Chciałabym zadać dwa pytania:
"Wciągając do grzechu innych, będziemy ukarani podwójnie" - Św. Jan Złotousty; czy jeśli z mojego powodu ktoś zgrzeszył, wciągnęłam tę osobę w grzech, ale się szczerze wyspowiadałam i staram się jak mogę nie popełniać tego grzechu ponownie (jeśli niestety znów to uczynię, to oczywiście znów się spowiadam) to czy pomimo tego, że wyznałam te grzechy, to dalej czeka mnie kara?
Jestem w związku z osobą katolicką: mój chłopak ma problemy z wiarą, dużo przeszedł w życiu (śmierć ojca w młodym wieku, śmierć wujka, brat narkoman, znęcanie się) i właśnie przez to jest mu ciężko o relację z Panem Bogiem: dużo się za niego modlę, on sam szanuje moją wiarę i gdy zachęcam go do pomodlenia się czy przeczytania np. czytań biblijnych, to czasami przeczyta, czasami nie (nie chcę na siłę go zmuszać); pomodli się przed snem, gdy mu przypomnę, a raz nawet miał taką sytuację, że sam z siebie (bez moich zachęt i przypominania) podziękował Panu Bogu z serca. Aktualnie nie widzę większej poprawy z jego wiarą, jest jakby "zastój". Czasami zastanawiam się, czy to nie grzech, że jestem z osobą katolicką, a nie prawosławną, i czy to dobrze, że jestem z kimś, kto nie do końca jest wierzący. Planujemy kiedyś wziąć ślub, odbyłby się w Cerkwii, dzieci również byłyby ochrzczone w Cerkwii (mój chłopak nie ma z tym problemu) i od czasu do czasu nachodziły mnie myśli, czy dobrze robię, bo obawiam się, że np. gdy pojawią się dzieci to on, jako ojciec, nie będzie dawał przykładu wiary, a przecież to mężczyzna jest głową rodziny. Dostrzegam w nim wiele dobra, nieraz przyłapuję się na tym, że ja, jako osoba wierząca, zachowuję się w wielu sytuacjach gorzej i zgrzeszę słowem bądź czynem, natomiast on nie. Często czuję, że jestem hipokrytą pod względem wiary, a on, jako osoba mająca problemy z wiarą, ma w sobie więcej dobra i czyni więcej dobrych uczynków niż ja. Czy więc dobrze robię, że chcę żyć z tym człowiekiem do końca życia? Bo jak wspomniałam, czasami jest lepiej z wiarą, czasami gorzej, ale mam też odczucia, że ma on często więcej Pana Boga w sercu niż niejeden wierzący. Ewa
W odpowiedzi na pytanie 1. trzeba stwierdzić, że grzechy to choroby duszy i trzeba je leczyć. Spowiedź/misterium pokajania to „lecznica” (cs. wraczebnica), a komunia/pryczaszczenije/Eucharystia to „lekarstwo i pokarm nieśmiertelności”. Gdy zgrzeszę/zachoruję, idę do lekarza/spowiadam się, przyjmuję „lekarstwo nieśmiertelności” i staram się ponownie nie ulegać tej samej i innym chorobom/grzechom. Gdy jednak zachoruję, oczywiście idę znów do lekarza, ale leczenie może być coraz trudniejsze, bo jeśli choroba ciągle się powtarza, może stać się uzależnieniem/nałogiem. Nie będzie to „kara”, ale „zwykły” skutek powtarzającego się grzechu… Trzeba przy tym zauważyć, że w pytaniu mowa o „wciągnięciu” kogoś w grzech. Sama idziesz do spowiedzi, szczerze się spowiadasz, obiecujesz(?) poprawę i czujesz się lepiej(?), a co z tą drugą, wciągniętą osobą? Choruje dalej, czy za każdym razem też poddaje się leczeniu? Czy za każdym razem, gdy sama „wracasz do zdrowia”(?), stan tej drugiej osoby ciągle się nie pogarsza?
Z treści drugiego pytania można wywnioskować, że ta druga osoba, to ten chłopak - partner w związku (pojawiają się też domysły, o jakim „powtarzającym się” grzechu mowa). Jeśli spowodowane opisanymi „przejściami” problemy z Jego wiarą porównamy do „przewlekłego stanu osłabienia”, wciąganie Go w „powtarzający się” grzech raczej nie pomaga… Czytanie Pisma Świętego jest bardzo ważne i pomocne, podobnie jak modlitwa, ale przywracanie i wzmacnianie wiary na pewno jest bardziej złożonym, wymagającym i długotrwałym procesem. To bardzo ważne, że modlisz się za niego i próbujesz zachęcać do czytania i modlitwy, ale równie (jeszcze bardziej?) ważny jest przykład „życia wiarą”. Skoro zauważasz, że „jako osoba mająca problemy z wiarą, ma w sobie więcej dobra i czyni więcej dobrych uczynków”, próbuj go naśladować. Uczcie się od siebie nawzajem…
Jako duchownego cieczy mnie wskazana perspektywa ślubu w cerkwi, chrztu i wychowywania dzieci w Cerkwi. Ale niepokoi mnie przy tym fakt, że podczas gdy „zastanawiasz się czy to nie grzech, że jesteś z osobą katolicką, a nie prawosławną i czy to dobrze, że jesteś z kimś, kto nie do końca jest wierzący”, zdajesz się nie zauważać, tego, co z perspektywy Cerkwi postrzegane jest jako grzech nierządu.
Chrystus porównał naszą wiarę do ziarenka gorczycy i wskazał przy tym na jego „potencjał” – z najmniejszego ziarenka wyrasta drzewo, w którego gałęziach ptaki wiją gniazda. Trzeba jednak pamiętać, że aby to mogło nastąpić, to ziarenko trzeba podlewać i nawozić – najlepiej z obu stron, zarówno modlitwą, jak i działaniem, przez oboje z Was. Końcowe zdania wskazują na duży „uśpiony” potencjał wiary i działania w obojgu z Was. Życzę zatem powodzenia w jego wspólnym uwalnianiu i pielęgnowaniu… Można nad tym pracować w małżeństwach zarówno jedno- , jak i dwuwyznaniowych.
Polecam lekturę książek: Kościół prawosławny, Misterium wiary, Małżeństwo w prawosławiu
— ks. Włodzimierz Misijuk
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.