Kintsugi to japońska sztuka renowacji rozbitych przedmiotów, by zyskały drugie życie. Bóg jest jej mistrzem w przypadku roztrzaskanej ludzkiej duszy, nawet jeśli musi ją poskładać z milionów kawałków.
Już wiem, że nie jestem w stanie wybaczyć na zawołanie. Że może wydarzyć się coś, co rozbije w pył moją pewność co do własnej odporności i gotowości do przebaczenia zawsze i każdemu. I że mogą być dni, w których lepiej byłoby ominąć wypowiadanie jednego z wezwań Modlitwy Pańskiej, tego jedynego z warunkiem – I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom – gdyż fałsz tych słów w moich ustach jest więcej niż oczywisty. I Bóg to wie tak samo, jak ja.
Nikt z nas nie żyje pod kloszem, chroniony przed wszelkim złem tego świata, ludzką niegodziwością, nieprzyjaźnią, zawiścią. Czasem zwykłą głupotą, która jednak także potrafi ranić. Wcześniej czy później każdy czymś „oberwie”, czasem łagodniej, czasem mocniej. Też obrywałem, niejeden raz, i po jakiejś chwili złości, frustracji, może i jakiejś chęci odwetu – to mijało. Odpuszczałem, nie czułem urazy, a z czasem zapominałem, że do czegoś w ogóle doszło. I w żaden sposób nie wpływało na relację z „winowajcą”.
Do czasu, kiedy oberwałem mocniej. Kiedy sam odczułem, co to naprawdę znaczy naruszyć czyjąś godność, w jakiś sposób nawet czyjeś człowieczeństwo, sens życia, jego wartość. Usunąć go poza nawias tych szlachetnych i dobrych, bo w jakimś fragmencie - jak się komuś wydaje - nie pasuje do idealnego obrazu albo nie jest wystarczająco „swój”.
To rozbija wewnętrzną równowagę. Cały dotychczasowy, względny spokój ducha pryska w jednej chwili. Słyszysz ostrze noża, tnące ze zgrzytem taflę twojej duszy, twego serca, i nic nie możesz zrobić, by to uciszyć, by powstrzymać krwawienie. Ktoś już zrobił to, co miał zrobić i odchodzi (czasem nawet nie wiedząc, co tobie uczynił, bo uderzał „w ogół”), ale ty z tym zostajesz. To ty będziesz z tym żyć dalej. I to ty masz przebaczyć, bo tak mówi Ewangelia… Bo sam też czujesz, że powinieneś... Bo wypowiadasz I odpuść nam… - i przecież wierzysz w prawdziwość tych słów, i chcesz je wypowiadać szczerze…
To nie jest jednak takie proste i takie szybkie. Można dziesiątki razy dziennie powtarzać sobie, że nic się nie stało, że jesteś silny i przetrwasz, i że czymże to jest wobec wieczności… ale to w tobie siedzi i nadal boli. Wydaje się, że z każdym dniem nawet coraz bardziej. Rzucasz się w wir codziennych zadań, na chwilę zapominasz – ale to wraca i atakuje z nową mocą. Setki razy pytasz „dlaczego”, lecz żadna odpowiedź nie łagodzi cierpienia, nie daje ukojenia. Tym bardziej przebaczenie wydaje się być mrzonką, pięknym słowem - i niczym więcej.
Człowiek nie jest komputerem. Nie ma w swoim mózgu klawisza „delete” - wciskasz i wszystko ginie, jakby nigdy się nie wydarzyło, pamięć jest wyczyszczona. Nie może też zrestartować swego wewnętrznego, duchowego systemu i kontynuować życia jakby od nowa, bez przeszłych doświadczeń. Może z jakimś uszkodzonym pojedynczym rejestrem, ale bez wpływu na funkcjonowanie i samopoczucie całości.
Wydaje się, że po upadku prarodziców w ludzką naturę jest raczej wpisana zemsta za doznane upokorzenie, a nie zapomnienie i darowanie winy. Jeśli spojrzymy na Kaina i Abla, za powód bratobójczego czynu tego pierwszego można byłoby uznać zranienie jego dumy, jego godności – oto bowiem Pan wejrzał na Abla i na jego ofiarę; na Kaina zaś i na jego ofiarę nie chciał patrzeć. Smuciło to Kaina bardzo i chodził z ponurą twarzą (Rdz 4, 4-5). W kolejnych wersetach Pismo mówi, że gdyby Kain postępował dobrze, miałby twarz pogodną; jeśli zaś tak nie czynił, grzech leżał u wrót i czyhał na niego, a przecież to on miał nad nim panować. Można się domyślać, że odrzucenie przez Boga ofiary Kaina mogło w nim spowodować zazdrość i poczucie krzywdy (nawet jeśli obiektywnie niesłuszne), z którymi poradził sobie w jedyny przez siebie akceptowany sposób - poprzez zbrodnię. A że nie był w stanie popełnić jej na Tym, Który jego ofiarę odrzucał, na Bogu, niejako ukarał swego brata.
