czw, 13 sie (31 lip) czwartek, 13 sie (31 lip) 2026 roku juliański
Kalendarz →
Publicystyka 11 października 2025

Cisza i jej Przywódca

Brak dźwięków to głuchota, a cisza to harmonia. To porządek. Dlaczego tak bardzo szukamy ciszy – w naturze, w sztuce? Ponieważ potrzebujemy wewnętrznej ciszy, duchowego porządku.

0 czytelników poleca

«Módl się, dziewico, aby ustała rozpętana trwoga duchowa i burza mego smutku,
Ty bowiem, Boża Niewiasto, zrodziłaś przywódcę ciszy,
Chrystusa, jedyna najczystsza…».

Zatrzymałam się na tych słowach z Kanonu modlitewnego do Najświętszej Bogarodzicy, uświadamiając sobie, że jest w nich coś szczególnie dla mnie ważnego.

Tak, wszystko co ma związek z duchową burzą, trwogą i smutkiem – to wszystko o mnie. Ale przecież to nie tego potrzebuję. Dlatego zaczęłam się zastanawiać: czym jest ta cisza, której Przywódcą i Przyczyną jest Sam Chrystus.

Czym w zasadzie jest cisza? Najbardziej podoba mi się definicja Mariny Cwietajewoj: „Cisza to nie brak dźwięków, ale brak zbędnych dźwięków”. I rzeczywiście - czy narusza ciszę rytmiczny szum morskich fal? Albo szelest liści i szczebiot ptaków – gdy siedzimy na ławeczce pod ogromnym dębem w starym parku? Albo gruchanie miejskich gołębi w wiosennym słońcu? Skrzypienie śniegu pod nogami – w mroźny wieczór na wsi, gdy zachód płonie żarem, a dym z kominów unosi się niczym różowe świece? Wreszcie, czy bezdenną ciszę zakłóca stukot metronomu – podczas Minuty Ciszy?

Nie. Wszystkie te dźwięki nie naruszają ciszy, lecz ją tworzą. Innymi słowy – cisza rozkwita tymi dźwiękami. W porannej ciszy powoli gasną gwiazdy – a zakwita ona wielogłosowym chórem kogutów.
A warkot motocykla, muzyka pop z jakiegoś głośnika, głośne rozmowy ludzi, strzały itp. - są obce ciszy i w mig ją burzą.

Brak dźwięków to głuchota, a cisza to harmonia. To porządek. Dlaczego tak bardzo szukamy ciszy – w naturze, w sztuce? Ponieważ potrzebujemy wewnętrznej ciszy, duchowego porządku. „Prowadź moje serce od obecnego buntu (…) wprowadź mnie cudownie do życiodajnej ciszy” – to już z Kanonu do Anioła Stróża. Życiodajna – znaczy ożywiająca: tylko w ciszy, w harmonii, w podporządkowaniu się temu, co prawdziwie najwyższe, dusza ożywa, a życie ducha staje się możliwe. Tylko w takiej ciszy można naprawdę usłyszeć Chrystusa. Tylko w niej można naprawdę zwrócić się do Niego. Nie bez powodu wielki dyrygent Troice-Siergiejewoj Ławry, archimandryta Matviej (Mormyl), wzywał swoich chórzystów: „Śpiewajcie z ciszy”… I cisza rozkwitała świętym śpiewem.

Ale dlaczego Chrystusa nazywają jej, tj. ciszy Przywódcą?

Przeciwieństwem ciszy jest zgiełk. Zgiełk można chyba zdefiniować jako różnorodną aktywność pozbawioną większego sensu, mającą niskie, duchowo nieistotne, warunkowe i przemijające cele. Jednak w książce biskupa Bazylego (Rodzianko) „Żyje we mnie Chrystus” (M. „Nicea” 2020) przeczytałam głębszą definicję: zgiełk to chaotyczny stan upadłego świata: stan, w którym części walczą między sobą i z całością, a każda część walczy o swoje ziemskie przetrwanie. Zgiełk - jak mówi biskup Bazyli - jest stanem duszy człowieka, który nie znalazł Boga, nie jest w stanie skoncentrować się i zbudować hierarchii wartości. Zgiełku (staram się kontynuować) nie ma tam, gdzie wszystko podporządkowane jest wyższemu sensowi, gdzie wykluczone i usunięte jest wszystko, co z nim niezgodne, wszystko, co mu obce. A najwyższym Sensem jest Chrystus.

