czw, 13 sie (31 lip) czwartek, 13 sie (31 lip) 2026 roku juliański
Kalendarz →
Publicystyka 14 lipca 2023

By nie zaplątać się w sieci

Wraz ze szczerym i naturalnym pragnieniem komunikowania się z podobnie myślącymi ludźmi, podobnie myślącymi wierzącymi, przyjaźnienia się - nie tylko z nimi, ale z wszelkiego rodzaju ludźmi, uczenia się o tych ludziach jak najwięcej - okazuje się, że żyje we mnie próżność, marność i pragnienie samou

0 czytelników poleca

Minęły trzy lata odkąd jestem na Facebooku...

Napisałam to i zadrżałam sama w sobie. Czy ja naprawdę na nim jestem?

Nie! Z Facebooka tylko korzystam, ale żyję życiem.

Ale czy na pewno...

Być realnie, a nie pozornie istnieć

Dlaczego nie ma pewności, że tam, w przestrzeni wirtualnej, nie modeluję innej siebie i innego życia przed ludźmi, z których większość nie widzi mnie na co dzień? Że niczego przed nimi nie udaję...? Czy nie rozdwajam się w ten sposób?

To pytanie o moją własną szczerość i pełnię. Ale dlaczego zadaję sobie to pytanie w związku z portalami społecznościowymi? Może należało je zadać dużo wcześniej? Pokusa udawania, ale nie bycia, chęć odgrywania roli przed innymi - zaczyna się gdzieś w dzieciństwie, od naiwnych przechwałek i kłamstw... I może się skończyć świadczeniem usług jako profesjonalny kreator wizerunku (co oczywiście mnie nie dotyczy). Jeśli chodzi o Facebooka czy jakikolwiek inny portal społecznościowy - daje on po prostu twórcy własnego wizerunku ogromne możliwości. Dlatego służy jako najsilniejszy kusiciel. I jest to jedna z najtrudniejszych pokus internetowych. Skomplikowanych, bo mających miejsce także mimo świadomej woli. Nagle okazuje się, że w oczach niektórych znajomych na fb jesteś, jakby to ująć, nie do końca tym, kim naprawdę jesteś. Dużo lepszy i bardziej znaczący. I trudno jest zmienić zdanie tych ludzi - po pierwsze dlatego, że traktują twoje wyjaśnienia jako demonstrację skromności i pokory, a po drugie dlatego, że sam bardzo chcesz wierzyć w to inne ja.

Jak sobie z tym radzimy? I jak odzyskać siebie takimi, jakimi jesteśmy w rzeczywistości, a nie w naszej wyobraźni? Gdzie zazwyczaj nam się to przydarza? W domu, podczas domowej modlitwy, podczas codziennego wieczornego wyznawania grzechów, w świątyni, zwłaszcza podczas spowiedzi. Właśnie wtedy wstydzimy się czegoś przed kimś i właśnie wtedy zadajemy sobie pytanie, na ile sami odpowiadamy temu, co piszemy, mówimy i głosimy...

Facebook to nie życie. Facebook to tylko jedna z technicznych możliwości, jakie daje człowiekowi cywilizacja. Myślę, że człowiek pozostanie jednością, nie rozwarstwi się na "realnego" i "wirtualnego" gracza - jeśli będzie traktował siebie trzeźwo i pozostanie pełnią nie tylko wtedy, gdy patrzy w monitor. Życie sakralne dostarcza ku temu środków, wypróbowanych i sprawdzonych przez wieki.

Zadaj sobie pytanie " Po co?"

Pewnego pięknego dnia zdałam sobie sprawę z mojego uzależnienia od Facebooka. Na czym ono polega i jak powstało?

Zainwestowałam siebie w tę stronę. Zainwestowałam siebie całym sercem, bez podstępów, pseudonimów i nieczystych zagrań. Oto jestem - taka, jaka jestem. To moja prawdziwa twarz - moja, zauważcie, nie mojego kota. To właśnie chcę wam powiedzieć, tym się z wami podzielę, licząc na waszą reakcję...

Reakcja nadeszła. Zauważyłam, że to, co wychodzi ode mnie, jest pożądane. Więc nie żyję na próżno! Dowody mojej wartości, dostarczane mi regularnie przez Facebooka w postaci polubień i ciepłych, pełnych uznania komentarzy, potwierdzały ten fakt...

A takie ciągłe potwierdzenie stało się nagle zbyt potrzebne, wręcz niezbędne.

W efekcie wóz wyprzedził konia: zaczęłam szukać czegoś (albo w sobie, albo w książkach) - co powinnam dziś napisać na Facebooku. Nic do mnie nie dotarło, nie dojrzało, nie oderwało się ode mnie, jak jabłko od gałęzi, by wpaść w czyjeś ręce... a ja sztucznie próbuję coś od siebie oderwać, by powiedzieć: oto jestem, wciąż interesująca i wciąż - nie zapominajcie, przyjaciele! - potrzebna.

