Pewnego letniego popołudnia 1054 roku, gdy w świątyni Mądrości Bożej (gr. Hagia Sophia) w Konstantynopolu miało się rozpocząć wieczorne nabożeństwo, kardynał Humbert i dwaj inni legaci papieża weszli do środka i skierowali się do sanktuarium. Nie przyszli jednak po to, aby się modlić.
Pewnego letniego popołudnia 1054 roku, gdy w świątyni Mądrości Bożej (gr. Hagia Sophia) w Konstantynopolu miało się rozpocząć wieczorne nabożeństwo, kardynał Humbert i dwaj inni legaci papieża weszli do środka i skierowali się do sanktuarium. Nie przyszli jednak po to, aby się modlić. Na ołtarzu świątyni złożyli bullę z ekskomuniką i natychmiast wyszli. Przechodząc przez zachodnie wrota świątyni, kardynał strząsnął pył ze swych stóp i powiedział: „Niech Bóg patrzy i sądzi”. Zrozpaczony diakon wybiegł za nim na ulicę i błagał o to, żeby zabrał bullę z powrotem. Humbert odmówił.
To właśnie ten incydent powszechnie uważany jest za wydarzenie, które zapoczątkowało wielką schizmę pomiędzy prawosławnym Wschodem i łacińskim Zachodem. Jednak historycy powszechnie dzisiaj uważają, że jej początków nie da się tak naprawdę dokładnie ustalić. Było to coś, co pojawiało się i narastało stopniowo i było rezultatem długiego procesu, który rozpoczął się na długo przed XI wiekiem i zakończył o wiele później.
W tym długotrwałym i złożonym procesie oddziaływało wiele różnych czynników. Schizma ta uwarunkowana była przez czynniki kulturowe, polityczne i ekonomiczne, ale główna jej przyczyna nie była jednak świecka, lecz teologiczna. W ostateczności spór pomiędzy Wschodem i Zachodem dotyczył kwestii dogmatycznych – dwóch zagadnień w szczególności: papieskich roszczeń i Filioque. Zanim jednak bliżej przyjrzymy się tym dwu głównym różnicom i zanim weźmiemy pod uwagę rzeczywisty przebieg schizmy, trzeba powiedzieć nieco więcej o jej szerszym tle. Na długo przed otwartą i formalną schizmą pomiędzy Wschodem i Zachodem, obie strony stały się dla siebie nawzajem obce. Usiłując zrozumieć jak i dlaczego eucharystyczna łączność w chrześcijaństwie została przerwana, musimy rozpocząć od rozważań nad okolicznościami tego narastającego wyobcowania.
Gdy Paweł i inni Apostołowie podróżowali wokół Morza Śródziemnego, poruszali się w obszarze ściśle powiązanej politycznej i kulturowej jedności, jaką było Cesarstwo Rzymskie. Cesarstwo to obejmowało wiele różnych grup narodowościowych, które zazwyczaj posługiwały się swoimi własnymi językami i dialektami, jednakże wszystkie podlegały władzy tego samego cesarza. Istniała rozległa grecko-rzymska cywilizacja, do której swój wkład wnieśli wykształceni ludzie z terenów całego Cesarstwa; greka i łacina były zrozumiałe w prawie każdym jego zakątku, a wielu mogło porozumiewać się przy pomocy obu tych języków. Okoliczności te w znacznym stopniu wspomagały misyjną działalność Kościoła w pierwszych wiekach jego istnienia.
Jednak w ciągu nadchodzących wieków jedność śródziemnomorskiego świata stopniowo zanikała. Na pierwszy ogień miała pójść jedność polityczna. Od końca III wieku Cesarstwo, choć ciągle teoretycznie jedno, podzielone było zwykle na dwie części, wschodnią i zachodnią, z których każda miała swego własnego cesarza. Zakładając na Wschodzie równorzędną italskiemu Staremu Rzymowi drugą stolicę Cesarstwa, Konstantyn pogłębił ten proces separacji. Później, na początku V wieku, rozpoczęły się najazdy barbarzyńców. Za wyjątkiem Italii, której większa część przez jakiś jeszcze czas pozostawała w Cesarstwie, cały Zachód podzielony był pomiędzy wodzów barbarzyńskich plemion. Bizantyńczycy nigdy nie zapomnieli o rzymskich ideałach z czasów Augusta i Trajana, i ciągle postrzegali Cesarstwo jako teoretycznie ogólnoświatowe, ale Justynian był ostatnim cesarzem, który rzeczywiście usiłował pogodzić teorię z praktyką i jego podboje na Zachodzie wkrótce zostały przerwane. Najazdy barbarzyńskie zniweczyły polityczną jedność greckiego Wschodu i łacińskiego Zachodu i nigdy już nie udało się na stałe jej przywrócić.
Pod koniec VI i w ciągu VII wieku zostały one jeszcze bardziej od siebie odizolowane za sprawą najazdów Awarów i Słowian na półwysep Bałkański. Iliria, która zwykła spełniać rolę mostu, stała się przez to barierą pomiędzy bizantyńskim i łacińskim światem. Proces separacji posunął się o kolejny stopień wraz z pojawieniem się islamu – Morze Śródziemne, które Rzymianie nazywali niegdyś mare nostrum, „nasze morze”, w znacznej mierze znalazło się pod panowaniem Arabów. Co prawda kontakty kulturalne i ekonomiczne pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią basenu Morza Śródziemnego nigdy całkowicie nie wygasły, ale stały się o wiele bardziej utrudnione.
Do pogłębienia podziału pomiędzy Bizancjum a Zachodem przyczyniły się spory obrazoburcze. Papieże byli zdecydowanymi stronnikami stanowiska obrońców ikon i z tego powodu przez długie dziesięciolecia pozbawili się łączności z ikonoklastycznym cesarzem i patriarchą Konstantynopola. Odcięty od Bizancjum a potrzebujący wsparcia papież Stefan zwrócił się ku północy i w 754 roku złożył wizytę władcy Franków, Pepinowi. Był to pierwszy krok w decydującej zmianie nastawienia papiestwa. Na wiele różnych sposobów Rzym pozostawał dotychczas częścią świata bizantyńskiego, ale teraz w coraz większym stopniu zaczął ulegać wpływom ze strony Franków, choć efekty tej zmiany nie były w pełni widoczne aż do połowy XI wieku.