Księga Rodzaju nie pozostawia też wątpliwości, że w kolejnych pokoleniach sytuacja staje się jeszcze gorsza. Oto jeden z potomków Kaina, Lamek, mówi do swych żon: Gotów jestem zabić człowieka dorosłego, jeśli on mnie zrani, i dziecko - jeśli mi zrobi siniec! Jeżeli Kain miał być pomszczony siedmiokrotnie, to Lamek siedemdziesiąt siedem razy! (Rdz 4, 23-24).
Tu nie ma mowy o wybaczeniu, o pojednaniu. Naruszysz moją godność, zranisz mnie, choćby nieznacznie – zabiję; sroga zemsta to jedyne wyjście z sytuacji. By jednak nie było tak, że każdy zraniony sam wymierza karę, i to niewspółmierną do czynu, pojawiło się prawo talionu. W Biblii jego wyznacznikiem są słowa Boga przekazane Mojżeszowi, a zapisane w Księdze Kapłańskiej 24, 17-20: Ktokolwiek zabije człowieka, będzie ukarany śmiercią. Ktokolwiek zabije zwierzę, będzie obowiązany do zwrotu: zwierzę za zwierzę. Ktokolwiek skaleczy bliźniego, będzie ukarany w taki sposób, w jaki zawinił. Złamanie za złamanie, oko za oko, ząb za ząb. W jaki sposób ktoś okaleczył bliźniego, w taki sposób będzie okaleczony. Niekiedy mylnie interpretujemy najbardziej znane słowa oko za oko, ząb za ząb jako nakaz zemsty. Tymczasem prawo to miało chronić winowajcę przed nadmiernym karaniem.
Bóg zatem powstrzymuje swoim prawem ludzi przed nieumiarkowanym rewanżem – ale jednocześnie poprzez choćby Izajasza i Micheasza mówi, że istnieje coś poza zemstą. Słowa: Ja, właśnie Ja przekreślam twe przestępstwa i nie wspominam twych grzechów (Iz 43, 25) oraz Któryż Bóg podobny Tobie, co oddalasz nieprawość, odpuszczasz występek Reszcie dziedzictwa Twego? Nie żywi On gniewu na zawsze, bo upodobał sobie miłosierdzie. Ulituje się znowu nad nami, zetrze nasze nieprawości i wrzuci w głębokości morskie wszystkie nasze grzechy (Mi 7, 18-19) wskazują, że Bóg, choć mógłby karać ludzi za ich występki, ponad karę przedkłada miłosierdzie i przebaczenie. Nie dziwią więc słowa Jezusa Chrystusa z kazania na górze: Słyszeliście, że powiedziano: - Oko za oko, ząb za ząb. Ja zaś mówię wam, abyście nie przeciwstawiali się złu. Lecz ku temu, kto uderzy cię w prawy policzek, obróć i drugi. A temu, kto chce się z tobą sądzić i zabrać płaszcz, zostaw i tunikę. I z tym, kto cię przymusza, byś szedł z nim milę, idź z nim dwie. […] Słyszeliście, że powiedziano: - Będziesz miłował bliźniego twego i nienawidził wroga twego. Ja natomiast mówię wam: Miłujcie wrogów waszych, błogosławcie przeklinających was, czyńcie dobrze nienawidzącym was i módlcie się za tych, którzy na was napadają i prześladują was, tak staniecie się synami Ojca waszego, Który jest w niebiosach (Mt 5, 38-41; 43-45).
