtedy pojawia, to krótka prośba – „pomóż im przejrzeć, jeśli taka Twa wola, lub po prostu przy nich bądź, nawet jeśli Cię nie widzą i nie czują, nawet jeśli świadomie Cię odrzucają, bo może doświadczenia ich życia blokują im możliwość poznania Ciebie”.
Ta raz dana łaska ze mną została. Nic na drodze życia nie spowodowało, że zakwestionowałem istnienie Boga. Czym innym jednak jest wiedzieć, że On istnieje, a czym innym być przekonanym, że ma wszystko pod swoją kontrolą i ufać, że to, co się dzieje na świecie i co mi się przydarza, zawsze ma sens.
Wierzę, Panie, wspomóż mnie w mej niewierze (Mk 9, 24).
Te słowa ojca opętanego chłopca, wypowiedziane do Jezusa z jednoczesną rozpaczą i nadzieją na uzdrowienie syna, bardzo mocno we mnie rezonują, choć niewiara to niekiedy bardziej nieufność.
Wiara przeplata się z wątpliwościami. Właściwie one stanowią jedność, jakby były dwiema stronami monety, rzucanej przez życie. Raz wygrywa wiara, innym razem – wątpliwość, czy Bóg nadal nad wszystkim panuje. Niekiedy można mieć wrażenie, że wątpliwość pada częściej.
Widzę, jak wygląda świat, jak ludzie (także ci, którzy nazywają siebie wierzącymi) są podzieleni i skonfliktowani, jaką nienawiścią się darzą, jak potrafią się wzajemnie krzywdzić i wyszydzać. Jak bardzo – także w imię Boga – potrafimy odrzucać, miast otaczać miłością i włączać innych do Jego świata. A skoro jesteśmy na Jego obraz – to czy w takim razie On jednak też nie jest w pewnym sensie zły? Mój niewierzący (precyzyjniej – odrzucający Boga) przyjaciel powiedział kiedyś – jaki Bóg, taki świat...
Zdecydowanie trudniej jest mi więc niekiedy odpowiedzieć na pytanie „dlaczego wierzysz?”. Bo może te nieliczne przejawy dobra nie są jednak działaniem Siły Wyższej, ale po prostu efektem rozwoju świata, ludzkiej woli, przypadku. Może jest tak, jak głosi deizm – Bóg to Wielki Architekt, który stworzył ten świat, ustalił rządzące nim prawa, po czym się od niego odciął. Nie ingeruje weń, nie objawia się i nie interesuje jego losem. Zostaliśmy sami, porzuceni, i jakoś próbujemy sobie z tym wszystkim poradzić.
Przychodzimy na ten świat, mamy przed sobą ileś lat życia, mniej lub bardziej udanego. Mniej lub bardziej łatwego i przyjemnego.
Mówimy, że życie jest darem. Dar – to powinno być coś dobrego, coś, co buduje, co daje radość. Tymczasem z życiem nie zawsze tak jest.
Nie wszyscy rodzimy się zdrowi. Są narodziny nie tyle ku życiu i wzrastaniu, co ku śmierci lub cierpieniu. Tego, kto się urodził, i jego rodziny.
Nie mamy prawa wyboru. Nikt mnie nie pytał, czy chcę być taki, jaki jestem. Nikt nie pytał, czy w ogóle chcę się tu pojawić, nikt nie powiedział, jak to życie będzie wyglądało, nie dał prawa podjęcia świadomej decyzji, że zgadzam się na proponowane warunki, na drobne radości - i ostre kolce codzienności.
Jak wierzymy – Bóg powołał każdą i każdego z nas do istnienia, każda i każdy z nas jest Jego umiłowanym dzieckiem. Więc jestem, ze wszystkimi moimi umiejętnościami i potencjałem – oraz słabościami i ograniczeniami. Mam żyć, dążąc ku Niemu, przemieniając swoje życie tak, by zwyciężały w nim dobro i miłość, by być jak On, choćby i wbrew wszystkiemu i wszystkim wokół.