Następstwem wizyty złożonej Pepinowi przez papieża Stefana było o wiele bardziej dramatyczne wydarzenie, które miało miejsce pół wieku później. W dzień Bożego Narodzenia 800 roku papież Leon III koronował Karola Wielkiego, króla Franków, na cesarza. Karol Wielki zabiegał o uznanie ze strony władcy Bizancjum, ale bezskutecznie. Bizantyńczycy, którzy ciągle trzymali się zasad cesarskiej jedności, uznali Karola Wielkiego za intruza, a papieską koronację za akt schizmy w obrębie Cesarstwa. Zamiast zbliżeniu, utworzenie Świętego Cesarstwa Rzymskiego na Zachodzie posłużyło jeszcze większemu niż dotychczas wzajemnemu wyobcowaniu Wschodu i Zachodu w Europie.
Jedność kulturowa trwała dalej, ale w niezmiernie osłabionej formie. Zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie ludzie nauki żyli ciągle w kręgu kultury klasycznej, którą Kościół zdominował i uczynił swą własną, jednak z upływem czasu zaczęli objaśniać tę tradycję na coraz to bardziej rozbieżne sposoby. Wszystko skomplikowało się z powodu problemów językowych. Minęły już czasy, kiedy wykształceni ludzie władali dwoma językami. W połowie V wieku w zachodniej Europie bardzo niewielu ludzi potrafiło posługiwać się greką, a po roku 600, choć Bizancjum ciągle nazywało się Cesarstwem Rzymskim, Bizantyńczycy bardzo rzadko posługiwali się łaciną, językiem Rzymian. Łaciny nie znał nawet Focjusz, największy uczony Konstantynopola w IX wieku, a w 846 roku język używany niegdyś przez Wergiliusza „Rzymski” cesarz w Bizancjum, Michał III, nazwał „mową Scytów i barbarzyńców”. Grecy, którzy chcieli studiować dzieła łacińskie i vice versa mogli robić to jedynie za pośrednictwem przekładów i zwykle nie zadawali sobie nawet tego trudu – Psellos, wybitny grecki uczony XI wieku dysponował tak fragmentaryczną znajomością łacińskiej literatury, że pomylił Cezara z Cyceronem. Nie korzystając już z tych samych źródeł i nie oddając się lekturze tych samych ksiąg, grecki Wschód i łaciński Zachód coraz bardziej oddalały się od siebie.
Złowieszczym, choć znaczącym, zdarzeniem było to, że renesans kulturowy karolińskiego dworu od początku naznaczony był silnymi antygreckimi uprzedzeniami. W Europie IV wieku istniała jedna chrześcijańska cywilizacja, a w Europie wieku XIII były już dwie. Zapewne to właśnie za panowania Karola Wielkiego schizma pomiędzy cywilizacjami po raz pierwszy stała się wyraźnie widoczna. Bizantyńczycy ze swej strony pozostawali zamknięci w swym własnym świecie pojęć i robili niewiele, aby wyjść Zachodowi naprzeciw. Zarówno w IX, jak i w późniejszych wiekach nie traktowali zachodniej wiedzy tak poważnie, jak na to zasługiwała. Wszystkich Franków uważali za barbarzyńców.
Tego rodzaju polityczne i kulturowe okoliczności nie mogły nie oddziaływać na życie Kościoła i utrudniały starania o utrzymanie religijnej jedności. Jak można było dostrzec na przykładzie Karola Wielkiego, kulturowa i polityczna oziębłość bardzo łatwo może doprowadzić do sporów eklezjalnych. Gdy cesarz Bizancjum odmówił mu uznania w sferze politycznej, niezwłocznie odwzajemnił się oskarżeniem Kościoła bizantyńskiego o herezję – potępił Greków za to, że w Symbolu Wiary nie używali Filioque (więcej powiemy o tym za chwilę) i odmówił przyjęcia postanowień VII Soboru Powszechnego. To prawda, że Karol Wielki zapoznał się z nimi jedynie za pośrednictwem błędnego tłumaczenia, które poważnie zniekształciło ich prawdziwe znaczenie, ale w każdym bądź razie w swych poglądach zdawał się na poły bałwochwalcą.
Różnego rodzaju uwarunkowania polityczne na Wschodzie i Zachodzie sprawiły, że Kościół przybrał różne formy zewnętrzne, przez co ludzie stopniowo zaczęli sprzecznie pojmować ustrój Kościoła. Już od samego początku pomiędzy Wschodem i Zachodem istniały tutaj pewne rozbieżności. Na Wschodzie istniało wiele Kościołów lokalnych, których powstanie sięgało czasów apostolskich, panowało silne poczucie równouprawnienia biskupów w Kościele, kolegialnej i soborowej natury Kościoła. Wschód uznawał papieża za pierwszego biskupa w Kościele, ale widział w nim pierwszego pośród równych. Na Zachodzie zaś było tylko jedno wielkie biskupstwo, które przypisywało sobie apostolskie pochodzenie - był to Rzym. To właśnie dlatego Rzym zaczął być uważany za wyjątkowe biskupstwo. Choć przyjmował decyzje soborów ekumenicznych, Zachód nie brał w nich czynnego udziału. Kościół mniej postrzegany był jako wspólnota, a bardziej jako monarchia – monarchia papieża.
Tę początkową rozbieżność w postrzeganiu Kościoła dodatkowo wyostrzył rozwój sytuacji politycznej. Najazdy barbarzyńców i spowodowany przez nie upadek Cesarstwa na Zachodzie w znacznym stopniu przysłużyły się umocnieniu autokratycznej struktury Kościoła zachodniego. Na Wschodzie panował silny cesarz, świecki zwierzchnik, który utrzymywał cywilizacyjny porządek i egzekwował przestrzeganie prawa. Wraz z nadejściem barbarzyńców na Zachodzie pojawiło się wielu walczących ze sobą plemiennych wodzów, którzy w większym lub mniejszym stopniu byli jednak uzurpatorami. W przeważającej mierze jedynie papiestwo było w stanie oddziaływać jako ośrodek jedności, jako element ciągłości i stabilizacji w duchowym oraz politycznym życiu Zachodniej Europy. W tych okolicznościach papież został niejako zmuszony do podjęcia roli, do pełnienia której nie byli powołani greccy patriarchowie – wydawał rozporządzenia nie tylko swym eklezjalnym podwładnym, ale również władcom świeckim. Kościół zachodni stopniowo stawał się zcentralizowany w stopniu nieznanym żadnemu z czterech patriarchatów Wschodu (zapewne za wyjątkiem Egiptu). Monarchia na Zachodzie, kolegialność na Wschodzie.
