Mija właśnie rok od czasu gdy przyjąłem święcenia kapłańskie. Za każdym razem, kiedy w myślach wracam do tego wydarzenia, badzo szybko przypominają mi się trudne chwile obaw, które pojawiały się już na samą myśl o tym, że częścią mej kapłańskiej posługi będzie również sprawowanie sakramentu…
Mija właśnie rok od czasu gdy przyjąłem święcenia kapłańskie. Za każdym razem, kiedy w myślach wracam do tego wydarzenia, badzo szybko przypominają mi się trudne chwile obaw, które pojawiały się już na samą myśl o tym, że częścią mej kapłańskiej posługi będzie również sprawowanie sakramentu spowiedzi. Obawiałem się tego, że będę miał do czynienia już nie tylko ze swoimi własnymi grzechami, nie będzie to już i tak wystarczająco trudna próba ujawnienia swoich własnych grzechów, ale wysłuchiwanie spowiedzi wszystkich tych, którzy będą chcieli wyznać swoje grzechy przed Bogiem w mojej obecności. Jako kapłan, obdarzony możliwością "wiązania i rozwiązywania", będę musiał reagować na to, co usłyszę i decydować o tym, czy wszystkie wymienione przez spowiadających się grzechy mogą być odpuszczone. Bałem się również tego, czy będę w stanie udzielic właściwej, najlepszej z możliwych, tak bardzo niekiedy oczekiwanej rady czy wskazówki.
Był to dla mnie czas intensywnych przemyśleń, prób zebrania, podsumowania i właściwego wykorzystania wszystkiego, czego dowiedziałem się o spowiedzi w czasie wydłużonych studiów teologicznych i wieloletniej (współ)pracy z młodzieżą. Liczyłem na wsparcie ze strony osobistych doświadczeń uczestnictwa w tym misterium i danej mi możliwości porównania sposobu jego sprawowania przez kilku duchowych ojców osadzonych w różnorodnych lokalnych prawosławnych tradycjach w różnych krajach, ale pomoc nadeszła z najbardziej chyba nieoczekiwanej strony.
Początek mej kapłańskiej posługi przypadł na okres Wielkiego Postu, który w sposób szczegółny zachęca wiernych do przystępowania do sakramentu spowiedzi. Jest to również czas szkolnych rekolekcji. Jednymi z pierwszych spowiadających się Bogu w mojej obecności okazała się dwójka pierwszoklasistów, którzy przystępowali do tego sakrementu po raz pierwszy w życiu. Rodzice i katecheci z pewnością przygotowywali ich do tego ważnego kroku, ale ich zachowanie i wylęknione oblicza sugerowały, że nie byli do końca pewni, czego się spodziewać. Byliśmy w bardzo podobnej sytuacji... Wspólnymi siłami udało nam się jednak znaleźć rozwiązanie, które z powodzeniem daje się stosować we wszystkich innych grupach wiekowych.
Wychodząc z domu, zauważyłem jak sąsiedzi rozpoczęli przy domu wiosenne porządki. Po drodze do cerkwi widziałem podobne poruszenie w wielu obejściach i ogrodach. Być może pod wpływem tego wiosennego ożywienia i czytanej w owym czasie ewangelicznej przypowieści o ziarnku gorczycy, moją rozmowę z pierwszoklasistami rozpocząłem od pytania czy mają przy domu ogródek albo jakąś podmiejską działkę. Potwierdzające skinienie głowy okazało się niezwykle pomocne. "Wyobraź sobie - zaproponowałem - że takim małym ogródkiem jest twoje serce. Wyobraź sobie - kontynuowałem - że, jeszcze przy Twoich narodzinach i chrzcie, Bóg zasiał tam drogocenne nasionka wiary, nadziei, miłości, mądrości, prawdy, cierpliwości i wielu różnych zdolności - ziarenka wszystkiego co w życiu najlepsze i wszystkiego, co do życia niezbędne. Pewnie tego nie pamiętasz, ale Pan Bóg zaprosił Cię wtedy, żebyś te nasionka pielęgnował, żebyś się nimi opiekował, aby we właściwym czasie mogły zakiełkować, rosnąć i owocować. Wyobraź sobie, że wszystkie Twoje grzechy, wszystkie niepotrzebne myśli, słowa i uczynki, są jak zielsko, które przeszkadza rosnąć wszystkiemu, co chciałbyś widzieć w swoim ogródku. Kiedy przychodzisz do spowiedzi i przyznajesz się do swoich grzechów, kiedy mówisz o nich Bogu i żałujesz, że je popełniłeś, to tak, jak gdybyś wyrywał je z korzeniami i wyrzucał na śmietnik".
