Jako duchowny często spotykam ludzi, czy to podczas spowiedzi, czy poza nią, którzy wyraźnie żyją życiem innych, życiem, nie będącym ich własnym. Trudno to wyjaśnić słowami, ale myślę, że wewnętrznie każdy rozumie, o czym mowa, ponieważ każdy człowiek w pewnych momentach czuje się niezadowolony ze s
Wygnieciona karteczka z ważną notatką
Jako duchowny często spotykam ludzi, czy to podczas spowiedzi, czy poza nią, którzy wyraźnie żyją życiem innych, życiem, nie będącym ich własnym. Trudno to wyjaśnić słowami, ale myślę, że wewnętrznie każdy rozumie, o czym mowa, ponieważ każdy człowiek w pewnych momentach czuje się niezadowolony ze sposobu, w jaki żyje. I to niezadowolenie może być związane z faktem, że żyje czymś obcym - żyje zupełnie inaczej, niż chciałby żyć.
Rozmawiając z osobą, która przyszła do świątyni, często zdajesz sobie sprawę, że jest ona potencjalnie czymś znacznie więcej niż to, co widzi w sobie i według czego buduje swoje życie. I myślę, że to jest jedno z zadań chrześcijanina, dla którego inni ludzie nie są obojętni: kiedy widzisz w pobliżu osobę, która ma jakiś nieodkryty potencjał, powinieneś sprawić, aby ten potencjał się rozwinął, zaoferować tej osobie drogę, na której może stać się kimś więcej niż swoim obecnym “ja”. Oczywiście nie zawsze mamy do tego odpowiednie zasoby, a nasza relacja z daną osobą nie zawsze na to pozwala, ale w wielu przypadkach coś jednak możemy zrobić.
I to - co zadziwiające - jest swego rodzaju naszym sprzeciwem wobec wroga rasy ludzkiej. Dlaczego? Ponieważ wróg chce, aby każdy z nas był karłem, złamanym, umieszczonym w jakimś opakowaniu, zamurowanym w taki sposób, że nie możemy się ruszyć ani odwrócić. I osiąga ten cel bardzo skutecznie - sprawiając, że bez końca grzęźniemy w naszych drobnych namiętnościach, nawykach, grzechach i przywiązaniach - człowiek, jak w bagnie, tonie w tym wszystkim, a życie, do którego stworzył go Bóg, przemija.
Wydaje mi się, że proces, w którym człowiek staje się sobą, idealnie obrazuje ta sytuacja: znajdujemy zmiętą kartkę papieru - być może dość zużytą, zwiniętą w kulkę - na której zapisane jest coś ważnego dla nas. Ten papier należy rozłożyć, cierpliwie wygładzić wszystkie jego zagięcia i przeczytać zachowany, choć może już wyblakły tekst, a wtedy zrozumiemy, co osoba, pisząca tę notatkę, chciała nam powiedzieć. Tak samo jest z człowiekiem: wszystko, co w nim zmięte i pogniecione, trzeba wyprostować - wtedy zdołamy zrozumieć to, co jest w jego duszy, zdołamy odczytać to, co Bóg umieścił w jego niepowtarzalnej duszy.
O talentach i "samorealizacji"
Czasami osoba jest szczerze, bez fałszywej pokory, przekonana, że nie ma żadnych talentów, a zatem nie ma gdzie się "spełniać". Jednak nie zawsze jest to właściwe rozumienie słowa "talent". Wielu z nas od dzieciństwa uczono myśleć, że talent to umiejętność rysowania, głębokiego odczuwania muzyki lub jakiś inny - koniecznie szczególny - dar w tej czy innej dziedzinie ludzkiej aktywności. Ale w rzeczywistości talent to przede wszystkim samo życie, które jest dane człowiekowi. Możemy je wykorzystać na różne sposoby i zainwestować ten talent z różnym zyskiem. Dotyczy to każdego, ponieważ absolutnie każda osoba ma zdolność do robienia czegoś - dla siebie, dla swoich bliskich i dla ludzi w ogóle. I właśnie to jest prawdziwą samorealizacją. Osoba może być bardzo utalentowana, ale w ogóle się nie realizować, ponieważ robi coś, co nie jest przydatne ani dla niej samej, ani dla innych ludzi.