I w pełni ten spokój, cisza, idealny porządek duszy są osiągalne tylko w Chrystusie. Jeśli można tak powiedzieć, są one uzasadnione – właśnie Nim i nikim innym. Bo tylko On ma odpowiedzi na wszystkie nasze bolesne pytania, a dokładniej - On sam jest odpowiedzią na wszystkie nasze pytania i uzdrowieniem wszystkich naszych duchowych ran. On jest pełnią, w Nim nie ma żadnej szkody ani niedostatku. On jest - to znaczy, że nie potrzebujemy niczego innego. To jest stan wyciszenia.

Oczywiście pojawia się pytanie: – Jak możliwa jest wewnętrzna cisza, skoro na świecie jest tyle cierpienia, bólu, niesprawiedliwości i okrucieństwa? Skoro sami jesteśmy tak niedoskonali, grzeszni i wrażliwi? Ale cisza, jak już wspomniałam, nie jest głuchotą. Ani też nie jest obojętnością. Być może nikt z nas nie opłakiwał cierpiącego świata tak jak święci – ci, którym Prawdziwy Przywódca ciszy objawił się naprawdę. I nikt z nas nie modlił się tak jak oni. Czcigodny Sylwan z Góry Athos pisał:
„Mnich – to człowiek modlący się za cały świat... Pan nasz Jezus Chrystus, Syn Boży, daje mnichowi miłość Świętego Ducha, a w tej miłości serce mnicha zawsze smuci się z powodu ludzi, ponieważ nie wszyscy zostaną zbawieni. Sam Bóg był tak zasmucony losem ludzi, że oddał Siebie na śmierć na Krzyżu. Matka Boża również nosiła w Swym sercu ten sam smutek o ludziach...”.

Pamiętam, jak kiedyś dziwiłam się, czytając modlitwę do Przenajświętszej Bogarodzicy: „Przyprowadź mnie, grzesznego, do spokojnego, beztroskiego życia, abym płakał nad moimi grzechami” – jakże może być spokojnym życie, w którym człowiek płacze i cierpi? Jednak w rzeczywistości pokutny płacz jest radosny i nie niszczy harmonii, lecz ją tworzy. A słowo „spokojny” oznacza właśnie ten stan duszy, jej całkowite podporządkowanie Chrystusowi.

W Ewangelii są miejsca, w których wyraźnie słyszymy właśnie tę ciszę, w której teraz powinien rozbrzmieć Jego głos.
„I zamknąwszy księgę, oddawszy [ją] usługującemu, usiadł. A oczy wszystkich w synagodze były w Niego wpatrzone. On zaś zaczął mówić do nich - To Pismo, które macie w uszach waszych, dziś się wypełniło” (Łk 4, 20-21).

Aby mógł zacząć mówić, wszyscy musieli zamilknąć – nie tylko zewnętrznie (w synagodze i tak nie hałasowali), ale także wewnętrznie; aby nie tylko cielesne, ale i duchowe oczy skierowały się tam, gdzie trzeba.

Przywódcę ciszy można spotkać tylko w ciszy. I w głębi. W głębi, w sercu naszej istoty, w jej ołtarzu – panuje cisza. Po prostu dawno tam nie byliśmy. Nieprzypadkowo współczesny świat robi wszystko, aby pozbawić człowieka ciszy i nie pozwolić mu wejść w głąb.

Świat zapala mnóstwo jasnych świateł w powierzchownych sferach ludzkiej psychiki, manipuluje uwagą człowieka, nieustannie kierując ją na to, co nie ma związku z Sensem. Człowiek żyjący między komputerem a telewizorem jest nieustannie poddawany emocjonalnemu bombardowaniu, oferuje mu się mnóstwo sposobów na relaks, rozrywkę, „oderwanie się” – byle tylko nie skupił się na tym, co najważniejsze, i nie udał się tam, gdzie cała ta treść stanie się zbędna... Byle tylko człowiek nie odnalazł świętej ciszy i prawdziwej wolności w Chrystusie. Tak, cisza to wolność, a zgiełk to niewola. Czy trzeba to udowadniać, czyż nie odczuwamy tego bezpośrednio – zmęczeni zgiełkiem?

