Zanim zaczniemy myśleć o tym, jak zwyciężymy świat i jak chrześcijańsko go uporządkujemy, musimy raz po raz zanurzać się w pełnię Kościoła.
Świat odszedł od chrześcijaństwa — taki jest podstawowy fakt „nowej historii”. Epoka władzy chrześcijaństwa nad światem zakończyła się „wyzwoleniem” świata spod tej władzy. Średniowieczna synteza, w której podjęto próbę rozwiązania pierwotnego antagonizmu Kościoła i „tego świata”, rozpadła się. Jednak to nowe zerwanie nie jest po prostu powrotem do pierwotnego, przedkonstantyńskiego stanu rzeczy. Wówczas chrześcijanie zmierzali ku zwycięstwu. Teraz zwycięstwo jest już za nami i obraca się w porażkę. Wtedy świat jeszcze nie wierzył w chrześcijaństwo, teraz już w nie nie wierzy.
Co prawda, świat chciałby zachować coś ze swojej chrześcijańskiej przeszłości — chrześcijańskie „zasady” i „podstawy”... Żyjemy w świecie pełnym chrześcijańskich „pomników”. Kiedy ten świat nie walczy z chrześcijaństwem otwarcie, jest nawet gotów szczerze uznać swoje „korzenie” za chrześcijańskie. A jednak trzeba być ślepym, by nie widzieć, że prawdziwie inspirują, prawdziwie „poruszają historię” nowe i już zupełnie niechrześcijańskie „objawienia”; to w nich ludzie pokładają swoją niezniszczalną wiarę w ziemski postęp, w ziemskie szczęście, a tak zwane „chrześcijańskie zasady” okazują się coraz bardziej bezsilne wobec fali brutalnej siły, cynizmu i kłamstwa. Niestety, wielka droga historii od dawna omija chrześcijaństwo.
Świadomi duchowo, mający czujne umysły z bólem i niepokojem przeżywają to pęknięcie, a coraz bardziej dręczące staje się pytanie: jak przywrócić chrześcijaństwo światu, co zrobić, aby przestało być udziałem jedynie udręczonych dusz, pobożnych staruszek i nielicznych wybrańców? W odpowiedzi wszędzie powstają ruchy, organizacje, związki, które za swoje zadanie uznają działanie inspirowane ideą nowego „podboju” świata dla Chrystusa, nowego apostolstwa, a jeśli trzeba — nowego męczeństwa.
Im ciemniejsza jest noc wokół nas, tym silniej przez chrześcijaństwo przepływa ten nowy prąd nadziei, wiary w możliwość nowego zwycięstwa.
Ale warto postawić pytanie: jakiego zwycięstwa oczekujemy i jaką drogą chcemy do niego dojść? Lekcja jednego nieudanego zwycięstwa nie powinna nam przepaść. A przecież zwycięstwo było. Trudno znaleźć kogoś, kto nie uznałby wielkiego i nieprzemijającego piękna chrześcijańskiego średniowiecza — zarówno wschodniego, jak i zachodniego. Trudno znaleźć kogoś, kogo nie poruszałoby wspomnienie tego świętego marzenia — aby cały ziemski gród, całe ludzkie życie okryć kopułą św. Sofii albo cieniem gotyckiej katedry. Jeśli tamto zwycięstwo się nie powiodło, rozpadło — to o jakim nowym zwycięstwie dziś marzymy?
I tu okazuje się, że chrześcijanie nie mają jednej wspólnej odpowiedzi na to pytanie, lecz rozstrzygają je w sposób całkowicie przeciwstawny.
