pt, 11 wrz (29 sie) piątek, 11 wrz (29 sie) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 11 września 2026

Chrześcijańska przemiana

Chociaż słowo "uświęcenie" występuje w Nowym Testamencie, nigdzie nie jest traktowane jako następstwo samego zbawienia. Bycie zbawionym na kartach Nowego Testamentu oznacza całe nasze życie z Bogiem, a jego celem jest przemiana na obraz Chrystusa od chwały do ​​chwały.

1 czytelników poleca

„My wszyscy z odsłoniętą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską jakby w zwierciadle; za sprawą Ducha Pańskiego, coraz bardziej jaśniejąc, upodabniamy się do Jego obrazu” (2 Kor 3, 18).

Wśród wielu strat we współczesnym chrześcijaństwie znalazła się transformacja. Ruchy odrodzenia i teologia XIX wieku kładły nacisk na jedno doświadczenie, które było powiązane ze zbawieniem. Ci, którzy zajmowali się tym, co następowało później, opisywali wzrost w życiu chrześcijańskim jako „uświęcanie” i sugerowali, że jest ono opcjonalne. Współcześni chrześcijanie przesunęli je w kierunku czegoś wręcz ukrywanego.

Chociaż słowo uświęcenie występuje w Nowym Testamencie, nigdzie nie jest traktowane jako następstwo samego zbawienia. Bycie zbawionym na kartach Nowego Testamentu oznacza całe nasze życie z Bogiem, a jego celem jest przemiana na obraz Chrystusa od chwały do ​​chwały. Wszystko inne po prostu nie jest wiarą chrześcijańską.

Wielu chrześcijan przyznaje, że w wierzącym ma nastąpić przemiana, ale przyjęło model, który odkłada tę zmianę na czas po śmierci. Tak więc żyjemy na tym świecie jako jednorazowi, nawróceni raz na zawsze, i mamy nadzieję, że po prostu obudzimy się jako święci w życiu, które ma nadejść. I nawet ten model jest często osłabiany przez traktowanie nieba jako raju (wyobrażonego w surowo materialnych formach).

Pełnia chrześcijańskiej ewangelii, jaka znajduje się w Piśmie Świętym i tradycji prawosławnej, jest radykalnie zaangażowana w przemianę życia wierzącego.

Psychologia to za mało

W kulturze samopomocy mówienie, że ludzie muszą się zmienić, jest jedynie aprobatą tego, co wszyscy już wiedzą. Ale ruch poszukiwany w kulturze nie potrzebuje Boga. Stać się lepszą osobą (bardziej wysportowaną, uprzejmą, życzliwą, bardziej rozważną itp.) to po prostu opis programu moralnego. W moralności nie ma nic szczególnie chrześcijańskiego. Moralność jest konstytuowana przez wszelkie uzgodnione reguły zachowania, które są pożądane w danym momencie. Psychologiczny składnik moralności to nic innego jak wewnętrzne dostosowanie się do pożądanego zachowania: dobre zachowanie i czerpanie radości z tego.

Przemiana dokonana przez Chrystusa jest przejawem Królestwa Bożego na tym świecie. W pełni wygląda jak sam zmartwychwstały Chrystus. Jest to zjednoczenie nieba i ziemi, stworzonego i niestworzonego. To rzeczywistość transcendentalna.

To oczywiście w pewnym stopniu opisuje kilku świętych. Ale trzeba przyznać, że nie opisuje wielu ani też nie wydaje się opisywać chrześcijan w ogóle.

Jednak to jest fałszywy osąd. W kulturze psychologicznej moralność i psychologia są jedynymi ludzkimi rzeczywistościami, jakie uznajemy. Nie widzimy ani nie rozumiemy natury rzeczy duchowych. Jesteśmy zamknięci w świecie przyczyny i skutku, i zakładamy, że wszystko działa w taki sposób. Krajobraz psychologicznych przyczyn (i skutków) to świat, jaki wybierzemy, aby go zobaczyć. Ale nie widzimy krajobrazu Królestwa Bożego - tego, co narodziło się w wierzących w ich chrzcie.

Jednym z największych wyzwań w życiu prawosławnego chrześcijanina jest przejście od psychologii do prawdziwej duchowości. Niektórzy nauczyciele sugerują, że wielu tego nie zrobi - i tym samym nie zdadzą sobie sprawy z ich pierworództwa w Chrystusie.

Mówienie o tym ruchu jest trudne, ponieważ opuszczamy świat przyczyny i skutku, i wkraczamy w świat łaski (chociaż nawet świat przyczyny i skutku jest chwila po chwili podtrzymywany łaską). Ale łaska działa z wiarą i wolnością - więc nie ma przyczyny i skutku (inaczej byłaby na nas narzucona). To życie wiary i wolności jest nam często obce. Trzymamy się tego, co wiemy, i redukujemy nasze rozumienie do praktycznie mechanicznego świata. Tam angażujemy się w różne terapie i moralności, które mają zdolność zmiany pozorów, ale nigdy istoty rzeczywistości.

W tym artykule użyję apostoła Pawła jako przykładu. Zanim został chrześcijaninem, był uczciwym, moralnym człowiekiem. Jako faryzeusz przestrzegał Prawa żydowskiego w możliwie najściślejszy sposób. Nie był hipokrytą. Ale nie znał też prawdziwego i żywego Boga. Kiedy nawrócił się w drodze do Damaszku, nie przyjął nagle nowego kodeksu moralnego. Zrezygnował z moralności i skierował się na drogę łaski. Tę ścieżkę opisał jako „słabość”. Ukorzył się. Ogołocił się. Poddał się biciu i biczowaniu. Zniósł wraki statków i fałszywe oskarżenia swoich wrogów.