W ten sposób odkrywamy w sobie... to, co naprawdę musimy odkryć. Wraz ze szczerym i naturalnym pragnieniem komunikowania się z podobnie myślącymi ludźmi, podobnie myślącymi wierzącymi, przyjaźnienia się - nie tylko z nimi, ale z wszelkiego rodzaju ludźmi, uczenia się o tych ludziach jak najwięcej - okazuje się, że żyje we mnie próżność, marność i pragnienie samousprawiedliwienia zamiast usprawiedliwienia przed Bogiem...

Co zrobić, by Facebook nie przyczyniał się do rozkwitu tych naszych grzechów, nie tworzył dla nich pożywki? Odpowiedź jest bardzo prosta - należy zadać sobie pytanie: "Dlaczego piszę ten post?" i szczerze na nie odpowiedzieć.

A także modlić się za każdym razem przed kliknięciem "opublikuj". To narzędzie jest niezawodnym lekarstwem. Ponieważ - jeśli w twoim planie jest coś nieczystego, grzesznego, modlitwa natychmiast ci to pokaże: po prostu poczujesz, że nie musisz tego robić; dostrzeżesz bezsens swoich próżnych myśli. I poczujesz wstyd.

Proste? Tak, ale dlaczego tak trudno się do tego przyzwyczaić? Dlaczego wciąż naciskam "opublikuj", zapominając o modlitwie, nie zachowując tego, co Bóg pozwolił mi już zrozumieć...?

Strzeż swego języka od zła

Na ogół nie bardzo potrafimy powstrzymać nasz język od złego (por. Ps 33:13) i nie za dobrze pamiętamy słowa świętego apostoła Jakuba o języku, który jest małym organem, ale czyni wiele. Spójrz, mały ogień, a jak wiele substancji rozpala! (Jk 3:5). Apostoł mówi dalej, jak trudne, niemożliwe... a jednocześnie jak konieczne jest dla człowieka poskromienie języka. Poskromienie elektronicznego języka jest podwójnie ważne, ponieważ rozpala on wiele i niezwłocznie. I nie zawsze udaje się opanować pożar, usuwając własny post napisany pod wpływem chwili. Zdarzyło mi się to co najmniej dwa razy. Choć jestem dziennikarką i raczej powinnam trzymać emocje na wodzy. Co do innych użytkowników - wszyscy regularnie widzimy te burze, kiedy ludzie dają upust swoim emocjom, kompletnie nie orientując się w sytuacji lub dopasowując sytuację do schematu, który już mają. "Nikczemni urzędnicy odebrali przybrane dzieci rodzicom adopcyjnym i odesłali je do oficjalnego obozu koncentracyjnego...!". Chwila, spróbuj chociaż spojrzeć na sytuację z innej perspektywy. Może te dzieci powinny były zostać zabrane dużo wcześniej. Może urzędnicy uratowali je przed głodem lub przed biciem. Wszystko może się zdarzyć!

Dochodzimy do tego samego wniosku: Internet jest wielką szansą, wielką pokusą, a jednocześnie potężnym szkłem powiększającym, które pozwala nam dobrze przyjrzeć się niebezpieczeństwu, które nie leży w "złych urzędnikach" lub w innych ludziach, ale w nas samych.

Milczenie, oczywiście jest złotem, ale srebro też jest potrzebne

Pytanie "Milczeć czy powiedzieć?" - wcale nie jest takie proste. "Zdarzało mi się żałować swoich słów, ale nigdy milczenia" - nie pamiętam, czyje to spostrzeżenie, ale tylko częściowo mogę się z nim zgodzić. Milczenia także zdarza nam żałować - jeśli nie stanęliśmy w czyjejś obronie, jeśli go nie wsparliśmy, jeśli zdradziliśmy go milczeniem, jeśli wreszcie nie powiedzieliśmy prawdy, którą należało powiedzieć.

Nie dopuszczam na moją stronę polityki i skandali. Nie biorę udziału w dyskusji o tych problemach i sytuacjach, w których nie jestem kompetentna i które znam tylko ze słyszenia. Nie uważam za konieczne dodawać swojego głosu do chóru, który i beze mnie jest już całkiem potężny. Ale - w pewnym momencie naprawdę nie mogę i, co ważniejsze, nie uważam, że mam prawo milczeć.

Takie sytuacje zawsze są dla mnie stresujące, zawsze stanowią wyzwanie. I od niedawna radzę sobie ze wspomnianymi błędami: staram się nie ulegać emocjom, nie pędzić po laptopa jak po strzelbę, zastanowić się, zważyć i zadać sobie pytanie "po co?" - i dopiero wtedy kładę palce na klawiaturze....

