Pojęcie całkowitego zepsucia, ludzkiego zła tak wszechogarniającego, że nie pozostaje w nim nic dobrego, jest obce prawosławiu. Niezależnie od tego, czy chodzi o opowieść Dostojewskiego o staruszce uratowanej przez zgniłą cebulę, czy o ocalenie w ostatniej chwili łotra na krzyżu, wiara celebruje nie
Oto słynny cytat z Aleksandra Sołżenicyna:
„Granica oddzielająca dobro od zła nie przebiega przez państwa, ani między klasami, ani między partiami politycznymi – ale prosto przez każde ludzkie serce – i przez wszystkie ludzkie serca. Ta linia się przesuwa. W nas samych oscyluje z upływem lat. I nawet w sercach przytłoczonych złem, jeden mały przyczółek dobra pozostaje”.
Stwierdzenie Sołżenicyna, że „nawet w sercach przytłoczonych złem, jeden mały przyczółek dobra pozostaje”, jest moim zdaniem najbardziej optymistycznym stwierdzeniem dotyczącym ludzkości, z jakim się kiedykolwiek spotkałem. Jest to również aksjomat prawosławnej wiary chrześcijańskiej. Pojęcie całkowitego zepsucia, ludzkiego zła tak wszechogarniającego, że nie pozostaje w nim nic dobrego, jest obce prawosławiu. Niezależnie od tego, czy chodzi o opowieść Dostojewskiego o staruszce uratowanej przez zgniłą cebulę (lub „potencjalnie uratowanej” przez ten jeden nędzny akt hojności), czy o ocalenie w ostatniej chwili łotra na krzyżu, wiara celebruje niezwykłe miłosierdzie zawarte w takich historiach.
C.S. Lewis w „Wielkim rozwodzie” przedstawia interesującą interpretację obecności tego maleńkiego przyczółka dobra. Ludzie z tego, co może stać się piekłem, jadą autobusem na skraj nieba i mogą tam zostać. To propozycja, która odsłania najgłębsze serce – tajniki tego, jak ktoś może odejść od samego nieba. W tej historii pojawia się kobieta, która wydaje się nie mieć w sobie nic złego poza nawykiem narzekania na wszystko. Lewis zastanawia się, co jest z nią nie tak. Słyszy:
„Pytanie brzmi, czy jest narzekaczką, czy tylko narzeka. Jeśli w narzekaniu kryje się prawdziwa kobieta – choćby najmniejszy jej ślad – można ją przywrócić do życia. Jeśli pod całym tym popiołem tli się iskra, będziemy dmuchać, aż cała sterta stanie się czerwona i jasna. Ale jeśli zostanie tylko popiół, nie będziemy nim wiecznie dmuchać sobie w oczy. Trzeba go będzie uprzątnąć”.
„Ale jak może istnieć narzekanie bez narzekającego?”.
„Cała trudność w zrozumieniu Piekła polega na tym, że to, co należy zrozumieć, jest niemal Niczym”.
Zmagam się z pytaniami „antropologii”, kiedy myślę o takich sprawach. Mam na myśli pytanie, co dokładnie znaczy istnieć jako istota ludzka. Wielokrotnie pisałem o podejściu „ontologicznym” i „prawnym” w teologii. Nie jesteśmy przedmiotami prawnymi, ani też naszej relacji z Bogiem nie należy właściwie rozumieć w kategoriach prawnych. Jesteśmy bytami, a to, co mamy z Bogiem i od Boga, należy rozumieć w kategoriach bytu. Tylko byt jest realny. Nie ma innych kategorii rzeczywistości. Jeśli coś nie jest bytem – nie istnieje. To jest podstawa, na której zbudowano wszystkie doktryny Kościoła. Język Trójcy Świętej, chrystologii, sakramentu i ikony był (i jest) głoszony w kategoriach bytu.
Jeśli Sołżenicyn ma rację i nawet w sercach przytłoczonych złem pozostaje przyczółek dobra, to istnieją realia, które za tym idą. Wierzę, że Sołżenicyn ma rację. Zaakceptowanie tego oznacza uważne przemyślenie tego, co mamy na myśli, mówiąc „dobro” i „zło” w kontekście ludzkim. Ojcowie Wschodu zazwyczaj utożsamiali dobro, prawdę i piękno z aspektami autentycznego i prawdziwego bytu. Zło natomiast jest zawsze jedynie wypaczeniem tego, co dobre, prawdziwe i piękne – samo w sobie nie istnieje (nie jest bytem).
