Temat duchowego spustoszenia, zwany wypaleniem, którego doświadczają również duchowni, ostatnimi czasy staje się wciąż bardziej aktualny.
Temat duchowego spustoszenia, zwany wypaleniem, którego doświadczają również duchowni, ostatnimi czasy staje się wciąż bardziej aktualny. Tematowi temu poświęcony jest poniższy wywiad ks. Pawła Wielikanowa z ojcem Gabrielem (Bunge). Rozmowa odbyła się we wrześniu 2009 roku we włoskiej miejscowości Bose.
Ks. Paweł Wielikanow: Ojcze Gabrielu, chciałbym poruszyć problem “wypalenia” — zespołu zmęczenia zawodowego. Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że lekarze, nauczyciele i inni przedstawiciele sfery społecznej, czyli również księża, są najbardziej narażeni na wyczerpanie emocjonalne.
O. Gabriel: Powiem więcej: znam mnichów, którzy nie tylko doświadczyli “wypalenia”, ale wręcz takich, którzy stali się ofiarami tego procesu. Chciałbym w sposób szczególny skoncentrować się na posłudze kapłańskiej. Przecież “wypalony” kapłan jest nadzwyczaj niebezpieczny – daje przykład innym, i gdy ludzie spostrzegą, że kapłan gaśnie, gasną i parafianie.
Chciałbym się zastanowić nad tym zagadnieniem. Czasem duchowny traci wiarę, ale nie wypala się przy tym, gdyż nie ma w sobie nic, co by “się paliło”. Taki kapłan jest w stanie odprawiać nabożeństwa, w jakiś sposób zajmować się posługą duszpasterską, zarabiać pieniądze i być całkiem zadowolonym ze swojego życia. Natomiast szczery człowiek, tracący wiarę, w stanie “wypalenia” może nawet opuścić szeregi Kościoła – nie odczuwając w sobie wiary nie chce okłamywać innych. Dlatego interesuje mnie Ojca zdanie zarówno na temat jak pierwszego, tak i drugiego problemu. W jaki sposób ten stan wewnętrznego kryzysu jest powiązany z grzesznym stanem przygnębienia?
Napisałem jedną małą książeczkę o przygnębieniu — “Acedia”. W jednym z rozdziałów są rozpatrywane żądze irracjonalne, które, rodząc się w człowieku, ostatecznie prowadzą do zatrzymania w rozwoju duchowym.
Przebywając w stanie przygnębienia, człowiek znajduje się w pewnej wewnętrznej “dwoistości”, którą nadzwyczaj trudno jest zdiagnozować samemu. Z jednej strony przyczyną tego jest całkowita utrata radości z życia: człowiek jest jak gdyby zbity z tropu, traci natchnienie. Ale z drugiej strony, jeśli duchowny jest szczery i lubi swoją posługę, to wówczas diabeł kusi go, poprzez kierowanie jego chęci działania na aktywność zewnętrzną. I wówczas okazuje się, że w środku kapłan już jest spustoszony, ale ogarniony pragnieniem działania, za sprawą diabła bardzo aktywnie przez cały dzień biega wokół czegoś, prowadzi bardzo aktywny tryb życia, naiwnie sądząc, że cały świat zależy wyłącznie od nas, i jeśli my się zatrzymamy, to wszystko od razu się zawali. Taki człowiek pędzi wówczas żywot w próżnym zgiełku. I w ten sposób kuszony przez diabła aktywny duchowny nadal żyje, mówi o Bogu, przy tym stale i dużo, ale już nie mówi z Bogiem, jego rozmowa z Bogiem urywa się. Zagrzewa on innych do modlitwy, przewodniczy podczas nabożeństwa, ale sam już nie rozmawia z Bogiem, nie modli się. Właśnie dlatego jego wiara cały czas ulega spustoszeniu, marnieje, staje się niczym. Dlatego, że krynicą naszej wiary, źródłem naszej posługi jest wewnętrzny kontakt z Bogiem, nasza rozmowa z Bogiem, nasze relacje z Bogiem. Jeżeli tego braknie, wszystko pozostałe upada.
Chcę powiedzieć, że znam kapłanów i mnichów na Zachodzie (Wschodu nie znam dobrze), którzy twierdzą, że nie należy już więcej się modlić – jest to strata czasu i do niczego nie prowadzi. Lepiej robić dobre uczynki, czynić dobro.
Mam pewnego przyjaciela, może nie tyle jest pustelnikiem, ale po prostu mnichem. Mieszka w monasterze i jest niezwykle aktywny. Gorliwość duchowa popycha go cały czas do przodu, ale przy tym niszczy swoją duszę, czyli wypala się. Stale coś organizuje, ale przy tym zupełnie pustoszy sam siebie.