Dziękuję Bogu, że Facebook nie pojawił się w moim życiu zbyt wcześnie. Teraz, zamiast 10-15-20 lat temu, kiedy byłam nierozumną, niedojrzałą, naiwną i bardzo nieodpowiedzialną istotą. Teraz wciąż jestem w stanie odpowiadać za to, co ode mnie wychodzi i określać granice swoich kompetencji.

Ale nawet dziś Facebook wiele mnie nauczył. I te lekcje nie są zbędne dla prawosławnego człowieka żyjącego w społeczeństwie, które niestety wciąż jest bardzo świeckie, i chcącego w jakiś sposób temu społeczeństwu pomóc.

Nie pchaj się tam, gdzie nie trzeba

Prawdopodobnie najważniejszą lekcją jest wyczucie, gdzie chcą cię usłyszeć, a gdzie nie. I trzymaj się z dala od miejsc, do których nie zostałeś zaproszony - nawet jeśli, jak każdy inny, masz techniczną możliwość komentowania cudzych postów. Pamiętaj, że większość ludzi w ogóle nie chce widzieć sprzeciwu w komentarzach, nawet jeśli ma on poprawną formę. Ludzie nie chcą ani sprzeciwu, ani krytyki pod swoim adresem, ale wsparcia. Zarówno w mediach społecznościowych, jak i ogólnie w życiu - taka jest ludzka natura. I trzeba to brać pod uwagę. Włamywanie się w mechanizmy obronne psychiki danej osoby do niczego jej nie przekona.

Nauczyłam się też nie wdawać w kłótnie. Nie ingerować w nie, chyba że jest to absolutnie konieczne. A jeśli naprawdę musisz, jeśli nie możesz milczeć - musisz mówić krótko i, jeśli to możliwe, zwięźle, jeden raz i nie wracaj tam więcej - pozwól innym mówić. Nie bądź arogancki i nie myśl, że właśnie ty teraz rzucisz światło i postawisz kropkę nad “i”. Fraza "Poradzą sobie bez ciebie" jest dobra i otrzeźwiająca.

Ale wplątanie się w kłótnię, niemożność wydostania się z niej, 323 komentarze pod postem nieznajomego, skrajne pobudzenie emocjonalne, złość, przerzucanie się z przedmiotu sporu na osobowość...

Musimy w porę zrozumieć, jak niszczące jest to dla duszy, jak nas rujnuje i wyniszcza duchowo. Zacznij się modlić od razu po kłótni - wtedy to poczujesz. Modlitwa - jest jak projekcja na ekranie, natychmiast pokazuje nam, w jakim stanie jesteśmy.

Droga ku bliźniemu

Człowiek potrzebuje kontaktu. Jest to nie tylko normalne, ale wydaje mi się, że Bóg zaszczepił to w człowieku od samego początku: nie został on stworzony po to, by pozostać skorupą ze szczelnie zamkniętymi klapkami, by skrywać wszystko w sobie.

Nie potrzebujemy powierzchownej komunikacji (chociaż powierzchowna może też czemuś służyć), ale głębokiej komunikacji, za którą strasznie tęsknimy. Szukamy drogi głęboko w sobie - aby uczynić ją drogą do drugiej osoby. Tą samą droga do przyjaciela z dzienników Michaiła Prishwina! Ponieważ ta głębia jest punktem spotkania bratnich dusz, miejscem, w którym nie mogą się bez siebie obyć.

Ludzie wchodzą na portale społecznościowe w bardzo różnych celach. Niektórzy szukają rozrywki, relaksu, "zabawy". Dla niektórych ich strona internetowa staje się sztandarem walki, trybuną ideologiczno-polityczną, która zagraża ich wrogom. Ale ja podążałam swoją drogą - drogą do innych. Do tych, z którymi spotykamy się w głębi. Do moich przyjaciół, a nie obserwatorów. I inni szli tą samą drogą. I przyszliśmy do siebie. I odkryliśmy w sobie nawzajem rzeczy, których być może nigdy byśmy nie odkryli, gdybyśmy - cóż, powiedzmy - po prostu pracowali razem, bez względu na to, jak dobre były nasze relacje.

Jesteśmy bardzo szczęśliwi z powodu naszej wzajemnej otwartości, boimy się stracić siebie nawzajem.

Najważniejsze, że nasza droga jest właśnie drogą do naszego przyjaciela, a nie do nas samych w jego oczach.

Marina Birukova (tłum. Justyna Pikutin)

za: pravoslavie.ru

fotografia: jarek /orthphoto.net/

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze z Polski

wszystkie →