Nie był to bynajmniej jedyny efekt oddziaływania najazdów barbarzyńskich na życie Kościoła. W Bizancjum było wielu wykształconych ludzi świeckich, którzy okazywali żywe zainteresowanie teologią. Postać „świeckiego teologa” zawsze była w prawosławiu akceptowana; niektórzy z najbardziej wykształconych bizantyńskich patriarchów – na przykład Focjusz – bezpośrednio przed powołaniem na urząd patriarchy byli ludźmi świeckimi. Na Zachodzie jednak jedyną formą skutecznej edukacji, która przetrwała średniowiecze było wykształcenie zapewniane przez Kościół swemu duchowieństwu. Teologia stała się domeną księży, bowiem laikat nie był w stanie nawet czytać, a tym bardziej pojmować szczegóły sporów teologicznych. Przypisując episkopatowi szczególną rolę nauczania, prawosławie nigdy nie znało tego rodzaju skrajnego rozgraniczenia pomiędzy duchowieństwem i laikatem, jakie pojawiło się na średniowiecznym Zachodzie.
Kontakty pomiędzy wschodnim i zachodnim chrześcijaństwem stały się jeszcze bardziej utrudnione przez brak wspólnego języka. Nieporozumienia pojawiały się o wiele łatwiej, ponieważ obie strony nie mogły już z łatwością porozumiewać się ze sobą i jedna nie była w stanie odczytać tego, co pisała druga. Wspólny dla obu „świat dialogu” stopniowo ulegał zatraceniu.
Wschód i Zachód stawały się dla siebie obce i z tego powodu obie strony miały wiele przecierpieć. W pierwszych wiekach w Kościele panowała jedność wiary, mimo że istniały tam różne szkoły teologiczne. Grecy i łacinnicy od początku pojmowali chrześcijańskie misterium na swoje własne sposoby. Ocierając się o ryzyko przesadnego uproszczenia można powiedzieć, że podejście łacińskie było bardziej praktyczne, a greckie bardziej spekulatywne; myśl łacińska pozostawała pod wpływem pojęć jurydycznych, koncepcji prawa rzymskiego, podczas gdy Grecy pojmowali teologię w kontekście nabożeństwa i w świetle Boskiej Liturgii. Mówiąc o Trójcy Świętej, łacinnicy rozpoczynali od jedności Bóstwa, a Grecy od troistości osób; rozważając o Ukrzyżowaniu, łacinnicy myśleli głównie o Chrystusie jako Ofierze, Grecy zaś o Chrystusie Zwycięzcy; łacinnicy więcej mówili o odkupieniu, Grecy zaś o przebóstwieniu i tak dalej. Podobnie jak w przypadku szkoły antiocheńskiej i aleksandryjskiej na Wschodzie, oba te odmienne podejścia same w sobie nie były przeciwstawne –uzupełniały się wzajemnie i każde z nich mieściło się w pełni katolickiej tradycji. Kiedy jednak w obliczu całkowitego braku jedności politycznej i niedostatku kulturowej, pozbawione wspólnego języka obie strony stawały się wobec siebie obce, pojawiło się niebezpieczeństwo, że każda z nich będzie dalej kroczyć swą własną drogą w odosobnieniu i posuwając się do skrajności, zapomni o znaczeniu drugiego punktu widzenia.
Mówiliśmy już o dwóch odmiennych doktrynalnych podejściach Wschodu i Zachodu, jednak zaistniały też dwa zagadnienia nauczania, w przypadku których obie strony nie uzupełniały się nawzajem, ale weszły w bezpośredni konflikt - roszczenia papieskie i Filioque. Do tego, aby chrześcijańską jedność poważnie nadwerężyć wystarczające były czynniki, o których już przed chwilą wspomnieliśmy. Jedność ta mogłaby jednak mimo wszystko być utrzymana, gdyby nie te dwa trudne zagadnienia. Ku nim właśnie musimy się teraz zwrócić. Niezgodność ta ujawniła się w pełni właściwie dopiero w połowie IX wieku, jednakże obie te kwestie są znacznie wcześniejsze.
Mieliśmy już możliwość wspomnieć o papiestwie, gdy mówiliśmy o odmiennym położeniu politycznym Wschodu i Zachodu. Widzieliśmy jak scentralizowana i zmonarchizowana struktura Kościoła zachodniego została dodatkowo wzmocniona przez najazdy barbarzyńców. Dopóki papież rościł sobie prawo do władzy jedynie na Zachodzie, Bizancjum nie zgłaszało żadnych sprzeciwów. Bizantyńczycy nie zwracali uwagi na centralizację Kościoła na Zachodzie pod warunkiem, że papiestwo nie ingerowało w sprawy Wschodu. Papież sądził jednak, iż bezpośrednia władza jego jurysdykcji obejmuje zarówno Zachód, jak i Wschód. Problem musiał pojawić się z chwilą, gdy zaczął próbować narzucać swe roszczenia wschodnim patriarchatom. Grecy przypisywali papieżowi honorowe pierwszeństwo, ale nie uniwersalne zwierzchnictwo, które ten uważał za coś, co mu się należy. Papież uważał nieomylność za swój własny przywilej, Grecy zaś utrzymywali, ze w sprawach wiary ostateczna decyzja nie należy jedynie do papieża, lecz do soboru reprezentującego wszystkich biskupów Kościoła. Mamy tu do czynieni z dwiema koncepcjami widzialnej organizacji Kościoła.