Poza tym, mówiąc o różnych darach, najczęściej mamy na myśli dary twórcze i całkowicie zapominamy, że istnieją również dary duchowe. Na przykład osoba może nie mieć gustu artystycznego, może mieć bardzo przeciętne zdolności intelektualne, ale jednocześnie mieć wielki dar mediatora. Może to być zarówno zdolność naturalna, jak i nabyta - w wyniku wychowania przez rodziców lub samokształcenia. I tutaj nie możemy nie powiedzieć, że być może najważniejszym, spośród duchowych darów, które dana osoba może przynajmniej w pewnym stopniu otrzymać, jest dar bycia uczniem. W rzeczywistości jest bardzo niewielu ludzi, którzy naprawdę posiadają zdolność uczenia się. Ale jeśli ktoś jest w stanie być uczniem, nauczy się wiele nawet przy braku nauczycieli, ponieważ Nauczycielem jest Bóg, nauczycielem jest samo życie. Jednak bardzo często na przeszkodzie do odkrycia daru bycia uczniem stoi tylko jedno zdanie, jedno wewnętrzne przekonanie: “Nie mogę”. Wydaje nam się, że oznacza to brak możliwości, ale w rzeczywistości o wiele częściej oznacza coś zupełnie innego - “nie chcę nic robić”.
Spotkać się z bólem
Gdy sprawujemy obrzęd pogrzebu, w jednym z wersetów słyszymy słowa, że człowiek jest "pokorą połączoną z majestatem". Nie mówimy tutaj o pokorze w ascetycznym znaczeniu tego słowa - nie o cnocie, którą musimy nabyć, ale o upokorzeniu, w które człowieka wpędzają jego namiętności i słabości, które on sam uważa za wybaczalne, a także wróg, który skutecznie to wszystko wykorzystuje. Jesteśmy upokarzani przez nasze lęki, nasze przewinienia, których nie zdołaliśmy w sobie pokonać, jesteśmy powstrzymywani przed wzrastaniem do naszej doskonałości przez to wszystko, co pozostaje w naszym życiu nierozwiązaną wątpliwością. Nierzadko spotyka się ludzi, których całe życie wydaje się składać z pytań, na które nigdy nie otrzymali odpowiedzi. I nie są to tylko pytania aktualne, ale także te, które tkwią w ich sercu - być może nawet nieuświadomione - od wczesnego dzieciństwa. I czasami człowiek przeżywa swoje życie, nie tylko nie odpowiadając na te pytania, ale nawet właściwie ich nie zadając, nawet ich nie formułując.
Podjęcie decyzji o byciu sobą nie w 1/3, nie w 50%, ale całym sobą jest krokiem, który wymaga wiele odwagi. Z jednej strony jest to bardzo trudne, ale z drugiej strony Bóg z całą pewnością nam w tym pomaga, ponieważ to Mu się podoba - On chce, abyśmy przynosili właściwy owoc na podstawie tego wszystkiego, co otrzymaliśmy. Bóg daje nam do tego nie tylko możliwości - On buduje w naszym życiu pewną drabinę, po której człowiek może się wspinać. A najniższy szczebel tej drabiny jest niemal zawsze na równi z ziemią - nie trzeba na niego wskakiwać, wystarczy po prostu na nim stanąć. A potem okazuje się, że kolejny stopień też jest bardzo blisko.