Ale nie jest bohaterem moralnym ani przykładem wielkich ludzkich osiągnięć. To, co widzimy w jego zewnętrznym chrześcijańskim życiu, to także kształt jego najgłębszego serca. Tam też skierował się ku temu, co niemożliwe i poza ludzkim zasięgiem. Wykroczył poza to, co można było poznać po przyczynie i skutku. To, co znalazł, to tajemnica Królestwa - zjednoczenie z Bogiem.

Wynik tego wewnętrznego ogołocenia można zobaczyć w pełni łaski, którą Bóg go obdarzył. Cuda działały nawet przez ubrania, które po prostu miały z nim kontakt. Wskrzeszał umarłych i wypędzał demony. Stał się tak mocno zjednoczony z Chrystusem, że mógł mówić innym, aby żyli tak, jak on żył.

Z zewnątrz ten sposób życia można łatwo pomylić z jakąś wersją psychologii moralnej. Ale to nic takiego. To niemożliwe, które stało się rzeczywistością poprzez całkowitą zależność od Boga łaski. Jak Bóg powiedział św. Pawłowi: „Wystarczy mojej łaski”.

Przejście od życia psychologicznego do życia duchowego jest często sprzeczne z intuicją. Wygląda na to, że to nie zadziała. Do pewnego stopnia wiąże się to z rezygnacją. Przestajemy starać się być dobrymi i staramy się jedynie ogołocić się przed Bogiem. Dobroć naszego życia staje się w ten sposób dobrem Boga, a nie naszym.

Życie moralne / psychologiczne często krąży między wysiłkiem, porażką, wstydem i wyrzutami sumienia, by zacząć od nowa z nowym wysiłkiem i obietnicami lepszego wyniku. Niektóre życia chrześcijańskie nigdy nie opuszczają tego cyklu. To może być zwykła nędza. Najczęściej prowadzi do rozczarowania i cichej rezygnacji na rzecz czegoś mniejszego.

Początkowo przyjęcie życia duchowego może wydawać się porażką. W istocie obejmuje porażkę i słabość. Starzec Sofroniusz nauczał: „Droga w dół jest drogą w górę”. O dziwo, jest to jedyna duchowa ścieżka, która rzeczywiście byłaby otwarta dla wszystkich wierzących. Najgorszy z nas może zawieść. Niektórzy z nas uczą się być w tym bardzo dobrzy!

Modlitwa jako opróżnienie siebie w obecności Boga jest czymś zupełnie innym niż wielkie atletyczne wysiłki dobrze przestrzeganych zasad. Często radziłem ludziom, aby podczas Wielkiego Postu pościli nieco poza zasięgiem - bo bez jakiejś miary niepowodzenia podczas postu grozi nam dotarcie do Paschy z poczuciem satysfakcji, a nie z prawdziwą wdzięcznością.

Doprowadzając do skrajności, łatwo jest zapytać (jak zapytał św. Paweł): „Czy powinniśmy trwać w grzechu, aby łaska obfitowała?” Święty Paweł powiedział: „Oczywiście, że nie!” Ale logika pytania wypłynęła z jego nauczania i jest bardziej rozsądna niż moralne / psychologiczne substytuty, które inni umieścili w miejsce tego.

Słabość nie jest grzechem. Porażka często nie jest grzechem. Nasza pustka nie jest grzeszna w obecności Boga. Prawdziwa pokuta (pokora, złamanie, pustka) nie jest wynikiem grzechu, ale powrotu do naszego właściwego stanu przed Bogiem.

Rozważ dwa rodzaje modlitw: w pierwszym mamy poczucie modlitwy, którą planujemy się modlić (odmawianie porannych modlitw) oraz psalmy i czytania na dany dzień, przez które walczymy. Jest to całkiem możliwe bez odniesienia do Boga. Jesteśmy obecni w naszych modlitwach, ale nasze modlitwy nie są obecne dla Boga. Serce może pozostać całkowicie nietknięte. Mówimy, ale nie płaczemy.

W drugiej walczymy o słowa. Jesteśmy świadomi tego, jak nieświadomi jesteśmy Boga. Nie uciekamy od naszej pustki lub naszego załamania, ale je obejmujemy. I tam, w miejscu, gdzie sami nie możemy nic zrobić, wzywamy Boga, który może wszystko. I to jest przywrócenie naszej prawdziwej relacji z Bogiem i naszej właściwej egzystencji jako istot ludzkich.

Aby wejść w prawdziwe życie duchowe, musimy porzucić przyczynę i skutek, i oddać się Ziemi, którą Bóg powoduje bezprzyczynowo. Przyjąwszy taką słabość, stajemy bez obrony przed tymi, którzy oczerniają nasz styl życia.

I to jest grunt, na którym stoją święci. Nie potrafimy wyjaśnić ich istnienia. Transcendentna dobroć ich życia i czynów, cuda działające z ich rąk - wszystko wydaje się powstać „z niczego”. Ale tak jak cały wszechświat, który nas otacza (który sam w sobie był bezprzyczynowy) - one jednak istnieją.

I to jest zmiana pochodząca od Najwyższego. Chwała Jego Imieniu!

o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)

za: Glory to God for All Things

fotografia: jarek /orthphoto.net/

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze aktualności

wszystkie →