Prawosławne nastawienie do papiestwa w godny podziwu sposób wyraził dwunastowieczny pisarz, Nicetas, arcybiskup Nikomedii: „Najdroższy bracie, nie odmawiamy rzymskiemu Kościołowi pierwszeństwa wśród pięciu bliźnich Patriarchatów i przyznajemy mu prawo do najzaszczytniejszego miejsca na ekumenicznym soborze. Wszelako sam oderwał się od nas, gdy przez pychę przywłaszczył sobie władzę monarchiczną, do jego urzędu bynajmniej nie przywiązaną [...] Jak możemy uznawać jego zarządzenia, powzięte bez porozumienia z nami, a nieraz i bez naszej wiedzy? Jeżeli arcykapłan rzymski z wysokości swego chwalebnego tronu chce grzmieć przeciwko nam, jak gdyby ciskając w nas rozkazami, jeżeli chce nas sądzić, a nawet rządzić nami i naszymi Kościołami nie w porozumieniu z nami, lecz wedle własnego upodobania, jak może między nami panować braterstwo lub nawet pokrewieństwo? Bylibyśmy niewolnikami, nie synami takiego Kościoła, a Stolica Rzymska nie byłaby zbożną matką synów, ale twardą i bezwzględną panią niewolników”.
Tak oto prawosławny czuł się w XII wieku, kiedy całe to zagadnienie wyszło na jaw. W poprzednich stuleciach nastawienie Greków do papiestwa było z gruntu takie same, choć nie było jeszcze obostrzone polemiką. Aż do roku 850 Rzym i Wschód unikały otwartego sporu odnośnie papieskich roszczeń, ale przez to, że całe to zagadnienie było częściowo przemilczane i skrywane, powaga rozbieżności poglądów wcale nie stawała się mniejsza.
Drugim wielkim problemem było Filioque. Spór dotyczył słów, które w nicejsko-konstantynopolitańskim Symbolu Wiary odnosiły się do Ducha Świętego. W oryginale ten fragment Symbolu brzmiał następująco: „Wierzę [...] w Ducha Świętego, Pana i ożywiciela, który od Ojca pochodzi i który wraz z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę”. Na Wschodzie do dzisiaj recytowany jest w tym właśnie niezmienionym, pierwotnym brzmieniu. Zachód wprowadził jednak dodatkową frazę „i od Syna” (łac. Filioque), przez co Symbol brzmi obecnie: „który od Ojca i od Syna pochodzi”. Nie jest pewne gdzie i kiedy dodatek ten pojawił się po raz pierwszy, ale wydaje się pochodzić z Hiszpanii, gdzie wprowadzony został jako zabezpieczenie przed arianizmem. W każdym bądź razie Kościół w Hiszpanii do tekstu Symbolu dodał Filioque na soborze w Toledo (589 rok), lub nawet jeszcze wcześniej. Z Hiszpanii dodatek ten przeniknął do Francji, a później do Niemiec, gdzie zastał go Karol Wielki i został przyjęty przez na wpół obrazoburczy lokalny sobór we Frankfurcie (794 rok). Filioque stało się przedmiotem sporu za sprawą pisarzy karolińskiego dworu. Doprowadzili do tego oskarżając Greków o herezję, która polegała na tym, że recytowali Symbol Wiary w jego oryginalnym brzmieniu. Rzym jednak, z typowym dla siebie konserwatyzmem, aż do początku XI wieku ciągle używał Symbolu bez Filioque. W pisanym w 808 roku liście do Karola Wielkiego papież Leon III stwierdza, że choć osobiście wierzy w dogmatyczną poprawność Filioque, to jednak ingerowanie w słownictwo Symbolu wydaje mu się błędne. Leon III z rozmysłem kazał umieścić srebrne tablice z tekstem Symbolu Wiary na ścianie bazyliki świętego Piotra. W tym przypadku Rzym pełnił rolę rozjemcy pomiędzy Frankami a Bizantyńczykami.
Do 850 roku Grecy nie przywiązywali większej uwagi do Filioque, ale z chwilą, gdy do tego doszło, ich reakcja była zdecydowanie krytyczna. Prawosławni sprzeciwili się (i ciągle się sprzeciwiają) temu dodatkowi do Symbolu Wiary z dwóch powodów. Po pierwsze Symbol Wiary jest wspólną własnością całego Kościoła i jeśli miałyby nastąpić jakiekolwiek zmiany, mógłby tego dokonać jedynie sobór powszechny. Wprowadzając zmiany do Symbolu Wiary, Zachód dopuścił się (jak ujął to Chomiakow) moralnego bratobójstwa, grzechu przeciwko jedności Kościoła. Z drugiej strony większość prawosławnych uważa Filioque za teologicznie niezgodne z prawdą. Utrzymują, że Duch Święty pochodzi jedynie od Ojca i stwierdzenie, że pochodzi również od Syna poczytują za herezję. Są też jednak prawosławni, którzy uznają, że Filioque samo w sobie nie jest heretyckie i właściwie dopuszczalne jest jako opinia teologiczna – nie dogmat – pod warunkiem, że jest poprawnie objaśniona. Jednakże nawet zwolennicy tego bardziej umiarkowanego poglądu również uznają je za dodatek bezprawny.
Oprócz tych dwóch głównych problemów, którymi było papiestwo i Filioque, do trudności w relacjach pomiędzy Wschodem i Zachodem przyczyniły się również pewne pomniejsze zagadnienia dotyczące nabożeństwa i dyscypliny kościelnej – Grecy dopuszczali żonatych kapłanów, łacinnicy upierali się przy celibacie duchownych; obie strony stosowały odmienne reguły postu; Grecy do Eucharystii używali chleba kwaszonego, łacinnicy zaś przaśnego lub „opłatków”. W okolicach roku 850 Wschód i Zachód ciągle jeszcze pozostawały w pełnej eucharystycznej łączności i ciągle tworzyły jeden Kościół. Podziały kulturowe i polityczne splotły się niejako, powodując rosnące ochłodzenie stosunków, ale nie doprowadziły do żadnej otwartej schizmy. Obie strony na różne sposoby pojmowały władzę papieską i recytowały Symbol Wiary, ale zagadnienia te nie zostały jeszcze w pełni otwarcie poddane dyskusji.
Jednak już w 1190 roku Teodor Balsamon, patriarcha Antiochii i wielki autorytet prawa kanonicznego postrzegał te sprawy zupełnie inaczej: „Od wielu lat [nie mówi od ilu] zachodni Kościół jest odłączony w duchowej komunii od czterech pozostałych patriarchatów i stał się obcy światu prawosławnemu [...] Dlatego papież nie jest wymieniany w dyptychach. W tej sytuacji żaden łacinnik nie powinien otrzymać Komunii, jeżeli uprzednio nie oświadczy, że wyrzeka się doktryn i obyczajów, które go od nas dzielą, i że gotów jest poddać się kanonom Kościoła w jedności z prawosławnymi”.