Jednocześnie dowiadujemy się jeszcze jednej rzeczy: na naszej drodze stoi poważna przeszkoda, a tą przeszkodą jesteśmy my sami. Być sobą oznacza nie tylko wzrastać osobiście, nie tylko stawać się wolnym, ale także stawiać czoła całej złożoności otaczającego nas życia. Dopóki człowiek jest tylko zewnętrzną formą, dopóki nie jest sobą, ale raczej szkicem siebie, często postrzega to, co się z nim dzieje, nie bezpośrednio, ale jakby przez skorupę. Gdy człowiek staje się sobą, zaczyna doświadczać wszystkiego, co dzieje się z nim i w otaczającym go świecie coraz bardziej "na żywo". I może to być bardzo bolesne, może sprawiać, że człowiek jeży się i kuli, ale konieczne jest, by stawić temu czoła. Stawić czoła i zaakceptować, że nieuchronnie towarzyszy to człowiekowi, który decyduje się żyć na tym świecie.
Przeżycie własnego, a nie cudzego życia, oznacza również zaakceptowanie konieczności dokonywania ciągłych wyborów, zdając sobie sprawę, że odpowiedzialność za ten wybór spoczywa wyłącznie na tobie. Jak to się dzieje, że nasze życie zostaje zastąpione życiem kogoś innego? Dzieje się tak w momencie, gdy w jakiejś sytuacji decydujemy się nie wybierać niczego, nie być za nic odpowiedzialnym, ale jakkolwiek to przetrwać - niech będzie, co ma być. A w rezultacie wychodzi nam coś, co nie jest nasze, tylko coś, co po prostu tak wyszło. A potem całe to "nie nasze", gromadząc się i łącząc, oddala nas od nas samych. I to nie jakieś nieprzezwyciężone namiętności uniemożliwiły nam bycie sobą, a wyłącznie nasz własny tchórzliwy strach przed okolicznościami, ludźmi i tym, co mogą nam zrobić lub powiedzieć.
Osobowość + osobowość = modlitwa
Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że życie w Cerkwi i stawanie się samym sobą to zasadniczo powiązane ze sobą pojęcia, gdyż jedno bez drugiego jest niemożliwe. Chrześcijańskie życie jest osobistą relacją między człowiekiem a Chrystusem, która z definicji zakłada wspólnotę dwóch osobowości. A jak może ona mieć miejsce, jeśli nie odnajdujemy własnej osobowości, jeśli jest ona pogrzebana pod gruzami pewnych wewnętrznych deformacji? Dlatego zdarza się, że ktoś przez lata przychodzi do świątyni i skarży się na spowiedzi: z jakiegoś powodu bardzo trudno jest mi się modlić. Przyczyna jest oczywista: dzieje się tak, ponieważ tak naprawdę nie rozumiesz, kim jest ten, kto modli się teraz do Boga, uciekasz przed samym sobą i przez resztę życia nie możesz się odnaleźć, nie tylko w chwili modlitwy.
Wiemy, że święci Boży, którzy otrzymali dar modlitwy i byli w stałej łączności z Bogiem, byli bardzo różnymi ludźmi - pod względem charakteru, temperamentu i podejścia do życia. Wiemy, że czasami się w czymś mylili, czasami zażarcie się ze sobą spierali. Ale łączy ich jedno: nie ma ani jednego świętego, który nie byłby człowiekiem. Nie ma też ani jednego świętego, który przeżył całe swoje życie nie wychodząc, jak to się dziś mówi, ze swojej strefy komfortu. Nie bali się nie tylko dyskomfortu, ale także bardzo realnych doświadczeń, gdyby jednak oddalili się od samych siebie. Tego samego wymaga się od nas: abyśmy początkowo nie byli nawet dobrymi chrześcijanami, ale po prostu żywymi ludźmi, wiernymi Bogu i samym sobie. Zrozumieć to, co nas więzi, co czyni nas karłami, i nie bać się już tego, że człowiek w istocie - w tym każdy z nas - jest nie tylko czymś niezwykłym, ale również czymś wielkim.
ihumen Nektariusz (tłum. Justyna Pikutin)
za: pravoslavie.ru
fotografia: zoomixer /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.