śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 26 lipca 2009

Wspomnienia o świętym Janie z Szanghaju

Rozmowa Wierą Fieofiłową, podopieczną świętego Jana.

0 czytelników poleca

Rozmowa Wierą Fieofiłową, podopieczną świętego Jana.

Wiera Siemionowna Fieofiłowa urodziła się w 1929 roku w rodzinie rosyjskich uchodźców w Chinach. Wcześnie straciła ojca i matkę. Została wychowana w sierocińcu założonym przez św. Jana (Maksymowicza) w Szanghaju. Zawodowo zajmowała się śpiewem. Obecnie jest jedną z solistek chóru cerkwi w australijskiej miejscowości Croydon. Z okazji piętnastej rocznicy kanonizacji swojego świętego nauczyciela i wychowawcy Wiera Siemionowna podzieliła się wspomnieniami z dziennikarzami serwisu Pravoslavie.ru.

Wiero Siemionowno, proszę opowiedzieć o sobie.

Urodziłam się drugiego sierpnia 1929 roku w miejscowości Hantahenz niedaleko Harbina w Chinach. Potem nasza rodzina przeprowadziła się do Szanghaju. W naszej rodzinie była nas, dzieci, czwórka. W Szanghaju nie mogliśmy znaleźć mieszkania, nawet pokoju - z dziećmi nikogo nie wpuszczano. Mojemu ojcu powiedziano, że należy się zwrócić do władyki Jana, że on pomoże. W ten sposób trafiliśmy do sierocińca założonego przez władykę. Sierociniec nosił imię świętego Tychona Zadońskiego. Generalnie życie było wówczas ciężkie. Tacie trudno było znaleźć jakąś pracę, mama miała kłopoty ze zdrowiem. Przyjechaliśmy do Szanghaju około 1940 roku, natomiast w 1942 mama zmarła. Zostaliśmy w sierocińcu na stałe, wszyscy tam dorastaliśmy. Mieszkałam w sierocińcu do 1949 roku. Chodziliśmy tam do szkoły. Władyka zawsze był w stosunku do nas miły i opiekuńczy, jak dobry ojciec i przełożony. Dlatego zwracaliśmy się do niego ze wszystkim jak do własnego ojca. W czasie wojny było ciężko. Ale głodni nie byliśmy, jakieś jedzenie dostawaliśmy. Sierociniec utrzymywał się z tego, co ofiarowali ludzie. Przed wojną w Szanghaju było dużo obcokrajowców, właśnie oni byli ofiarodawcami. W pierwszym roku mojego pobytu w sierocińcu jedzenie było lepsze niż to, które kiedyś miałam w domu. W czasie wojny, rzecz jasna, było ciężko, ale dostawaliśmy rano kawałek chleba z gorącą herbatą, natomiast na obiad i kolację robiono nam zupę albo kaszę. Mniej więcej tak to wyglądało w trakcie wojny. Dopiero po wojnie, w 1947 roku, pojawiło się u nas mięso i pozostałe produkty. W sierocińcu dawano wszystkim odzież, ponieważ dzieci, które tam mieszkały, miały albo samą mamę, albo samego tatę. Pełnych rodzin, składających się zarówno z mamy, jak i ojca, nie było. Władyka zawsze starał się zapewnić wszystkim wykształcenie, niektórym pomagał zdobyć nawet wyższą edukację.

Władyka sam był wykształconym człowiekiem.

Tak. W 1947 roku skończyłam gimnazjum. Natomiast w 1949 roku musieliśmy się ewakuować na Filipiny. W czasie wojny u nas w sierocińcu było około 400 osób. Sierociniec miał dwie części: dom, w którym mieszkały dziewczynki oraz dom, w którym mieszkali chłopcy. Budziliśmy się po sygnale, później gimnastyka, potem modlitwa. W lecie dziewczyny szyły, a zrobione przez nie obrusy sprzedawano. Szczególnie dużo trzeba było szyć podczas wojny, trzeba było zarabiać pieniądze. Chłopcy zawsze uprawiali sporty: gimnastykę, skoki o tyczce, biegi. Prowadziliśmy zdrowy tryb życia. Z pobytu w sierocińcu zostały mi same dobre wspomnienia, dlatego że te dzieci, które mieszkały w domach, nie miały tego wszystkiego, co my w placówce.