Zraniony, nie masz oddawać tak samo. Obrażony, nie masz obrażać tak samo. Dotknięty do żywego, nie masz nienawidzić. Masz przebaczyć. Nie żywić urazy. Darować grzech wobec ciebie, tak jak sam chcesz, by Bóg darował ci twój…
Czy wystarczą słowa „przebaczam ci”? Czy wystarczy, że pomyślę, iż chcę przebaczyć? Nie. Przebaczenie to nie myśl czy chęć. One nic nie znaczą. Wydaje ci się, że skoro pomyślałeś, że chcesz wybaczyć, ba – w myśli wypowiedziałeś słowa „przebaczam”, to już wszystko zrobione. Lecz potem widzisz człowieka, który cię dotknął, na nowo czujesz uczynioną przez niego ranę i albo chciałbyś wykrzyczeć mu swój ból prosto w twarz, albo odpłacić tym samym…
Przebaczenie oznacza wewnętrzną decyzję darowania doznanej krzywdy, decyzję, która staje się faktem zmieniającym zaistniałą sytuację i relację między winowajcą a skrzywdzonym. Skrzywdzony rezygnuje z odwetu, ale też z rozpamiętywania własnej krzywdy oraz winy tego, kto go skrzywdził. Wina zostaje przez skrzywdzonego niejako zdjęta z winowajcy, co ani nie oznacza że została zapomniana, ani też, że z jej skutkami i konsekwencjami winowajca, niezależnie od uzyskanego przebaczenia, nie musi sobie poradzić, wziąć za nią odpowiedzialności, starać się w miarę możliwości krzywdę naprawić (prof. Katarzyna Olbrycht, Wychowanie do przebaczenia)
Przebaczenie to decyzja widziana w jej konkretnych skutkach, zmieniająca sytuację i relację. Przebaczyłem, jeśli potrafię nadal normalnie rozmawiać z tym, który mnie skrzywdził. Jeśli się z nim normalnie witam. Jeśli poproszony przez niego o pomoc, pomogę – ale nie myśląc przy okazji, jaki to ja jestem dobry, bo przecież on nie jest tego wart, lecz dlatego, że poprosił o pomoc inny człowiek. Mimo zadanej rany - mój bliźni.
Skrzywdzony, wybaczając i nie chowając urazy mimo bólu i niemożności zapomnienia, mimo oporów ambicjonalnych, uznając jednak ludzką godność winowajcy, zakłada istnienie w nim jakiegoś osobowego dobra. Nie odmawia mu prawa do pozytywnej przemiany, jest gotowy podjąć trud okazania mu zaufania, szacunku i osobowej miłości. Podejmuje tę decyzję, respektując równocześnie siebie jako osobę, uznając swoją ludzką godność, powinność okazywania szacunku i obdarzania miłością innych ze względu na ich osobowe człowieczeństwo, sens spełniania siebie poprzez bycie bezinteresownym darem dla dobra drugiego. Po obu stronach tej relacji – krzywdzącego i krzywdzonego – mamy w istocie do czynienia z sytuacją wymagającą decyzji, czasem heroicznej, „bycia darem” ze względu na uznanie w sobie i w drugim – tu w winowajcy – osoby ludzkiej. (K. Olbrycht)
Skrzywdzony niejako na nowo musi poukładać samego siebie, swoje mocno potrzaskane przez drugiego człowieka wnętrze, by być w stanie dalej żyć, dalej myśleć pozytywnie, dalej wierzyć w swoją wartość. Dalej w innym widzieć bratnią duszę, będącą na tej samej ścieżce życia, z jej sukcesami i porażkami. I być może nieco na chłodno przyjąć to wydarzenie także jako lekcję dla siebie – by samemu być uważniejszym wobec innych.
By przebaczyć, potrzebny jest czas – i wysiłek. To trochę paradoks, bo zraniony, ofiara - ma do zrobienia jakby więcej niż krzywdziciel. Rekonstruuje samego siebie, układa relację z winowajcą i otoczeniem, którego po doznaniu krzywdy może się po prostu obawiać i przed którym się zamyka. I jeszcze ciągle słyszy, że powinien wybaczyć, że jeśli jest chrześcijaninem, to jest to jego obowiązek, że jeśli on nie wybaczy, to i jemu Bóg nie wybaczy. A tymczasem on nie jest w stanie sobie z tym poradzić. Można by rzecz – krzywdziciel żyje sobie dalej spokojnie, a zraniony tkwi w bagnie po szyję…
Można pytać – sam też pytałem - „Gdzie byłeś, Panie, kiedy to się działo? Dlaczego nie pomogłeś? Dlaczego do tego dopuściłeś?” Jednak to nie Bóg krzywdził, nie Bóg odpowiada za czyn innego człowieka. To my sami - ludzie - robimy to innym, nawet jeśli niekiedy usiłujemy wciągnąć do tej gry samego Boga, uzasadniając swoje działania Jego prawem, prawdą, czystością wiary, moralnością, itd.