Najważniejsze jest to, że nie znamy, nie rozumiemy, nie rozróżniamy niektórych etapów życia duchowego. Przytoczę przykład, który, możliwe, nie dotyczy bezpośrednio naszej rozmowy. Zaczerpnąłem go z rozmów ze znanym rumuńskim starcem Kleofasem (cs: Kleopą – przyp. tłum.). Uważam go za jednego z najbardziej uduchowionych duszpasterzy XX wieku. Kiedy przystępujemy do kolejnego etapu w doskonaleniu swego życia, kiedy zbliżamy się do nowego stopnia poziomu duchowego, to bardzo często ulegamy pokusom. Zaczyna nas odwiedzać demon, który staje się dla nas “egzegetą”, tłumaczy sens Pisma Świętego, podszeptuje osobliwe rozumienie modlitw. Powiedziałbym, że te wszystkie “objawienia” to zwykłe brednie, ale demon przekonuje: Nie, wszystko wygląda właśnie tak. Czemu on tak mówi? Czemu tak się właśnie odbywa? Otóż dlatego, że diabeł chce zablokować nas na tym poziomie, abyśmy jak gdyby zatrzymali się i skupili na wspomnianych demonicznych “objawieniach”. Chce przeszkodzić nam w dalszym duchowym wzrastaniu. Jest to bardzo wyrafinowana pokusa.
W Ewangelii to wszystko jest powiedziane za pomocą innych wyrazów, ale sens jest ten sam. W życiu duchowym ważne jest rozumienie takich subtelnych kwestii, które mogą się stać poważną przeszkodą. Wszelkie objawienia oraz cuda, które spotykamy na naszej drodze, na swój sposób jak gdyby wprowadzają w stan otępienia. W ten sposób stworzenie przeszkadza nam w zbliżaniu się do Stwórcy.
Czyli, jeśli dobrze zrozumiałem, sukces odniesiony w życiu duchowym może stać się główną przeszkodą w doskonaleniu tego życia?
Istnieje różnica między stworzeniem a Bogiem, różnica w wysiłku duchowym. Dlatego zdarza się, że w życiu duchowym człowiek jest przywiązany do reguł zewnętrznych w sposób bezwzględny, fanatyczny. W ten sposób nie zostawia nawet najmniejszej furtki dla Boga, ażeby On przeniknął wewnątrz i zawołał ku Sobie. Kiedy Pan chcąc porozmawiać z człowiekiem zwraca się do niego, należy przestać mówić, uciszyć się. Należy po prostu zamilczeć, spojrzeć na Boga, przysłuchać się, zechcieć i zdołać usłyszeć to, co do człowieka mówi.
Widzę tu pewną sprzeczność. Z jednej strony przystępujący do osiągnięcia wyżyn duchowych nie powinien widzieć swego stanu, by nie wpaść w pychę, co stałoby się przeszkodą w jego życiu duchowym. Nie można jednocześnie być pokornym i wiedzieć o tym, że się jest pokornym. Z drugiej zaś strony powinien znać określone drogowskazy, żeby nie zejść ze słusznej drogi. Człowiek powinien posiadać jakiś mur, którego czasem powinien dotknąć, żeby się zorientować, czy idzie w dobrym kierunku. W innym przypadku będzie podobny do tych, którzy nie poznali Boga: nie będzie wiedział, dokąd idzie. Cóż jest tym murem duchowym?
Tym murem jest nauka świętych ojców. Nie powinno się robić w życiu ani jednego kroku, nie mając potwierdzenia, świadectwa świętych ojców. Nieustannie czytamy dzieła świętych i powinniśmy rozmyślać nad nimi. Nawet jeśli mowa tam o takich rzeczach, których, według nas, nigdy nie doświadczyliśmy i nie doświadczymy. Musimy jednak rozmyślać, żeby nauczyć się orientować, jak postępować w tej czy innej sytuacji w oparciu o doświadczenie świętych ojców.
Oczywiście, najlepiej by było, gdyby człowiek miał doświadczonego ojca duchowego, który sam przeszedł całą drogę i ma bogate doświadczenie duchowe. Ale, niestety, są to tak wyjątkowe przypadki… Takich duszpasterzy jest bardzo niewielu. Dlatego dla nas święci ojcowie zostają tym murem, na który można się oprzeć.
Niestety, ojciec Kleofas, który nie tylko przeczytał dużo książek, ale też przeszedł drogę świętych ojców, jest mało znany czytelnikom rosyjskim. Należy przetłumaczyć jego kazania, pogadanki. Pisał w języku francuskim, angielskim i włoskim. Mam nawet nagrania wideo jego rozmów. Ma się wrażenie, że przyszedł do nas zupełnie z innego świata…
Jednak ludzi o takim wymiarze duchowym było mało nie tylko w wieku dwudziestym. Zawsze należeli do rzadkości. Jeśli nie mamy obok siebie takiego człowieka w naszych czasach, – duszpasterza, na którym moglibyśmy się oprzeć, to dzięki Bogu mamy opisy żywotów takich ludzi oraz te prace, które dla nas zostawili. Ja osobiście tak właśnie robiłem. Kiedy byłem mały, miałem wspaniałego ojca duchowego. Kiedy podrosłem, już nie miałem takiego spowiednika. Zacząłem wtedy czerpać podpowiedzi wyłącznie z książek. No i miałem to jedyne spotkanie z ojcem Kleofasem, które zostawiło głęboki ślad w moim życiu.