Mignęły mi kiedyś słowa św. Paisjusza (a przynajmniej jemu przypisane): „To obecne życie nie jest po to, byśmy się dobrze bawili. Wręcz przeciwnie, jest po to, abyśmy zostali wystawieni na próbę i przeszli do przyszłości, do życia wiecznego”.
Te słowa wzbudzają mój opór. Po co nas sprawdzać, czy zasługujemy na wieczność z Bogiem, skoro nie mieliśmy szansy wybrać tego, jacy i gdzie jesteśmy – i zdecydować, że w ogóle chcemy stanąć do tych zawodów? Skoro lepimy jakoś to życie z elementów, które nam dano, nie wiedząc nawet, czy mamy ich komplet i czy one w ogóle jakoś do siebie pasują? Czyżby Bóg był testerem ludzkiej kreatywności, sprytu – i jednocześnie uległości wobec Niego? Milczenia, gdy tak naprawdę chcesz krzyczeć, że to nie ma sensu? Zaciskania zębów, gdy wszystko w tobie sprzeciwia się twemu własnemu losowi, na który tak często – mimo działania – nie masz wpływu?
Czy to jest ta Jego wszechogarniająca miłość, czy jednak manipulacja stworzeniami, którym dał dużo, ale nie wszystko, a dla Niego niezłą zabawą jest patrzenie, jak sobie radzimy w tej sytuacji?
Cry freedom (Krzyk wolności, reż. Richard Attenborough, 1987) to film przedstawiający historię znajomości i losy dwóch ludzi z RPA, bojownika o równość ludności czarnoskórej Steve’a Biko (Denzel Washington) i białego dziennikarza, Donalda Woodsa (Kevin Kline). Początkowa nieufność i rezerwa, poprzez spotkania i wzajemne poznanie się, przeradzają się w przyjaźń, a gdy Steve Biko ginie z rąk białej policji - w decyzję Woodsa o emigracji z RPA i wydaniu za wszelką cenę książki o nim, z relacjami z ich rozmów i prawdą o apartheidzie.
Jest w tym filmie przejmująca scena, w której Biko opowiada o losie czarnych dzieci w RPA:
„To cud, że dziecko w ogóle tu przeżywa. Ludzie są tak zdesperowani, że pobiliby dzieciaka na śmierć, gdyby myśleli, że ma pięć randów (lokalna waluta, przyp. aut.). Ale jeśli biegasz wystarczająco szybko, jeśli przeżyjesz, to dorośniesz na tych ulicach, w tych domach. Twoi rodzice próbują, ale ostatecznie dostajesz tylko taką edukację, jaką da ci biały człowiek. Potem jedziesz do miasta do pracy lub na zakupy i widzisz ich ulice, ich samochody, ich domy i zaczynasz czuć, że coś jest z tobą nie tak. Z twoim człowieczeństwem. Coś związanego z twoją czarną naturą, ponieważ nieważne, jak mądre lub głupie jest białe dziecko, rodzi się w tamtym świecie. A ty, czarne dziecko, mądre lub głupie, rodzisz się w tym. I mądre lub głupie - umierasz w tym świecie”.
Czy to właśnie jest nasz los, odgórnie zdeterminowany przez Boga? Czy zostaliśmy postawieni w konkretnym miejscu i czasie, z takim kolorem skóry, zdrowiem, płcią, tożsamością, orientacją, temperamentem, w biedzie lub bogactwie itd. - i po prostu mamy to jakoś przetrwać, kurczowo trzymając się nadziei, że jeśli będziemy pokorni i w miarę zgodni z Boskim wzorcem życia, to czeka nas nagroda w postaci szczęścia wiecznego? Jak nadal wierzyć, jak mieć pewność co do dobroci naszego Stwórcy, żyjąc w świecie chaosu i sprzeczności, w którym nawet Jego Ciało - Kościół jest wewnętrznie rozdarty?
Niejedno już widziałem, niejedno przeżyłem i niejedną historię poznałem. Odarto mnie ze złudzeń, że ten świat to piękne i wspaniałe miejsce, w którym ludzkie życie – ale i życie przyrody wokół nas – biegnie w sielskiej atmosferze.