Jednak Bóg jest bliżej nas niż my siebie samych (bł. Augustyn). Bóg wie, co czujesz. Bóg wie, jaki wysiłek musisz podjąć. I Bóg wie, że potrzeba czasu, i że możesz nie dać rady za pierwszym, trzecim, piątym razem. Bylebyś nie rezygnował, nie poddawał się i raz za razem dalej próbował. Myśl o Bogu na każdej drodze, a On twe ścieżki wyrówna (Prz 3,5-6). I przyjdźcie do Mnie wszyscy trudzący się i dźwigający ciężary, a Ja wam dam odpoczynek (Mt 11, 28)… Te słowa dają nadzieję, że nawet duchowo sponiewierani – nigdy nie jesteśmy sami.
Kto wejdzie lub zostanie wepchnięty na grząski grunt, sam się nie podniesie. Potrzebuje pomocy z zewnątrz – niekiedy wprost Boskiej, najczęściej - ludzkiej. Bóg sam nam takie okazje podsuwa i działa poprzez innych. To może być dobra spowiedź - nie taka na szybko przed liturgią, ale spokojna i bez ograniczeń czasowych, u mądrego i doświadczonego spowiednika, którego wskazówki i wsparcie mogą być niezwykle cenne i do którego warto czasem nawet pojechać gdzieś dalej. To może być też rozmowa z psychologiem czy terapeutą, jeśli potrzebny jest dłuższy proces przepracowania sytuacji. Niezależnie od tego, jakie ludzkie rozwiązanie zostanie wybrane, zawsze jest jeszcze Ten, na Którego wsparcie możemy liczyć i Który nas nigdy nie opuszcza, cokolwiek się dzieje.
Według drugiego opisu stworzenia świata (Rdz 2, 7) Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi. Święty Paweł wręcz nazywa ludzi naczyniami glinianymi (2 Kor 4, 7), a takie naczynie przecież bardzo łatwo jest rozbić. Zraniony jest właśnie jak takie rozbite, wydaje się już do niczego nieprzydatne naczynie. Tylko pozbierać skorupy i wyrzucić na śmietnik… Tak chciałby krzywdziciel. Ale nie Bóg.
Kintsugi – tak nazywa się japońska technika, właściwie sztuka renowacji rozbitych przedmiotów z gliny czy porcelany. To, co inni wyrzucają, mistrzowie kintsugi pracowicie i z niesamowitą cierpliwością składają, kleją, szlifują, wyrównują – by naczynie powstało na nowo. Tam, gdzie brakuje kawałka, gdzie czegoś nie da się już dopasować, bo stało się prochem, pyłem – tam, gdzie w duszy człowieka zranionego powstała wyrwa wydaje się nie do odratowania – dają więcej żywicy, pieczołowicie i delikatnie uzupełniają to miejsce, traktując je tak, jakby w całej pracy to ono właśnie było najważniejsze. Bo wyrwę najtrudniej jest połatać, przywrócić jej pierwotny kształt, sprawić, że to miejsce nie będzie raziło jakąś deformacją, brzydotą…
Kiedy już całe naczynie jest odtworzone, widać w nim zachowane części i różniące się kolorem ślady klejenia i uzupełnień. Po nich widać, że naczynie utraciło swą doskonałość. Ale mistrz kintsugi kontynuuje swoją pracę. Starannie i dokładnie pokrywa te łączenia i miejsca po utraconych kawałkach klejem, a następnie posypuje sproszkowanym złotem, srebrem lub platyną. Szlachetny kruszec nadaje naczyniu nową wartość. Tworzy coś, co jest nawet cenniejsze, niż było na początku. Kintsugi to w tłumaczeniu „złota naprawa”, a ślady klejenia noszą nazwę „złotych blizn”.
O kintsugi mówi się, że jest metaforą ludzkiego doświadczenia, symbolizuje odporność, akceptację i rozwój w obliczu przeciwności losu. Tak jak rozbita ceramika przechodzi proces naprawy i odnowy, tak samo my jako jednostki uzdrawiamy się i ewoluujemy poprzez wyzwania życia. Pęknięcia i złamania w ceramice stają się symbolami naszych blizn i niedoskonałości, świadectwami naszej siły i zdolności do transformacji (za: daslia.com).