W tym miejscu padło pytanie, jakież to chwasty pojawiły się w tym ogródku serca, ale ich wyliczanie i szczere potwierdzenie żalu i skruchy nie były jeszcze końcem naszej rozmowy. Współpraca przy pieleniu zachęciła nas do rozważań o profilaktyce. Wspólnie ustaliliśmy, że chwasty pojawiają się w każdym ogrodzie i na każdej działce, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd. W podobny sposób grzeszymy - grzeszne uczynki czy słowa pojawiają się przeważnie "niechcący". Ale skoro do ogródka czy na działkę przychodzimy na tyle często i regulrnie, żeby wyrywać chwasty póki są jeszcze małe, póki ich mało i póki są jeszcze niegroźne, czyż do ogrodu naszego serca nie powinniśmy zaglądać przynajmniej z taką samą częstotliwością i jeszcze większą uwagą? Chwasty rosną bardzo szybko i nie pozwalaja rosnąć żadnym innym roślinom. W ogrodzie czy na działce przeszkadzają marchewce czy pietruszce, ale gdy pojawiają się w naszym sercu, nie pozwalają rozwijać się ziarenkom akurat tego, co w danej chwili jest najbardziej do życia potrzebne. Czy można żyć bez miłości, nadziei, wiary i mądrości? (Pamiętam jak na ścianie jednej z białostockich ulic pojawiło się swego czasu stwierdzenie "Żywie Biełaruś". Po kilku dniach ktoś uzupełnił je słowami - "Ale co to za życie?" Sprawdźmy czym prędzej jak to jest w przypadku naszego własnego...)
W dalszym ciągu naszej rozmowy i przy wielu późniejszych spotkaniach ze spowiadającymi się, często odwoływałem się do pomocy niekwestionowanego w tej dziedzinie autorytetu i doświadczenia mamy, babci albo starszej siostry. Jeśli sam się jeszcze o tym nie przekonałeś, zapytaj je, a z pewnością potwierdzą, że najlepsze sprzątanie, to utrzymywania porządku. Dodadzą przy tym zapewne, że choć wydaje się to takie proste i oczywiste, w rzeczwistości jest to bardzo trudne przedsięwzięcie. Tego trzeba się uczyć i nigdy o tym nie zapominać. Tę zdolność trzeba podtrzymywać i pielęgnować do czasu aż "wejdzie w krew" i stanie się nieodłączną częscią codziennego życia. Jeśli nauczę się utrzymywać w należytym porzadku swój kącik z zabawkami, stół na którym odrabiam lekcje, a później cały swój pokój, z czasem łatwiej mi przyjdzie wprowadzać i utrzymywać porządek nie tylko w całym mieszkaniu, ale we wszystkich sferach życia. To coś na wzór szkoły postu. Zaczynamy od tego co najprostsze - od codziennego jadłospisu, od stałego fragmentu naszego życia, na który przeważnie nie zwracamy szczególnej uwagi. Właśnie przez to, że to takie proste, ciągle powtarzające się i nieodzowne, kilka razy dziennie możemy próbować nauczyć się jak ten padstawowy element życia należycie kontrolować i doprowadzić do tego, że to my decydujemy o tym, co spożywamy i nie pozwalamy na to, aby pokarm - jego wygląd, zapach czy smak - decydował za nas. To takie oczywiste, ale czasem tak trudno oprzeć się jeszcze jednemu kęsowi. Często zapominamy o tym, że nie żyjemy po to, żeby jeść, tylko jemy po to, żeby żyć.