Widziałem ludzi, którzy skokiem z budynku kończyli swoją ziemską egzystencję. Nie śmiem nawet próbować analizować, jak bardzo zdeterminowany i jednocześnie jak bardzo sponiewierany życiem i wewnętrznie samotny musi być człowiek, który staje na krawędzi i rzuca się w dół, nie widząc już szansy na jakikolwiek ratunek.
Może usłyszał o jedno słowo za dużo. Może został odtrącony o jeden raz za dużo. Może przeczytał o jeden mocny, anonimowy komentarz za dużo – i czyjaś satysfakcja z własnych słów wysunęła jego stopę poza granicę dachu.
Pamiętam dobrze poczucie bezsilności i niezgody na to, co widziałem, gdy byłem na stażu w szpitalu psychiatrycznym, pośród dzieci i dorosłych. Nie można było przywrócić ich do normalności, a jedynie złagodzić objawy choroby. Pamiętam pytanie zadawane Bogu – po co to? Pozostawało bez odpowiedzi...
Dane mi było poczuć, co przeżywają rodziny osób niepełnosprawnych intelektualnie, a nierzadko równocześnie i fizycznie. Byłem opiekunem na obozie, który chorym miał dać rozrywkę, a rodzinom – odpoczynek. Nazywaliśmy ich „dzieciakami”, choć niektórzy byli o kilka lat starsi ode nas, wówczas studentów. Pamiętam ludzkie spojrzenia, pełne zakłopotania i strachu. Czasem grymas obrzydzenia na twarzy, gdy komuś trzeba było wycierać ślinę wyciekającą z ust czy smarki z nosa. Pamiętam, jak pustoszały wokół nas stoliki przed lodziarnią, gdy zatrzymywaliśmy się tam na zjedzenie deseru – odstraszała zapewne fizyczność niektórych podopiecznych, jedzenie lodów całym sobą, wypadające łyżeczki, czasem krzyki złości, gdy coś spadało na ziemię albo trudno było komuś trafić do ust. Ale pamiętam też żywą radość i śmiech dzieciaków, który temu towarzyszył. Na szczęście oni nie patrzyli na otoczenie, a jedynie na kulki lodów…
Pamiętam historie ludzi nieheteronormatywnych, za ujawnienie się wyrzuconych z domu, odrzuconych przez rodzinę, przez otoczenie w najlepszym razie traktowanych jak powietrze – albo ktoś już umarły. Bo co powiedzą ludzie, bo nas zawiodłaś / zawiodłeś, bo to nienormalne, bo jesteś patologią, pomiotem szatana... Niektórych już na tym świecie nie ma, nie wytrzymali, rzucili życiu ręcznik na ring. Inni stracili wiarę, odeszli od Kościoła, a czasem i od Boga, nie będąc w stanie wytrzymać izolacji i głębokiej pogardy w imię M(m)iłości. Ale są na szczęście i ci, którzy ułożyli sobie życie, którzy znaleźli siłę – w sobie, w swoich wspierających bliskich, w wierze – by stawiać czoła wyzwaniom każdego dnia, cokolwiek on przyniesie.
Dane mi było także poznać ludzi niewierzących w istnienie Boga i w wieczność, których poczucie spełnienia, optymizm, wręcz fascynacja tym krótkim, ziemskim życiem i wszystkim, czego mogą tu doświadczyć (pięknem i zmiennością przyrody, otoczeniem inspirującym do rozwoju, radością niesienia pomocy, szczęściem drugiego człowieka) niesamowicie zarażały pozytywną energią – i być może nawet wbrew ich intencjom pobudzały wdzięczność wobec Boga za Jego dary i obecność. Paradoksalnie to oni niekiedy bardziej uczyli mnie miłości do Niego niż wierzący…
Widziałem ludzką biedę, tak skrajną, że aż trudno było uwierzyć, że ktoś może tak żyć; samotność tych, którzy pozostali gdzieś z boku, bo nie nadążyli za innymi w wyścigu zwanym życiem; długie umieranie w bólu nie do uśmierzenia; bezsensowne cierpienie zwierząt, zadane im celowo przez ludzi, dla których niczym było przerażenie w ich oczach i skowyt. Wreszcie – ogromną pogardę wobec innowierców, która nijak się ma do Boskiego wezwania do miłości wzajemnej.