Ale to Bóg jest Tym, Który daje człowiekowi siłę do pokonywania przeciwności. To On jest prawdziwym Mistrzem kintsugi. W Jego rękach zraniona ludzka dusza ożywa, odzyskuje swój blask, nabiera nowych cech i nowego znaczenia. Jego kunszt jest niezrównany, a cierpliwość niepojęta. Jest w tej pracy zawzięty – bo składa w nowe to, co należy do Niego i czego żaden człowiek nie ma prawa rozbić. Tylko On jest w stanie sprawić, że z czasem ból, cierpienie i wewnętrzne rozszarpanie zbledną, stracą swoją moc, że rany się zabliźnią.
Z czasem. To trwa. Zacznie się, gdy zechcesz pozwolić Mu działać.
Napisałem na początku: Już wiem, że nie jestem w stanie wybaczyć na zawołanie. Nie byłem. Próbowałem, ale nie dawałem rady. Wszystko wracało. Mówiłem Bogu i samemu sobie "wybaczam", ale to było kłamstwo, bo najmniejsze wspomnienie wystarczyło, by ból i gniew wzięły górę.
A Bóg brzydzi się kłamstwem. Wstrętne dla Pana są usta kłamliwe, lecz w prawdomównych ma upodobanie (Prz 12, 22). Musiałem w którymś momencie otwarcie przyznać, że choć chcę przebaczyć, nie potrafię. Że jestem na to za słaby, za bardzo dotknięty i rozbity. Jak mantrę mogłem jedynie powtarzać: „Chciałbym odpuścić, zapomnieć, lecz nie jestem w stanie. To ponad moje siły. Ty więc przebacz w moim imieniu. Ty zrób to za mnie. Nie pamiętaj tego temu człowiekowi”.
Kiedy o tym dzisiaj myślę, przypominają mi się słowa ukrzyżowanego Jezusa z Ewangelii wg św. Łukasza 23, 34: Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią. Nie: Ja wam odpuszczam, ale: Ty, Ojcze, odpuść… To modlitwa wstawiennicza Syna Bożego, ale jednocześnie wskazówka dla nas, że niekiedy to, z czym sami sobie nie radzimy, co mimo prób i wysiłków jest dla nas za trudne, musimy z czystą intencją oddać Bogu i Jemu zostawić działanie.
Któregoś dnia, po nie wiem ilu tych prośbach, nagle i nieoczekiwanie przyszedł spokój. Jakby w jednej chwili emocje opadły, wspomnienia wyblakły. Przyszła beznamiętność wobec całej sytuacji. Pamięć się nie zatarła, jestem w stanie odtworzyć wszystko, co się wydarzyło, ale to już nie ma żadnego znaczenia, nie ma wpływu na nasze relacje – są takie, jakby nic po drodze nie było. Moja zasługa? Wynik upływu czasu? Nie. Odbieram to jako Jego łaskę.
Wierzę głęboko, że gdzieś po drodze tego cierpienia Bóg już pracowicie zbierał skorupy mej duszy, oczyszczał je, przygotowywał zaprawę. Powolutku, niespiesznie, dając mi też tym samym lekcję znaczenia uważności wobec innych i mocy każdego wypowiedzianego słowa (bo ono naprawdę może być zabójczą strzałą), sklejał to, co rozbił drugi człowiek. Co mogło już nie istnieć, ale dzięki Niemu nabrało nowej wartości – i żyje. Dla Niego nie ma bowiem ludzi straconych, niewartych uwagi i troski; każdy jest Jego na wieki, choćby musiał go na nowo składać z milionów kawałków, odtwarzając w nim swój Boski obraz. I nikt, choćby był w najgłębszej rozpaczy i czuł jedynie pustkę, nie jest pozostawiony samemu sobie.
Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; tyś moim! Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się, i nie strawi cię płomień. Albowiem Ja jestem Pan, twój Bóg, Święty Izraela, twój Zbawca. (Iz 43, 1-3)
Nie chciałbym powtórki tego doświadczenia. Nie chciałbym też być dla innych przyczyną cierpień, których sam doświadczyłem – ta lekcja była mocna. Pokazała mi siłę ludzkiego zła, ale i jego słabość przed Bogiem. Moją i każdego innego człowieka kruchość - i bezmiar Bożej miłości wobec nas. I to, jak czasem mało znaczymy dla innych, lecz jak cenni jesteśmy dla Stwórcy.
Gabriel Szymczak
fotografia: daslia.com
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.