Kiedy cisza w człowieku pojawia się nagle i, jak się wydaje, bez jego własnego wysiłku, odwiedza go Sam Bóg. Czasami sprzyja temu naturalna cisza – odosobnienie w ogrodzie, na stepie, nad brzegiem morza – a innym razem taka cisza spotyka nas w hałaśliwym mieście, w podekscytowanym tłumie... Ale – pojawiając się jakby sama z siebie, zawsze jest krótkotrwała. Osiągnięcie choćby względnej ciszy wewnątrz wymaga od człowieka wysiłku... Czyż nie to jest celem tego, co nazywamy pracą duchową: osiągnięcie wewnętrznej ciszy, podporządkowanie całej swojej istoty jednej strukturze, zwrócenie jej ku Chrystusowi?

Oczywiście nie mogę być nauczycielem pracy duchowej – na szczęście mamy wystarczająco dużo prawdziwych, świętych nauczycieli. Mogę jedynie dzielić się swoim ograniczonym i słabym doświadczeniem. Nie radząc sobie z kakofonią w mojej duszy, z tym łoskotem, piskiem, krzykiem, zgrzytem i hukiem, które panowały we mnie – i rozumiejąc, że muszę sobie z tym poradzić – przez lata szukałam w wierze, w świątyni i modlitwie właśnie tego – wewnętrznej ciszy. Mówiąc nieco konkretniej – spokoju, ciszy, zdrowia duchowego i wolności duchowej – ponieważ cisza jest najspokojniejszym, najbardziej swobodnym i zdrowym stanem człowieka. Szukałam z bardzo zmiennym powodzeniem. Czułam, że to jest gdzieś tutaj, blisko, w odległości kilku kroków... ale to kroki po wodzie. Nie odważyłam się iść po wodzie. Moje oczy były skrępowane i nie widziały Idącego tuż obok mojej tratwy. I raczej nie mogę twierdzić, że teraz w końcu przejrzałam. Ale gorzkie doświadczenia życiowych perypetii i ciężkich stanów duszy pomogły mi odkryć prawdę, która teoretycznie jest znana wszystkim: Bóg przychodzi nam z pomocą dopiero wtedy, gdy sami już coś zrobiliśmy. Nawet jeśli nie wszystko, co od nas zależy (granice naszych możliwości są nam nieznane), to przynajmniej cokolwiek, ale sami, z własnego wyboru. Bóg bierze za rękę tego człowieka, który sam wyciąga do Niego swoją rękę. Prawda, czasami człowiek robi to nieświadomie – a potem wydaje mu się, że nic takiego nie zrobił. A czasami człowiek nie rozumie, że Bóg już odpowiedział. Na wczesnych etapach rozwoju duchowego zdarza się to niemal każdemu, ale teraz nadszedł czas, abyśmy wszystko zrozumieli.

No cóż, pewnie trochę się miotałam, skoro w krytycznym momencie Bóg podpowiedział mi: „Zejdź głębiej”. Głębiej w siebie – aby zobaczyć swoją emocjonalną burzę od wewnątrz. I zrozumieć, jak bardzo jest ona powierzchowna, przemijająca i względna. Tam, na powierzchni, jesteś z ludźmi, z różnymi ludźmi – we wszystkich perypetiach waszych relacji, które czasem sprawiają radość i dają wsparcie, a czasem doprowadzają do rozpaczy. Tutaj, w głębi, jesteś sam na sam z Bogiem, nie masz powodu do rozpaczy i nikt nie odbierze ci twej radości (por. J 16, 22).

Marina Birukova (tłum. Justyna Pikutin)

za: pravoslavie.ru

fotografia: palavos /orthphoto.net/

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Polecane przez czytelników

z ostatniego kwartału
wszystkie →

Najnowsze aktualności

wszystkie →