Zapewne każdy z nas doświadczył czegoś, co w nim pozostało jako żywe wspomnienie i ciągle otwarte pytanie – po co to wszystko?
Życie i śmierć. Miłość i nienawiść (lub obojętność, bo zdaniem niektórych nienawiść nadal widzi osobę; obojętność zaś redukuje ją do nicości). Wysiłek, by zrozumieć to, co nieznane i inne – i bezmyślna agresja wobec odmienności, w której gubi się człowieczeństwo tego drugiego. Jak mówił Steve Biko - piękny świat Białych, nieważne, czy głupich, czy mądrych – i beznadzieja świata Czarnych, nieważne, czy głupich, czy mądrych. Między nimi – przepaść, wykopana przez ludzi.
Jakże często w imię Najwyższego…
Jak więc wierzyć w Jego dobroć i miłość? Jak wierzyć we wszechmoc, skoro wydaje się nie ogarniać swego dzieła – świata i ludzkości, nawet tej jej części, która deklaratywnie podąża za Nim? I skoro my źli jesteśmy (por. Łk 11, 13), a jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, to może mój przyjaciel ma rację – taki jest świat, bo taki jest Bóg…?
Nie ma we mnie aż tak głębokiej pokory, by nie stawiać Bogu pytania „dlaczego?”. By tylko pochylić głowę, i przyjąć, że tak ma być. Bo jeśli tak ma być, to jest okrutny; jeśli tak nie powinno być, lecz nie jest w stanie tego zmienić, to nie jest Wszechmocny… Choć wielu teologów mówi, że Jezus na krzyżu jedynie cytował słowa Psalmu 21, 1: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?, to jednak bliższy jest mi pogląd, iż Jego człowieczeństwo było tak pełne i tak prawdziwe, że w tym najbardziej bolesnym i okrutnym momencie był w stanie odczuć, jak przepastne może być ludzkie osamotnienie – w świecie, w którym wokół ciebie są dziesiątki ludzi, lecz ty dla nich jesteś nikim lub jedynie powodem do drwin...
Bóg jest Tajemnicą. Wiara i dążenie do Niego wiąże się z niepewnością, ze znakiem zapytania. Na przestrzeni tych prawie dwóch tysięcy lat od Zmartwychwstania tysiące teologów rozważało, dyskutowało, spierało się, próbując poznać Go bliżej, próbując lepiej zrozumieć to, co pięknie nazywa się ekonomią zbawienia, i dojść jak najbliżej Prawdy. Nie jestem akademickim teologiem, nie podążę więc ich drogą. Ich dyskusje, choć często pełne emocji i zwarcia, są też jednak takie czyste, wręcz sterylne, podczas gdy codzienność jest pełna brudu, bólu, cierpienia, walki. Czy jest w niej jeszcze w ogóle jakiś ślad Boga?
Szukajcie nade wszystko Królestwa Bożego (Mt 6, 33), które jest w was (Łk 17, 21).
Co jest prawdziwe, co godne czci, co sprawiedliwe, co nieskalane, co przyjazne, co chwalebne, jeśli coś jest cnotą, jeśli coś godne pochwały – o tym myślcie (Flp 4, 8).
Wiara nie jest czymś obok życia, czymś jedynie od święta, od niedzielnej liturgii. Jeśli nie jest motorem każdej chwili ludzkiego istnienia, każdej myśli, każdego działania, to jest to tylko religijność, obrzędowość – ale nie wiara. A ta nie jest nam dana raz na zawsze, zawsze tak samo silna, tak samo pewna. Nierozwijana, powoli umiera, staje się jedynie zwyczajem, dziedzictwem przodków – i niczym więcej.