Zdaniem Balsamona eucharystyczna łączność została przerwana; pomiędzy Wschodem i Zachodem z pewnością doszło do schizmy i nie tworzyły już one jednego widzialnego Kościoła.
W tym przejściu od ochłodzenia stosunków do schizmy szczególne znaczenie miały cztery wydarzenia: polemika pomiędzy Focjuszem a papieżem Mikołajem I (zwana zwykle „schizmą Focjańską”, podczas gdy Wschód wolałby nazywać ją „schizmą Mikołaja”); zajście z dyptychami w 1009 roku; próba pojednania w latach 1053-1054 i jej zgubne następstwa; oraz wyprawy krzyżowe.
W roku 858, piętnaście lat po tryumfie ikon za panowania cesarzowej Teodory, wybrano nowego patriarchę Konstantynopola. Został nim Focjusz, w Kościele prawosławnym znany jako święty Focjusz Wielki. Określany był jako „najwybitniejsza indywidualność, najzdolniejszy polityk i najzręczniejszy dyplomata, jaki kiedykolwiek zasiadał na stolcu patriarszym w Konstantynopolu”. Wkrótce po intronizacji wdał się w polemikę z papieżem Mikołajem I (858-867). Poprzedni patriarcha, święty Ignacy został przez cesarza skazany na wygnanie, a na wygnaniu zmuszony do rezygnacji. Zwolennicy Ignacego odmawiając uznania ważności tej rezygnacji uważali Focjusza za uzurpatora. Gdy Focjusz wysłał do papieża list z informacją o objęciu urzędu, Mikołaj zdecydował, że zanim uzna Focjusza, rozpatrzy kwestię sporu pomiędzy nowym patriarchą a stronnikami Ignacego. Zgodnie z tym postanowieniem w 861 roku wysłał do Konstantynopola swoich legatów.
Focjusz nie miał zamiaru rozpoczynać kłótni z papiestwem. Przyjął legatów z wielkim poważaniem, zapraszając ich do przewodniczenia soborowi w Konstantynopolu, który miał uregulować spór pomiędzy Ignacym a nim samym. Legaci zgodzili się i wraz z całym soborem uznali, że prawowitym patriarchą jest Focjusz. Kiedy jednak legaci powrócili do Rzymu, Mikołaj stwierdził, że przekroczyli swoje pełnomocnictwa i nie uznał ich rozstrzygnięcia. Postanowił rozpatrzyć tę sprawę osobiście w Rzymie – przeprowadzony pod jego przewodnictwem sobór w 863 roku uznał Ignacego za patriarchę, a w odniesieniu do Focjusza ogłosił, że pozbawia go godności kapłańskiej. Bizantyńczycy zignorowali to potępienie i nie wysłali żadnej odpowiedzi na listy papieża. W ten sposób zaistniał rozbrat Kościoła Rzymu z Kościołem Konstantynopola.
Spór ten wyraźnie związany był z papieskimi roszczeniami. Mikołaj był wielkim papieżem reformatorem o wysokich mniemaniach co do przywilejów swego biskupstwa i uczynił już wiele, aby ustanowić całkowitą władzę nad wszystkimi biskupami na Zachodzie. Wierzył jednak, że ta absolutna władza rozciąga się również na Wschód – jak ujął to w swym liście z 865 roku, papież obdarzony jest władzą „nad całą ziemią, to jest nad każdym Kościołem”. Było to jednak dokładnie to, czego Bizantyńczycy nie byli gotowi papieżowi przyznać. W obliczu sporu pomiędzy Focjuszem a Ignacym, Mikołaj uznał, że nadarza się wyśmienita możliwość realizacji jego roszczeń do jurysdykcji nad całym światem - chciał doprowadzić do tego, że obie strony poddałyby się jego rozjemczemu sądowi. Zauważył jednak, że Focjusz dobrowolnie poddał się dociekaniom ze strony papieskich legatów i że posunięcie to nie mogło być pojmowane jako uznanie zwierzchności papieża. To właśnie dlatego (między innymi) Mikołaj unieważnił orzeczenie swych legatów. Bizantyńczycy ze swej strony gotowi byli dopuszczać możliwość odwoływania się do Rzymu, ale na ściśle określonych warunkach ustalonych w kanonie 3 soboru lokalnego w Sardyce (343). Kanon ten stwierdza, że biskup, który zostanie potępiony może odwoływać się do Rzymu, a papież, po zapoznaniu się ze sprawą może zarządzić ponowne jej rozpatrzenie. Ta rewizja procesu nie mogła być jednak prowadzona przez samego papieża w Rzymie, lecz przez biskupów prowincji przyległej do tej, z której pochodzi potępiony biskup. Unieważniając orzeczenie swych legatów i domagając się powtórnego rozpatrzenia sprawy w Rzymie, papież Mikołaj, jak odczuwali to Bizantyńczycy, stanowczo przekroczył postanowienia tego kanonu. Jego postępowanie uznali za nieuzasadnioną i niekanoniczną ingerencję w sprawy innego patriarchatu.
W niedługim czasie przedmiotem sporu były już nie tylko roszczenia papieża, ale i Filioque. Zarówno Bizancjum, jak i Zachód (głównie Niemcy) przystąpiły do wielkich działań misyjnych pośród Słowian. Z czasem te dwie linie postępów misji ze Wschodu i z Zachodu zbiegły się. Gdy greccy i niemieccy misjonarze zaczęli działać na tym samym terenie, trudno było uniknął konfliktu, bowiem obie misje prowadzone były wedle bardzo odmiennych zasad. Zderzenie to uwypukliło rzecz jasna zagadnienie Filioque – Niemcy używali go w Symbolu Wiary, a Grecy tego nie czynili. Głównym zmartwieniem obu stron była Bułgaria, kraina, którą zarówno Rzym, jak i Konstantynopol chciały widzieć w swoim obszarze jurysdykcyjnym. Chan Borys początkowo skłonny był prosić o Chrzest z rąk misjonarzy niemieckich, jednakże w obliczu zagrożenia bizantyńską inwazją zmienił zdanie i około roku 865 został ochrzczony przez kapłanów greckich. Borys pragnął jednak, aby Kościół w Bułgarii był niezależny, toteż gdy Konstantynopol odmówił przyznania mu autonomii, z nadzieją na lepsze warunki porozumienia zwrócił się ku Zachodowi. Gdy łacińscy misjonarze poczuli swobodę działania, bezzwłocznie przypuścili na Greków gwałtowny atak, wyszczególniając kwestie, w których praktyka bizantyńska odróżniała się od ich własnej. Wymienili tu żonatych kapłanów, reguły postu i przede wszystkim Filioque. W samym Rzymie ciągle nie było ono jeszcze w użyciu, lecz gdy Niemcy domagali się wprowadzenia go w Bułgarii, papież Mikołaj okazał im pełne wsparcie. Papiestwo, które jeszcze w roku 808 pośredniczyło w sporze pomiędzy Frankami i Grekami, teraz nie było już neutralne.