Sugestia Lewisa, że piekło jest „prawie niczym” jest zgodna z tym rozumieniem. Jednakże, gdy w pismach Ojców opisuje się „niebyt”, jest to zawsze niebyt „względny”, z użyciem przeczącej partykuły μή (ja) zamiast οὐ (ou). „Ja” wskazuje na kierunek i ruch, a nie na fakt dokonany. To samo rozróżnienie jednak wyraźnie pozostawia miejsce na (i milcząco uznaje) „przyczółek dobra”. Nic, co określamy jako zło, nigdy nie jest całkowicie i doszczętnie złe (jakkolwiek niepokojąca by nie była ta myśl). Nie możemy powiedzieć nawet o demonie, że nie ma w nim niczego „dobrego”. Choć pozostaje to tajemnicą, demony istnieją, ponieważ są darem dobrego Boga, a samo ich istnienie pozostaje dobre.
Święty Paweł używa obrazu wyścigu, aby opisać życie chrześcijańskie. Jest on bardzo godny polecenia, zwłaszcza że opisuje coś w ruchu. Nie jesteśmy zbiorem kategorii ani statycznych bytów. Jesteśmy żywi i poruszamy się. Naszym właściwym kierunkiem jest dążenie do zjednoczenia z Bogiem. To jest właśnie definicja „dobra”. Ponownie odwołując się do przykładu demonów, możemy powiedzieć, że ich „ruch” zmierza ku niebytowi, a zatem jest „zły”. Chrystus mówi, że Szatan jest „ojcem kłamstwa” i „mordercą od początku”, a oba zakorzenione są w aspektach niebytu (kłamstwa, morderstwo).
Gdy zatem rozważam możliwość istnienia pewnego ruchu ku Bogu (przyczółka) nawet w najbardziej „złej” osobie, to podtrzymuję nadzieję, że ten mały „węgielek” (by posłużyć się obrazem Lewisa) rozdmucha się w płomień. Mam duże wątpliwości co do wielu rzeczy, które zakładają ludzką wolę, głównie dlatego, że wydaje się ona być równie w ruchu, jak komórki w naszych ciałach. Czy wola ma być mierzona w jakimś momencie – powiedzmy, w ostatniej chwili? Czy jest traktowana jako średnia wszystkich chwil? A może często umieramy jako zbiór sprzecznych momentów, miotanych przez wszystko wokół nas?
Rosyjski teolog, o. Sergiusz Bułhakow, znany z poglądów niekiedy sprzecznych z wiarą Kościoła, miał bardzo interesujące ujęcie przypowieści o owcach i kozach. Potraktował te obrazy jako dwie rzeczy w każdym człowieku, a nie jako rozróżnienie między różnymi rodzajami ludzi. W związku z tym opisany sąd byłby przesianiem i oczyszczeniem, zbawieniem owiec, jakkolwiek słaby i stłumiony byłby ich ruch ku Bogu.
Ten sposób odczytania przypowieści nie różni się od wielu ujęć przypowieści u Ojców (wewnętrznych i mistycznych, a nie zewnętrznych i historyczno-moralnych). Mój „wniosek” z tych przemyśleń dotyczy natury walki, która nas otacza i jest w nas przez cały czas. W najciemniejszych chwilach, nawet gdy nasza wola jest w stanie największego buntu, pozostaje „przyczółek” dobra, jakaś jego część, która stanowi fundament pokuty. „Hałas” naszego grzechu to furia nicości, szalejąca przeciwko rzeczywistości, która tkwi w tym przyczółku.
Przez lata doradzałem rodzicom, których dezorientuje zachowanie nastolatka lub młodego dorosłego zagubionego w hałasie grzechu. Często mówią o fundamentalnej dobroci swojego dziecka i o własnej niezdolności do zrozumienia, co się stało. „Nic” nie ma wytłumaczenia. Zawsze słyszałem w tych myślach echo serca ojca z przypowieści o synu marnotrawnym. Widzi swojego syna z daleka, co wskazuje, że zawsze go wypatrywał i czekał. Jego syn powraca „żywy”, a nie „martwy”. „Martwy syn” pozostał ze świniami. „Ten mój syn był martwy, a teraz żyje”.
Pokuta za grzechy nigdy nie jest niczym innym jak powstaniem z martwych. Nie ma „reformy” tego, co umarło. To „nowe stworzenie”, jak mawiał św. Paweł. To zmiecenie popiołów, które są niemal niczym.
Te idee okazały się pomocne w kontaktach z innymi ludźmi (i ze mną samym). Ten przyczółek dobra jest często więziony, uwięziony w sieci niemal nicości, którą nazywamy grzechem. Kiedy modlimy się za innych, modlimy się o prawdę ich bytu i jej triumf (w Chrystusie) nad wszelkim sprzeciwem. Co najważniejsze, niezwykle ważne jest, abyśmy rozpoznali, nawet w najciemniejszych duszach, że coś z dobra pozostało. W dziele zbawienia istotne jest odkrycie i pielęgnowanie właśnie tego. Musimy rozdmuchać węgle i modlić się, aby płomień Boży nas pochłonął.
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)
za: Glory to God for All Things
fotografia: jarek / orthphoto.net/
— o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.