Wiara nie boi się pytań, nie lęka się wątpliwości; ona bada, drąży, niekiedy i kwestionuje rzeczywistość – zawsze w poszukiwaniu Bożej obecności.
Wiara – szczególnie w dzisiejszym, pełnym zgiełku i chaosu świecie – musi być jak Eliasz, musi wyłapywać delikatny powiew działania Boga, dostrzegać Jego mikroślad we wszystkim, co jest wokół i w każdym człowieku.
Nie patrzę w niebo, bo tam pełni Boga nie znajdę. Owszem, w błękicie, chmurach, słońcu czy księżycu, czy nawet czerni i gromie burzy ujawnia się Jego Stwórczy potencjał. Ale Jego pełni tam nie ma.
Nie patrzę w ziemię, niby będąc pokornym. Ziemia to tylko fundament. Mogę podziwiać w niej Jego zamysł, by dać nam oparcie dla stóp, a roślinom – źródło życia, ale Jego pełni tam nie ma. A wzrok wbity w ziemię nie zawsze jest pokorą. Bywa jej pozorem.
Pełnia Boga jest w relacji.
Relacja nie łączy przedmiotów, nie łączy tego, co piękne, lecz martwe. Łączy osoby, łączy życie. Żeby ją nawiązać, musisz w drugim widzieć istotę żywą, czującą, myślącą, mającą swoje pragnienia, marzenia, swoją siłę – i słabość. Musisz chcieć tego drugiego poznać, zrozumieć, co jest dla niego ważne, kim w ogóle jest. Jeśli będziesz tylko nakładać na niego swoje wyobrażenie albo to, co słyszysz o nim od innych, bez własnego doświadczenia tego, kim jest, nie poznasz go.
Relacja to zadanie. Trzeba gotowości i chęci, by w nią wejść. Ale w relacji z Bogiem tego potrzeba tylko z naszej strony, ze strony człowieka. Bóg bowiem wobec ludzi w tej gotowości i chęci jest zawsze.
Pan skierował do mnie następujące słowo: «Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię,
nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię» (Jr 1, 4-5). To słowa usłyszane przez Jeremiasza, ale czyż nie są tak naprawdę skierowane do każdego człowieka?
Bóg zna każdego z nas. My, żyjąc, dopiero odkrywamy, kim jesteśmy, jaki mamy potencjał i talenty, co jest naszą mocną, a co słabą stroną – a On to wszystko wie już na samym początku. I w jakimś zakresie każdy spośród tych, którzy już uwierzyli, jest Jego prorokiem – bo prorok nie przepowiada jedynie przyszłości, prorok całym sobą głosi moc i chwałę Stwórcy.
Poznawanie to proces, to czas. To nieustanna gotowość do złapania choćby śladu tej drugiej osoby, odkrycia jej myśli, uczuć. Drugi człowiek do nas mówi – słowem, czynem, postawą ciała. A i tak czasem mylnie go odczytujemy. Z Bogiem jest trudniej – czasy, w których mówił do ludzi wprost jakby minęły. Wydaje się, że mamy Biblię – i to wszystko. Ale tak nie jest. Bóg nadal mówi, tylko my Go często nie słyszymy.
On mówi ciszą w zgiełku. Czułością pośród nienawiści. Akceptacją pośród odrzucenia. I delikatnością pośród przekleństwa.
To, o czym według św. Pawła mamy myśleć i to, czego szukać kazał nam Jezus, powinno kształtować nasz sposób patrzenia na świat. Cierpliwie i w spokoju szukaj dobra, szukaj piękna, szukaj miłości – a dostrzeżesz Tego, który je stworzył. Nie pozwalaj, żeby zło tego świata, zło drugiego człowieka (kimkolwiek by on nie był i jakichkolwiek pięknych – także religijnych – lecz wymierzonych przeciw komuś słów by nie używał) zakryły przejawy Bożej obecności w Tobie i obok Ciebie.
„Ojcowie Pustyni uczyli, że Bóg jest obecny w tym, co najzwyklejsze — w ciszy, w pracy, w prostym spotkaniu z drugim człowiekiem.