Jedni odważnie zrzucają winę za rozdział Kościoła i świata na samo chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo straciło świat dlatego, że chrześcijanie nie potrafili odsłonić całej prawdy o ludzkim życiu, zaspokoić potrzeby ziemskiej prawdy, ziemskiego piękna, ziemskiego szczęścia. W imię Chrystusa dokonano zbyt wiele zła, zbyt często triumfowały niesprawiedliwość, przemoc i kłamstwo. Dlatego Renesans był buntem ludzi, którzy nie znaleźli w chrześcijaństwie ani „usprawiedliwienia”, ani uzdrowienia swojego ziemskiego życia. Dlatego nowi „aktywiści” wzywają nas, abyśmy teraz przyjęli świat, naprawdę weszli w niego, poczuli odpowiedzialność za wszystkie problemy stojące przed ludzkością — i uczynili to nie „symbolicznie” (odprawiając nabożeństwo przed rozpoczęciem takiej czy innej pracy, która wcale nie staje się przez to bardziej chrześcijańska), lecz „realnie”…
Na to inni odpowiadają: chrześcijaństwo nie jest z tego świata i nie do niego należy zajmować się sprawami tego świata. Sfera Kościoła i sfera świata są zasadniczo różne i nie należy ich mieszać. Co boskie — Bogu, co cesarskie — cesarzowi. Kościół ma swoją własną, wieczną troskę — zbawienie dusz, leczenie grzechu i słabości ducha; a troska ta może być przecież spełniana w każdych warunkach, w każdym ziemskim mieście. Królestwo Boże jest w nas, i dlatego rozłam między Kościołem a światem nie niepokoi chrześcijan tego usposobienia — przeciwnie, uważają go za nieunikniony, a nawet naturalny.
Która więc z tych dwóch odpowiedzi jest właściwa?
Zbyt często myślimy tak, jakby obok Kościoła — wręcz poza nim — istniało jakieś „uniwersalne chrześcijaństwo”, „świeckie chrześcijaństwo” lub „chrześcijaństwo w duchu”. Musimy uwolnić się od takiej pułapki abstrakcyjnego chrześcijaństwa. Od samego początku chrześcijaństwo było, jest i pozostanie Kościołem: nie ma chrześcijaństwa poza Kościołem — każdy taki „poza” to podróbka, żałosna karykatura „według żywiołów tego świata, a nie według Chrystusa” (Kol 2,8). Być chrześcijaninem zawsze oznaczało wstąpić do Kościoła, stać się jego członkiem — dokonywało się to przez tajemnicę śmierci i zmartwychwstania w chrzcie. Członkostwo w Kościele nie polegało na jakiejś «indywidualnej» religijności, lecz przede wszystkim na przynależeniu do całości — na życiu w pełnej wspólnocie z braćmi.
Sam Chrystus zgromadził Kościół i obdarzył go Swoim Życiem, a to życie mamy tylko w takiej mierze, w jakiej jesteśmy włączeni w mistyczną rzeczywistość Kościoła. Lecz żyć w Kościele to nie znaczy przyjąć pewien ogólny światopogląd ani odczuwać „ideologiczną” solidarność — jak w partii politycznej czy związku zawodowym. Niestety, na naszych oczach Kościół zbyt często właśnie w taki ideologiczny związek się przekształca, gdzie ludzi łączy przede wszystkim „ideologia”.
Owszem, Kościół stanowi jedność w nauczaniu, w wierze, w nadziei i miłości, ale to jedność, której zarówno źródłem, jak i celem nie jest nic ludzkiego, lecz sam Chrystus. U apostoła Pawła żadne wyrażenie nie pojawia się tak często jak słowa „w Chrystusie”. I nie jest to ani obraz, ani metafora, lecz wskazanie na coś, co stanowiło sam rdzeń doświadczenia chrześcijańskiego w pierwszym Kościele: rzeczywiste zjednoczenie z Chrystusem, jedno życie z Nim, tak że — jak mówi apostoł Paweł — „już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20).
Ale i to zjednoczenie z Chrystusem jest dane w Kościele i stanowi istotę wszystkich jego Sakramentów — przede wszystkim Sakramentu Sakramentów, czyli Eucharystii. I jest ono dane nie każdemu z osobna, lecz wszystkim razem, zgromadzonym w Jego imię, stanowiącym jedno Ciało. Chrystus przyszedł nie tylko po to, by każdego z nas złączyć z Bogiem, lecz także po to, aby w Bogu wszystkich nas połączyć ze sobą nawzajem, „aby rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno” (J 11,52).