To porównanie sakramentu spowiedzi do sprzątania w ogrodzie okazało się jeszcze bardziej pomocne przy próbach objaśnienia kilku innych, bardzo ważnych przejawów jego sprawowania w naszej współczesnej praktyce. Tym razem z pomocą przyszły wspomnienia z dzieciństwa. Pewnego wiosennego dnia mama zabrała mnie do ogrodu i zaprosiła do pomocy w pieleniu. Byłem dumny z powierzonego mi zadania, z uwagą wysłuchałem wskazówek i ochoczo zabrałem się do oczyszczania wschodzącej równymi rzędami marchewki z niewygodnego sąsiedztwa malutkich jeszcze, ale za to bardzo licznych chwastów. Mama przez chwilę bacznie mi się przyglądała. Gdy pochwaliła mą ostrożność wobec pędów marchewki oraz zdecydowane i skuteczne traktowanie zielska, gotów byłem wyręczyć ją w pieleniu całego ogrodu. To, że w domu zadzwonił nagle telefon i musiała zostawić mnie w ogrodzie samego, jeszcze bardziej mobilizowało. Skończyłem z marchewką i nie czekając na powrót mamy zabrałem się do pielenia większego zagonu jakichś innych warzyw czy kwiatów. Były nieco większe od marchewki. Nie rosły w równych rzędach, ale pojawiały się w nieregularnych odstępach. Domyśliłem się, że trzeba je oczyścić ze wskazanych wczesniej przez mamę i dobrze już mi znanych nieproszonych gości. Gdy mama wróciła, z wielką dumą pokazałem jej prawie oczyszczony, dużo wiekszy od innych zagon. Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy stwierdziła, że na tym miejscu nie było jeszcze żadnych warzyw. Przeznaczony był na dorastające gdzie indziej pomidory, a rośliny, które oszczędziłem i tak ostrożnie traktowałem to chwasty - i trzeba je powyrywać. Nie mogłem w to uwierzyć, gotów byłem stanąć w ich obronie - przecież tak dobrze wyglądają, tak "dobrze im z liści patrzy", są ładniejsze od marchewki, pietruszki i wielu innych warzyw - argumentowałem.
Przy "pieleniu" grzechów również potrzebne są wskazówki doświadczonego ogrodnika. Sama spowiedź w ścisłym tego słowa znaczeniu to nazywanie grzechów po imieniu, ujawnianie ich przed Bogiem w obecności świadka, którym w naszej obecnej praktyce jest duchowny, wyraźne stwierdzenie żalu i skruchy (w jęz. cs. Kajeszsia? - Kajuś!), obietnica poprawy oraz wypowiadana przez duchownego modlitwa rozgrzeszenia (cs. razreszitielnaja molitwa). Spowiedzi może, a niekiedy nawet powinna towarzyszyć rozmowa pomiędzy spowiadającym się i spowiednikiem. To element przewodnictwa duchowego. Można wykorzystać ją do sprawdzenia czy to, co wydaje mi się jakimś pożytecznym warzywem, w rzeczywistości nie jest chwastem. Grzechy przeważnie mają to do siebie, że "dobrze im z oczu patrzy", z wyglądu są bardzo atrakcyjne, pociągające, bardzo ponętnie smakują. Wstępną konsultację na ich temat można z powodzeniem przeprowadzić z rodzicami, rodzeństwem, współmałżonkiem i przyjacielem, ale duchowny, świadek naszej spowiedzi, może mieć pod tym względzie jeszcze większe rozeznanie i duchowe doświadczenie. Jednak aby do takiej rozmowy mogło w ogóle dojść, trzeba stworzyć odpowiednie warunki. Trudno oczekiwać, że spowiedzi będzie towarzyszył jakikolwiek dialog, że będzie ona okazją do uzyskania duchowej porady, jeśli przystępujemy do sakramentu bez przygotowania i w czasie, kiedy o pokajaniu przypominają sobie całe rzesze wiernych.