Czy rozmawiała Pani z władyką Janem osobiście?

Oczywiście. Kierowano nas przecież do niego za każdy drobiazg, szczególnie w przypadkach, gdy byliśmy winni. Wówczas trzeba było iść na rozmowę z władyką. Władyka Jan podpisywał nam również szkolne dzienniki. Rozumiał wszystkich, miał podejście do każdego. Jeżeli ktoś czegoś potrzebował, to trzeba było o to go oficjalnie prosić. Nie kierownika sierocińca, lecz władykę. Sierociniec posiadał cerkiew domową, w której codziennie celebrowano nabożeństwa. Do nas należały obowiązki odnajdywania troparionów na każdy dzień. W ten sposób nauczyliśmy się śpiewu i czytania po cerkiewnosłowiańsku już w dzieciństwie. Nie baliśmy się władyki, po prostu go uwielbialiśmy.

Po wojnie władyka musiał opuścić Szanghaj.

Władyka pozostawał w Szanghaju przez pewien czas. Miał chyba wizę do Ameryki, ale zatrzymał się na Filipinach, na wysepce Tubabao. Tam spędził z nami pewnie ze trzy miesiące. Na tej wysepce znalazło się około pięciu tysięcy Rosjan. Po zawarciu umowy z amerykańskim rządem władyka zdołał przenieść część sierocińca do San Francisco. Przywiózł tam dzieci i kupił dom, by miały gdzie mieszkać. Opiekunki mówiły: "Możemy znaleźć dzieciom pracę". Władyka odpowiedział: "Nie, moje dzieci powinny jeszcze się uczyć. I one będą się uczyć, a nie pracować." Te wszystkie dzieci zostały profesorami, lekarzami i inżynierami tylko dzięki jego uporczywości. Mój brat też powinien wyjechać do San Francisco, władyka tego chciał. Zabrano go jednak do Australii. Władyka Jan jeszcze w Szanghaju udzielił mu chirotesji lektorskiej. Czytał przepięknie, miał cudowny głos. Władyka gromadził nawet dla niego pieniądze, by mógł on przyjechać do Stanów. Taki właśnie stosuniek władyka miał do podopiecznych.

Czy po latach spotykała się Pani z wychowankami sierocińca?

Dużo szanghajczyków w 1947 roku wyjechało z Filipin do Rosji. Na początku zabierano dzieci do domów dziecka, póżniej wyjeżdżały rodziny. Chciałam później kogoś odnaleźć, ale wielu odeszło już do lepszego świata. Byłam w Rosji w 1990 roku, pragnęłam zobaczyć tam kogokolwiek z byłych wychowanków sierocińca. Ktoś mieszkał w Dniepropietrowsku, inni - w mieście Gaj w obwodzie orenburskim. Spotkaliśmy się w Moskwie. Prowadzę z nimi korespondencję. Słyszałam jeszcze, że niektórzy trafili do obwodu swierdłowskiego albo do samego Swierdłowska. Bardzo chcę znaleźć kogoś z byłych podopiecznych św. Jana. Dałam nawet ogłoszenie do gazety, myślałam, że może ktoś się odezwie. Ale nic się nie udało. Może po prostu nie czytają gazet. Ogólnie znalezienie kogoś nie jest łatwe, trzeba znać dokładną datę urodzenia, nie wystarczy podać, że w 1947 opuścił sierociniec.

Czy władyka Jan odegrał jakąś rolę w Pani osobistym losie?