Focjusz był oczywiście zaniepokojony wzrostem wpływów niemieckich na Bałkanach, na samej granicach Cesarstwa Bizantyńskiego, ale o wiele bardziej zajmowała go tak skutecznie przedstawiona wówczas jego uwadze sprawa Filioque. W roku 867 podjął działania. Zredagował skierowaną do wszystkich innych patriarchów Wschodu encyklikę, w której szczegółowo zdemaskował Filioque, a tych, którzy go używali oskarżył o herezję. Focjusz często potępiany jest za napisanie tego listu. Nawet Francis Dvornik, wybitny rzymskokatolicki historyk, który zazwyczaj odnosi się do Focjusza z wielką życzliwością, w tym przypadku jego działania nazywa „próżnym atakiem” i stwierdza, że „błąd ten był nierozważny, pośpieszny i obarczony wielkimi konsekwencjami”. Jeśli jednak Focjusz rzeczywiście uważał Filioque za heretyckie, czyż nie powinien był wypowiedzieć się na ten temat? Trzeba też pamiętać o tym, że to nie Focjusz jako pierwszy uczynił Filioque kwestią sporną, ale spowodowali to Karol Wielki i jego nadworni uczeni już siedemdziesiąt lat wcześniej – to Zachód, a nie Wschód zaatakował pierwszy. Następstwem tego listu był zwołany do Konstantynopola sobór, który obłożył papieża Mikołaja ekskomuniką, nazywając go „heretykiem, który sieje spustoszenie w winnicy Pana”.
W tym kulminacyjnym momencie sporu sytuacja uległa nagłej zmianie. W tym samym roku (867) cesarz usunął Focjusza z jego stanowiska. Patriarchą ponownie został Ignacy i łączność eucharystyczna z Rzymem została przywrócona. W latach 869-870 w Konstantynopolu zebrał się kolejny sobór znany jako „sobór antyfocjański”, który potępił i anatematyzował Focjusza, odwołując postanowienia soboru z roku 867. Sobór ten, na Zachodzie uznany później za VIII Sobór Powszechny rozpoczął się z udziałem zaledwie dwunastu biskupów, choć liczba uczestników późniejszych sesji wzrosła do stu trzech.
Wkrótce miały jednak nastąpić kolejne zmiany. Sobór 869-870 roku poprosił cesarza, aby zdecydował o statusie Kościoła Bułgarii i zaskoczeniem nie było postanowienie, że powinien podlegać jurysdykcji Patriarchatu Konstantynopola. Borys zgodził się z tym postanowieniem, zdając sobie sprawę z tego, że Rzym umożliwiłby mu mniejszą niezależność, niż Konstantynopol. Tak więc po roku 870 niemieccy misjonarze zostali z Bułgarii wypędzeni i Filioque w jej granicach przestało być używane. Ale to jeszcze nie wszystko. W Konstantynopolu doszło do pojednania pomiędzy Ignacym a Focjuszem i gdy w 877 roku Ignacy zmarł, Focjusz ponownie zajął jego miejsce. W 879 roku w Konstantynopolu zgromadził się kolejny sobór, w którym uczestniczyło 383 biskupów, co stanowiło znaczący kontrast z niewielką liczbą uczestników antyfocjańskiego zgromadzenia dziesięć lat wcześniej. Sobór z 869 roku został anatematyzowany i wszystkie rzucone na Focjusza potępienia wycofane; postanowienia te zostały przyjęte w Rzymie bez żadnego sprzeciwu. W ten sposób Focjusz wyszedł z tego długiego starcia jako zwycięzca – został uznany przez Rzym i stał się eklezjalnym zwierzchnikiem Bułgarii. Do niedawna panowało przekonanie, iż nastąpiła jeszcze jedna „schizma focjańska”, ale prof. Dvornik z druzgocącą stanowczością udowodnił, że ta druga schizma była jedynie mitem – w późniejszym okresie piastowania przez Focjusza urzędu patriarchy (877-886) eucharystyczna łączność pomiędzy Konstantynopolem i papiestwem pozostawała nienaruszona. Ówczesny papież Jan VIII (872-882) nie był przyjazny Frankom i nie poruszał zagadnienia Filioque, ani też nie próbował domagać się uznania roszczeń papieskich na Wschodzie. Być może zdawał sobie sprawę z tego, na jak bardzo poważne niebezpieczeństwo linia postępowania Mikołaja naraziła jedność chrześcijaństwa.
Focjusz, zwierzchnik Kościoła i teolog, na Wschodzie poważany zawsze jako święty, a przez Zachód traktowany z mniejszym entuzjazmem, w przeszłości uważany był jedynie za autora schizmy i nic ponadto. Obecnie jego zalety doceniane są w o wiele szerszych kręgach. Prof. Dvornik kończy swe monumentalne dzieło stwierdzeniem: „Jeśli moje wnioski są poprawne, będziemy mogli ponownie uznać Focjusza za wielkiego człowieka Kościoła, wykształconego humanistę i prawdziwego chrześcijanina, na tyle wspaniałomyślnego, aby wybaczać swym wrogom i podejmować pierwsze kroki ku pojednaniu”.