(W modlitwach, które pomagają nam przygotować się do spowiedzi, to misterium nazywane jest "lecznicą duszy" (cs. wraczebnica duszy). Idąc do lekarza z jakąś dolegliwością ciała, w miarę możliwości staramy się tak dobierać czas i miejsce, aby nie stać/siedzieć w kolejce, aby lekarz mógł nam poświęcić wystarczająco dużo swej uwagi. Dlaczego nie postępujemy podobnie udając się do "lecznicy duszy"? Chodzi tu przecież o to, żeby zidentyfikować wszystkie jej niedomagania. Coś, co może nam wydawać się niegroźnym katarem, przy okazji tej "wizyty", dzięki diagnozie specjalisty, może okazać się pierwszym symptomem, zapowiedzią nadejścia jakiejś poważnej choroby. Szybkie rozpoznanie, zdecydowana terapia i środki zaradcze mogłyby stworzyć większe szanse wyleczenia. Zaniedbując drobne, z pozoru niegroźne dolegliwości, sami skazujemy się na ciężkie powikłania i długotrwałe cierpienia.)
Wróćmy jednak do chwastów. Na początku zawsze są małe i niepozorne, rzeczywiście mogą wydawać się niegroźne. Jeśli jednak pozostawiamy je w spokoju przez niesiąc, dwa albo i dłużej, rozrastają się do wielkich rozmiarów, zapuszczają głębokie, mocne korzenie, bardzo szybko się rozmnażają. Kiedy w końcu je wyrywamy, zamiast jednego dużego pojawiają się dziesiątki małych. Odchodząc od spowiedzi ze świadomością przeprowadzenia wielkiego (raz na rok albo kilka miesięcy) sprzątania, dziwimy się, że mimo okazanej skruchy i szczerej obietnicy poprawy, znów poddajemy się tym samym pokusom. Może pojawić się wrażenie, że jest ich nawet więcej, bo w tych samych, codziennych sytuacjach jeszcze bardziej dukucza niedostatek miłości, mądrości czy cierpliwości. Z doświadczeń ogrodnika wynika, że ich zarodki, które przez kilka miesięcy wegetowały w cieniu wielkich chwastów, nie były w stanie nawet zakiełkować. Po wielkim pieleniu dalej nie mogą normalnie wzrastać i przynosić tak bardzo potrzebnych owoców, bo przeszkadzają im dziesiątki nowych, małych jeszcze chwastów, które powyrastały z pozostawionych w sercu końcówek korzeni i obficie rozsiewanych nasion ich poprzedników... Najlepsze sprzątanie to utrzymywanie porządku.
Te rozmowy o wiośnie, ogrodach, drogocennych nasionkach i grzesznych chwastach utkwiły głęboko w mej pamięci. Biorąc pod uwagę moje własne samopoczucie, zachowania i słowa moich młodych rozmówców, mogę chyba powiedzieć, że były prawdziwie "owocne". Nadeszła właśnie kolejna "postna wiosna". Czas najwyższy zatroszczyć się tegoroczne "zbiory" w naszych ogródkach. W bardzo podobnej sytuacji, podczas pierwszej spowiedzi na świętej Górze Grabarce, niedoszła jeszcze pierwszoklasistka uzupełniła nasze wspólne rozważania niezwykle trafną uwagą - "Ale pielenie i wyrywanie chwastów nie wystarczy. Nasionka trzeba przecież podlewać!" Ustaliliśmy niezwłocznie, że obfite podlewanie i nawożenie wszystkie dobre uczynki, słowa i myśli, wszystkie modlitwy w domu i w cerkwi, pielgrzymowanie do świętych miejsc, a w szczególności przystępowanie do sakramentu Eucharystii, poprzez który łączymy się z Bogiem w Świętej Komunii. Doszliśmy też do wspólnego wniosku, że te zasiane w naszych sercach ziarenka są naprawdę wyjątkowe, bo wcale nie muszą czekać do wiosny, żeby kiełkować, ani do jesieni, żeby owocować. Mogą robić to o każdej porze roku, codziennie i w każdej chwili naszego życia. Wszystko zależy jednak od tego jak się nimi opiekujemy. "Boh u pomaszcz", "Boże dopomóż" - jak pozdrawiali się niegdyś żniwiarze.
— o. Włodzimierz Misijuk
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.