Uważam, że był prorokiem. Otóż, mówił mi o takiej pokusie, gdy teologia staje się ważniejsza od Boga. Ta pokusa jest charakterystyczna dla intelektualistów. Często tak mamy, że zwyczajnie nie możemy oderwać się od książki. Jest to klasyczna pokusa wśród tych, którzy zajmują się teologią, nauką. Ale musimy sobie dobrze uzmysłowić, że jeśli nie pozbędziemy się tej pokusy, jeśli nie przezwyciężymy jej, to w sposób nieunikniony zbliżymy się do pokusy znacznie poważniejszej, której nazwa brzmi “wypalenie”.
Archimandryta Sofroniusz (Sacharow), analizując życie świętego mnicha Sylwana z Atosu, stwierdza, że stan, kiedy człowiek czuje się porzucony, zostawiony przez Boga, jest normalnym stanem w życiu każdego ascety. Czy można wytoczyć granicę między wypaleniem a stanem „zostawienia” przez Boga? Przecież zarówno w pierwszym, jak i drugim przypadku opadają ręce, traci się natchnienie, człowiek przebywa na granicy rozpaczy?
Popaść w przygnębienie można również z powodu ascezy, ma to miejsce wtedy, gdy się przedobrzy właśnie z wysiłkami ascetycznymi. Natomiast zdiagnozowanie tego stanu u samego siebie jest niesłychanie trudne. Z kolei stan „zostawienia” przez Boga, jak ojciec to określił, jest rzeczywiście bardzo ważny w życiu duchowym. Mam na myśli przypadki „bycia zostawionym” przez Boga, które przydarzyły się mnichom, prowadzącym zaawansowane życie duchowe. Rodzi się tu pytanie: jak mogło do tego dojść? Przecież ci ludzie prowadzili bardzo ascetyczne, pełne wysiłków życie duchowe. Jak mogło dojść do sytuacji, w której jak gdyby upadli, doświadczając takiego stanu? Święci ojcowie mówią, że Bóg zostawia człowieka w dwóch przypadkach. W pierwszym, podobnie jak w sytuacji sprawiedliwego Hioba, Pan stwarza takie okoliczności, w których sprawdza się wiara osobista człowieka, i w takich wypadkach wiara ta jest świadectwem dla otaczającego świata. To wypróbowanie wiary staje się przykładem dla otoczenia. Gdy Pan jak gdyby zabiera wszystko: rodzinę, zdrowie... Wiara w tej sytuacji staje się prawdziwym blaskiem.
W drugim przypadku przyczyną opuszczenia człowieka przez Boga jest pycha. Dzieje się to wtedy, gdy pyszni ludzie przypisują wyłącznie sobie wszystko to, czego dokonali. Odnoszą sukcesy i widzą w tym wyłącznie własną zaradność, a diabeł natomiast podszeptuje do serca człowieka myśl, że doszedł do wszystkiego wyłącznie sam, dzięki własnym wysiłkom wewnętrznym. Na skutek tego człowiek przestaje składać dzięki Bogu za to, co posiada. Zapomina dziękować Bogu za to, co On mu dał. A później zaczyna gardzić ludźmi wokół siebie, takimi, którzy nie osiągnęli z punktu widzenia pysznego człowieka takiego sukcesu, jaki osiągnął on. Wówczas Pan odchodzi od takiego człowieka, chcąc dać mu przez to do zrozumienia, kim naprawdę jest bez łaski Bożej. Ku wielkiemu nieszczęściu, trzeba przyznać, że są ludzie, których nawet takie Boże działanie nie przemieniło. Nie zmienili się na lepsze. Bywa tak, że nawet odchodzą do innego świata ani nie rozumiejąc swojego błędnego usposobienia, ani nie wykazując skruchy.
Reasumując, można stwierdzić, że u podstawy wypalenia, zarówno duchownych, jak i świeckich, leży nadmierne poleganie człowieka na samym sobie. To natchnienie samym sobą odcina człowieka od źródła łaski Bożej, i w konsekwencji ów człowiek w jakimś momencie się wypala.
Bardzo często ma miejsce takie zbłądzenie, niezrozumienie, i jest ono nie do końca oczywiste, ponieważ człowiek nie wie, że postępuje niesłusznie. W tym przypadku bycie opuszczonym przez Boga jest wyjątkowo dobre, korzystne, gdyż daje szansę na skruchę. Ale człowiek musi sam zechcieć się pokajać. Co prawda, w takim stanie człowiek może w ogóle opuścić Cerkiew. Cóż jednak można zrobić, jeśli się wpadnie w ten stan porzucenia przez Boga, kiedy się nie jest w stanie nawet otworzyć Psałterza? Należy wtedy otworzyć modlitewnik, stać przed ikoną i rozmawiać z Bogiem, nakładając na siebie znak krzyża. Rozmawiać, nawet gdy Pan nie odpowiada. Często o tym zagadnieniu mówi się zbyt powierzchownie. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak straszny oraz duchowo niebezpieczny jest taki stan zobojętnienia…
— tłum. Andrzej Nieścierowicz, ks. Mariusz Synak
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.