Na początku XI wieku w związku z Filioque pojawiły się nowe kłopoty. Papiestwo w końcu przyjęło ten dodatek – w czasie przebiegającej w Rzymie w 1014 roku koronacji cesarza Henryka II Symbol Wiary śpiewany był w wersji interpolowanej, a pięć lat wcześniej nowo wybrany papież Sergiusz IV wystosował do Konstantynopola list, który mógł zawierać Filioque, choć nie jest to całkowicie pewne. Z jakiejś jednak przyczyny patriarcha Konstantynopola, również Sergiusz, nie ujął nowego papieża w dyptychach –przechowywanych przez każdego patriarchę spisach, zawierających imiona innych uznawanych za prawowiernych, żywych i umarłych, patriarchów. Dyptychy te są widzialnym znakiem jedności Kościoła i rozmyślne pominięcie w nich czyjegoś imienia równoznaczne jest stwierdzeniu, że osoba ta nie pozostaje w eucharystycznej łączności. Po roku 1009 imię papieża ponownie nie pojawiło się w dyptychach Konstantynopola. Proceduralnie rzecz biorąc Kościoły Rzymu i Konstantynopola od tej właśnie daty nie były już ze sobą w duchowej łączności. Przesadne uwypuklanie tej proceduralnej kwestii byłoby jednak nierozsądne. Dyptychy często bywały niekompletne i przez to nie są nieomylnym przewodnikiem po relacjach w Kościele. W konstantynopolitańskich spisach sprzed roku 1009 często brakowało imienia papieża z tej prostej przyczyny, że nowy biskup Rzymu nie informował Wschodu o swej nominacji. Przeoczenie z 1009 roku nie wywołało w Rzymie żadnych uwag, a i w Konstantynopolu ludzie szybko zapomnieli dlaczego i kiedy imię papieża zostało pominięte w dyptychach po raz pierwszy.
W dalszym ciągu XI wieku do kolejnego kryzysu w relacjach pomiędzy papiestwem a wschodnimi patriarchatami doprowadziły nowe czynniki. Poprzedni wiek był dla biskupstwa Rzymu okresem poważnej niestałości i zamieszania, stuleciem, które kardynał Baronius nazwał wiekiem żelaza i ołowiu w historii papiestwa. Jednakże pod przemożnym wpływem Niemiec, Rzym reformował się i dzięki kierownictwu ludzi pokroju Hildebranda (papież Grzegorz VII) uzyskał pozycję władzy, której nie osiągnął nigdy przedtem. Zreformowane papiestwo wznowiło rzecz jasna roszczenia wobec jurysdykcji nad całym światem, które poczynił niegdyś papież Mikołaj. Bizantyńczycy ze swej strony przyzwyczaili się do tego, że mieli do czynienia z papiestwem, które przeważnie było słabe i zdezorganizowane, a więc trudno im było przystosować się do tej nowej sytuacji. Sytuację pogorszyły czynniki polityczne, jak militarna agresja Normanów na bizantyńską część Italii i nasilająca się w ciągu XI i XII wieku inwazja kupców z nadmorskich miast Italii na wschodnie rejony Morza Śródziemnego.
W 1054 roku doszło do ostrej sprzeczki. Gdy Normanowie zmuszali Greków bizantyńskiej części Italii, aby dostosowali się do łacińskich zwyczajów Michał Cerulariusz, patriarcha Konstantynopola, zarządził, aby łacińskie kościoły tego miasta przyjęły praktyki greckie, a gdy te odmówiły, w 1052 roku nakazał je zamknąć. Z pewnością było to przykre posunięcie, ale jako patriarcha miał do tego prawo. Jedną z praktyk, wobec której Michał i jego stronnicy sprzeciwili się w szczególności było łacińskie użycie „opłatka”, przaśnego chleba, w Eucharystii, zagadnienie, które nie pojawiało się w sporach IX wieku W 1053 roku Cerulariusz przyjął jednakże bardziej pojednawczą postawę i w liście do papieża Leona IX wyraził gotowość przywrócenia imienia papieża w dyptychach. W odpowiedzi na tę propozycję i w celu uporządkowania spornych kwestii greckich i łacińskich zwyczajów, w 1054 roku papież Leon wysłał do Konstantynopola trzech swoich legatów, którym przewodniczył kardynał Humbert biskup Silva Candida. Wybór kardynała Humberta był niefortunny, bowiem podobnie jak i Cerulariusz był on człowiekiem trudnego i nieprzejednanego usposobienia, i trudno było oczekiwać, aby ich wzajemne spotkanie miało przysłużyć się przyjaznym relacjom pomiędzy Wschodem i Zachodem. Swym pojawieniem się u Cerulariusza legaci nie wywołali korzystnego wrażenia. Rzucając weń listem od papieża wycofali się bez przekazania zwyczajowych pozdrowień, a sam list, choć podpisany przez Leona, w rzeczywistości sporządzony był przez Humberta i miał wyraźnie nieprzyjazne brzmienie. Po tym incydencie patriarcha nie chciał mieć więcej do czynienia z legatami. Ostatecznie Humbert stracił cierpliwość i na ołtarzu świątyni Mądrości Bożej złożył bullę z ekskomuniką przeciwko Cerulariuszowi. Pośród innych zawartych w tym dokumencie bezpodstawnych oskarżeń, Humbert zarzucił Grekom pomijanie Filioque w Symbolu Wiary! Nie udzielając żadnych wyjaśnień co do swego postępowania, Humbert bezzwłocznie opuścił Konstantynopol, a po powrocie do Italii przedstawił całe to wydarzenia jako wspaniałe zwycięstwo biskupstwa Rzymu. Cerulariusz i jego synod odwzajemnił się anatematyzując Humberta (bynajmniej nie Kościół Rzymu). Próba pojednania dodatkowo pogorszyła i tak trudną już sytuację.
Przyjazne relacje pomiędzy Wschodem i Zachodem utrzymywały się jednak nawet po roku 1054. Dwie części chrześcijaństwa nie były jeszcze świadome wielkiej, oddzielającej je od siebie przepaści, a ludzie po obu stronach ciągle mieli nadzieję, że nieporozumienia będą mogły być wyjaśnione bez większych trudności. Zwykli chrześcijanie Wschodu i Zachodu w przeważającej mierze nic o tym sporze nie wiedzieli. Tym, co wyraźnie uzmysłowiło schizmę były wyprawy krzyżowe – wprowadziły nowego ducha nienawiści i goryczy, i sprowadziły rozłam na dostępny dla wszystkich poziom.