Znaczną. Kiedy straciłam rodziców, przez jakiś czas nie chciałam się uczyć, rzuciłam szkołę. Władyka natomiast zawołał mnie i zapytał: "No i co zamierzasz robić?." Powiedziałam: "Będę w sierocińcu podłogi myła." Nic mi nie odpowiedział. Przyszłam na bal maturalny. Podeszłam do dyrektora i powiedziałam, że chcę wrócić. Poszłam również do władyki, mówiąc: "Proszę o błogosławieństwo, chcę z powrotem się uczyć." Odpowiedział: "Błogosławię, idź z Bogiem." Potem zaś, kiedy przyszłam na zajęcia, powiedział do mnie: "Kiedy wszyscy w ciągu roku się uczyli, ty chciałaś się bawić, teraz oni się bawią (był wtedy upał), ty się uczysz." Nic nie mogłam na to poradzić: nie chciałam zmarnować roku. Potrafił też zażartować. Dobrze nas rozumiał. W rozmowach z chłopakami używał nawet slangu. Pewnego razu chcieliśmy zorganizować imprezę z okazji jakiegoś święta. Przyszliśmy do władyki: "Władyko, prosimy o udzielenie błogosławieństwa na imprezę." On zaś na to: "Ale dziwni jesteście, naprawdę, po co będę będę wam udzielał błogosławieństwa na imprezę?!" Niby takie drobiazgi, ale bardzo jaskrawe. Naszym życiem nie były znaki krzyża i pokłony. Władyka był jednak srogi. Mieliśmy nawet dwie liturgie ? w soborze była celebrowana poranna, na którą uczęszczaliśmy. W naszej cerkwi brakowało kapłanów. Władyka natomiast przychodził na poranną liturgię, a później celebrował następną. Czasem myśleliśmy, że nie jest obecny na służbie, skracaliśmy jakąś pieśń. W tym momencie słyszeliśmy jego głos: "Od początku!".

Jak wyglądały imprezy?

Śpiewaliśmy, tańczyliśmy. Tańców amerykańskich czy fokstrotów nie pozwolano nam tańczyć. Mogliśmy tańczyć jedynie rosyjskie tańce ludowe. Ale chcieliśmy też fokstroty. Wówczas któreś z dzieci stało na straży przy wejściu. Gdy przybiegało z ostrzeżeniem: "Arcypasterz idzie!", wszyscy od razu zaczynali tańczyć polkę-motylka.

Czy ma Pani jakieś zdjęcia z tamtych lat?

Miałam zdjęcia, ale oddałam je, kiedy przygotowywano wystawę w San Francisco, a później album o sierocińcu. Oddałam wszystkie zdjęcia: z parady, z zajęć gimnastyki, z marszu. Ale albumu chyba nie udało się zrobić. Zapytałam listownie: jak ma się sprawa? Milczenie. Szkoda. Przecież oddałam nawet listy władyki, które mi pisał do Australii. Teraz bardzo żałuję, że nic nie zostawiłam. Wysłałam wtedy również Biblię z podpisem władyki. Kiedy kończyliśmy szkołę, zawsze dawano nam Biblię z podpisem władyki Jana. Listy dostawałam z okazji imienin albo Bożego Narodzenia.

Władyka pewnie wyczuwał to, co myśleli ludzie?

Oczywiście! Przecież miał również dar uzdrawiania. Miałam mieć przeprowadzony bardzo poważny zabieg. Zadzwoniono do sierocińca i powiedziano, że nadzieje są marne. A miałam wtedy szesnaście lat. Było tak: obudziłam się i słyszałam głos władyki. Wydawało mi się, że jestem jakby gdzieś daleko, wysoko. Widziałam też, że wszyscy stali gdzieś na dole i bardzo się o mnie bali. Wtedy usłyszałam głos: "Wiera, otwórz oczy. Wiera, mówię ci, otwórz oczy". Po tym mgła zaczęła się rozjaśniać, otworzyłam oczy. Obok mnie stał władyka, który wskazywał na osobę stojącą przy moim łóżku i pytał: "Kto tam stoi?". Odpowiedziałam. On jeszcze: "A tam kto jest?". Odpowiedziałam znowu. Powiedział: "Pan cię błogosławi" i poszedł. Potem zaczęłam dochodzić do zdrowia. To wydarzyło się chyba w czterdziestym szóstym roku. Władyka dużo uzdrawiał, moją przyjaciółkę też wyleczył z ciężkiej choroby. Poza tym, zawsze chodził do szpitali. Pewnego razu wydarzył się taki przypadek. Władyka przyszedł do szpitala żydowskiego o bardzo dobrej renomie. Kiedy kierował się już do wyjścia, podeszła do niego pewna kobieta i powiedziała: "Władyko, mam chorego syna Michała". On zaś spojrzał na nią i powiedział: "Nie ma na imię Michał, jest Mojżeszem, ale Pan cię błogosławi, on będzie zdrowy".

A jak Pani myśli, czy ludzie wyczuwali, że jest to człowiek święty?

Oczywiście, wszyscy już wtedy o tym wiedzieli.

Rozmawiał Symeon Bojkow

za: Pravoslavie.ru

— tłum. Andrzej Nieścierowicz

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze aktualności

wszystkie →