Zrozumieli, że codzienność sama jest objawieniem łaski Bożej. Kto potrafi widzieć Boga w zwyczajnych sprawach, ten żyje w stanie wdzięczności i pokoju. Przypominali, że prawdziwe rozeznanie woli Bożej polega na wiernej obecności tu i teraz.
Dobrze znali doświadczenie upadku. Powtarzali, że największym zagrożeniem nie jest grzech, ale zniechęcenie, które każe człowiekowi przestać się podnosić. Ich przykład przypomina, że droga duchowa jest bardziej historią ciągłych początków niż nieprzerwanego sukcesu” [1].
Sam bywałem w miejscach, przy których dolina cienia śmierci z Psalmu 22, 4 jawiła się jako obszar jasności i radości. Znam dobrze jaskinie rozpaczy, kręte i głębokie, pełne zatęchłej wilgoci i woni rozkładu. Po wielekroć doznawałem uczucia, że nie ma z nich drogi powrotnej do życia. Po ludzku – to był koniec wszystkiego.
Jednak nawet w takich miejscach Bóg jest przy człowieku. Właściwie dopiero w takich miejscach możesz w pełni zrozumieć, że nigdy nie jesteś sam, że nigdy nie jesteś przez Niego odrzucony. Że wezwanie psalmisty – Z głębokości wołam do Ciebie, Panie, usłysz mój głos (Ps 129, 1-2) – nie jest tylko poetyckim pustosłowiem, ale początkiem końca rozpaczy i zniechęcenia, początkiem nowej historii. Być może czasem musimy znaleźć się w tej otchłani, by przestać traktować Boga jako byt niebiański, oderwany od naszej codzienności i od bolesnej realności tego życia. Byt, który wymaga jedynie czołobitności i który za nic ma nasz los i cierpienie. Byt, do którego wystarczy przyjść raz w tygodniu, na liturgię – a poza tym żyć swoim zwykłym życiem.
Zawsze postrzegałem Pana będącego przede mną, gdyż jest po mojej prawicy, abym się nie zachwiał (Ps 15, 8).
Być może doświadczenia brudu i okrucieństwa życia są potrzebne po to, byśmy zrozumieli sens tych słów – i ich prawdziwość.
Nadal pytam. Nadal kwestionuję i buntuję się, gdy nie rozumiem sensu czegoś bądź przytłacza mnie ogrom zła czy niesprawiedliwości. Nadal bywam hardy, a moja modlitwa – szczera często aż do bólu.
Wiem, że przed Bogiem nie muszę udawać, nie muszę grać. Moja pokora to nie zgięcie karku do ziemi, bo tak wypada, ale przyznanie, że wiem, że błądzę. Że nie jestem doskonały. Że upadam, że czasem tracę nadzieję, a niekiedy gubię się w labiryncie ścieżek życia. Że choćbym nie wiem jak bardzo się starał i ile osiągnął, nigdy nie będę tak wielki jak On. I że wiem, iż to, czego Jego wielkość pragnie i poszukuje, to właśnie moja ludzka małość i słabość...
Cokolwiek się dzieje – choćby wydawało mi się, że jest inaczej – nigdy nie jestem sam. I w żadnej chwili, w żadnym miejscu, w żadnym zdarzeniu – relacja między nami nie ulega zerwaniu, najwyżej kończy się jakiś jej etap. Jak mówili Ojcowie - „droga duchowa jest bardziej historią ciągłych początków”. Skoro więc wierzę, skoro doświadczam obecności i działania Boga, nie mogę i mimo wszystko nie chcę przestać się podnosić. Resztę pozostawiam Jemu.
Gabriel Szymczak
fotografia: Toni_p96 /orthphoto.net/
[1] Refleksja duchowa opracowana na podstawie publikacji "Apoftegmaty Ojców Pustyni, tom 1", wydanej w serii Źródła Monastyczne. Za: CSBP. Portal o duchowości monastycznej
— Gabriel Szymczak
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.