Z militarnego punktu widzenia krucjaty rozpoczęły się od wspaniałego zwycięstwa. W 1098 roku odebrano Turkom Antiochię, w 1099 roku Jerozolimę – pierwsza wyprawa krzyżowa była błyskotliwym, choć niewątpliwie krwawym sukcesem. Zarówno w Antiochii, jak i w Jerozolimie krzyżowcy przystąpili do ustanawiania łacińskich patriarchów. W Jerozolimie było to uzasadnione, bowiem biskupstwo to było w tym czasie nieobsadzone i choć przez nadchodzące lata sukcesja greckich patriarchów Jerozolimy przedłużała się na wygnaniu na Cyprze, to jednak w samej Palestynie wszyscy jej mieszkańcy, łacinnicy, jak również Grecy, początkowo uznawali łacińskiego patriarchę za swego zwierzchnika. Ruski pielgrzym archimandryta Daniel z Czernihowa w latach 1106-1107 zastał w Jerozolimie Greków i łacinników modlących się w zgodzie w miejscach świętych, chociaż z satysfakcją zauważył, że podczas sprawowanej w Wielką Sobotę uroczystości, Święty Ogień w cudowny sposób zapalał greckie lampki oliwne i świece, a łacińskie musiały być zapalane od greckich. Jednak w Antiochii krzyżowcy zastali urzędującego tam wówczas greckiego patriarchę. Co prawda niebawem przeniósł się on do Konstantynopola, ale miejscowa ludność grecka nie chciała uznać łacińskiego patriarchy, którego krzyżowcy umieścili na jego miejscu. Skutkiem tego od roku 1100 w Antiochii zaistniała lokalna schizma. Po roku 1187, kiedy to Saladyn podbił Jerozolimę, sytuacja w Ziemi Świętej uległa pogorszeniu – łaciński patriarcha w Akrze i grecki w Jerozolimie, dwaj rezydujący na terytorium Palestyny rywale doprowadzili do podziału chrześcijan na dwie grupy. Te lokalne schizmy w Antiochii i Jerozolimie były złowieszczymi wydarzeniami. Rzym był bardzo daleko i jeśli nawet Rzym i Konstantynopol spierały się ze sobą, przeciętnemu chrześcijaninowi w Syrii czy Palestynie w praktyce nie sprawiało to żadnej różnicy. Jeśli jednak dwaj rywalizujący ze sobą biskupi wysuwali roszczenia do tego samego tronu i gdy w tym samym mieście istniały dwie wrogo do siebie nastawione wspólnoty, podział stawał się namacalną rzeczywistością, do której bezpośrednio wciągani byli zwykli wierni. To krucjaty spowodowały, że spór stał się czymś, co zaczęło obejmować całe chrześcijańskie wspólnoty. Krzyżowcy sprowadzili schizmę na poziom lokalny.
Najgorsze miało jednak nastąpić w roku 1204 wraz z zajęciem Konstantynopola przez czwartą wyprawę krzyżową. Pierwotnie krzyżowcy kierowali się ku Egiptowi, lecz za namową Aleksego, syna wywłaszczonego cesarza Bizancjum, Izaaka Angelosa, skierowali się w stronę Konstantynopola, aby jemu i jego ojcu przywrócić utracony tron. To zachodnie mieszanie się do bizantyńskiej polityki nie przyniosło pożądanych rezultatów i doszło do tego, że zdegustowani tym, co uznali za grecką dwulicowość krzyżowcy stracili w końcu cierpliwość i splądrowali całe miasto. Wschodnie chrześcijaństwo ciągle pamięta te trzy dni przerażającej grabieży. „W porównaniu z tymi ludźmi, którzy na swych ramionach noszą Krzyż Chrystusowy, nawet Saraceni są litościwi i łaskawi”, zapewniał Nicetas Choniates. Według Sir Stevena Runcimana: „Krzyżowcy nie przynieśli pokoju, ale miecz, i miecz miał rozdzielić chrześcijaństwo”. Długotrwałe różnice dogmatyczne zostały ze strony Greków dodatkowo wzmocnione silnymi, spowodowanymi zachodnią napaścią i świętokradztwem uczuciami narodowej nienawiści, oburzenia i złości. Po 1204 roku nie mogło być żadnych wątpliwości, że chrześcijański Wschód i chrześcijański Zachód zostały od siebie oddzielone.
Prawosławie i Rzym w równym stopniu przekonane są, że w kwestii powstałych między nimi różnic dogmatycznych racja pozostaje po jego stronie, a strona przeciwna jest w błędzie. Z tego też względu od czasów schizmy zarówno Rzym, jak i prawosławie twierdzą, że są prawdziwym Kościołem. Niemniej jednak, zachowując wiarę w swą prawowierność, każde z nich z żalem i skruchą powinno spojrzeć w przeszłość. Obie strony powinny szczerze przyznać, że mogły i powinny były uczynić więcej, aby tej schizmie zapobiec. Obie strony ponoszą odpowiedzialność za błędy popełnione na czysto ludzkiej płaszczyźnie. Prawosławni na przykład powinni obwiniać się za dumę i lekceważenie, z jakim w okresie bizantyńskim traktowali Zachód; powinni winić się za incydenty, jak na przykład zamieszki w 1182 roku, kiedy to bizantyński motłoch zmasakrował łacińskich rezydentów Konstantynopola (niemniej jednak ze strony Bizantyńczyków nie były to działania porównywalne z łupieżą roku 1204). Upierając się przy tym, że jest tym jednym prawdziwym Kościołem, każda strona musi przyznać, że na płaszczyźnie ludzkiej została przez ten podział boleśnie zubożona. Grecki Wschód i łaciński Zachód potrzebowały i ciągle potrzebują się wzajemnie. Dla obu stron wielka schizma okazała się wielką tragedią.
[Niniejszy tekst (prezentowany tutaj bez przypisów) pochodzi książki biskupa Kallistosa Ware „Kościół prawosławny”, wydanej przez Bractwo Młodzieży Prawosławnej w Polsce, w grudniu 2002. Wszystkich zainteresowanych historią, nauczaniem i nabożeństwem Kościoła prawosławnego zachęcamy do lektury całej książki (dostępnej w sklepiku www.cerkiew.pl).]
— bp Kallistos (Ware), tłum. o. Włodzimierz Misijuk
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.