Być świadkiem oznacza nic innego, jak już znać to, co się głosi, już doświadczyć tego, ku czemu się wzywa. I to właśnie jest Kościół. Jeśli głosimy Chrystusa, a sami nie mamy w Nim nowego życia, to znaczy w Kościele, jeśli wzywamy świat do Chrystusa, a sami nie wiemy, gdzie On jest, nasza nauka jest próżna i bezowocna. Chrystus jest w Kościele, a Kościół jest Chrystusem, i tylko w Kościele i z Kościoła można być świadkiem, a nie jedynie powtarzać cudze słowa. Tylko w przynoszącym łaskę doświadczeniu Kościoła możemy dziś powtórzyć słowa apostoła:
„Co było od początku, co usłyszeliśmy, co zobaczyliśmy na własne oczy, co ujrzeliśmy i czego dotknęły nasze ręce, o Słowie życia, 2 – bo życie zostało objawione, i zobaczyliśmy, i świadczymy, i głosimy wam życie wieczne, które było u Ojca i zostało nam ukazane, – to, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, głosimy też wam, abyście i wy mieli społeczność z nami, a społeczność zaś nasza [jest] z Ojcem i z Synem Jego, Jezusem Chrystusem. 4 A my to wam piszemy, aby radość wasza była dopełniona” (1 J 1,1–4).
Te słowa są niczym innym jak opisem Kościoła, i kto choćby w najmniejszym stopniu nie doświadczył tej pełnej radości życia w Kościele, kto choć trochę nie ma tego doświadczenia Kościoła – o czym będzie świadczyć i czym zwyciężać świat?
Wierzę, że tylko w tym pierwotnym doświadczeniu Kościoła znajdziemy odpowiedź także na bolesne pytanie o relację Kościoła do historii, o nasze powołanie w współczesnym świecie. Kościół żyje w historii, w tym wiecznym ruchu, przemianie; w stawaniu się, podczas gdy „śmierć i czas panują na ziemi”. Ale tylko Kościół wie, że w historię już wkroczyła wieczność, że znaleziono Kamień, który pozwala nam wydostać się z tej niekończącej się płynności, aby ją przezwyciężyć i nadać jej sens.
Bo sam Kościół jest tym Kamieniem i ugruntowany jest na „nieruchomym Kamieniu Chrystusa”. W Kościele żyje Chrystus, a Chrystus „jest tym samym wczoraj i dziś, i na wieki” (Hbr 13,8), i żyjąc Jego życiem, Kościół żyje już nie tylko życiem ludzkim, ale Bogoludzkim. Jest jednocześnie w drodze, cierpi od żaru i pyłu długiej wędrówki, ale jest też już w swojej ojczyźnie; jeszcze na ziemi, ale już i w Niebie.
Tak, cały świat podlega zbawieniu, uświęceniu i przemienieniu. Ale stanie się to dopiero wtedy, gdy ci, którym już teraz dane jest nowe życie, będą nim w końcu żyli, gdy Kościół stanie się „miastem, które nie może się ukryć na wzniesieniu” (Mt 5,14). Zanim zaczniemy myśleć o tym, jak zwyciężymy świat i jak chrześcijańsko go uporządkujemy, musimy raz po raz zanurzać się w pełnię Kościoła, uczynić ją dla siebie naprawdę „jedynym, czego potrzeba” (Łk 10,42), być do końca wolnymi od tego świata i od jego władzy nad nami. Jeszcze nie wiemy, czym będzie to zwycięstwo, ale właśnie dlatego, że nie oddaliśmy się w pełni Kościołowi i nie żyjemy w nim.
W dniu Pięćdziesiątnicy Duch został wylany na Kościół, przywracając nam Chrystusa. „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata...” (Mt 28,20). Tylko przez świadectwo o Nim i o Jego rzeczywistej obecności wśród nas — wiarą, nadzieją i miłością — odnajdziemy znów drogę do zwycięstwa.
o. Aleksander Schmemann (tłum. Jakub Oniszczuk)
fotografia: Aleksander Wasyluk /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.