W ramach słupskiego Tygodnia Kultury Chrześcijańskiej 11 października w cerkwi p/w śww.
W ramach słupskiego Tygodnia Kultury Chrześcijańskiej 11 października w cerkwi p/w śww. app. Piotra i Pawła odbył się wykład ks. Mariusza Synaka: „Święty Grzegorz Teolog a II Sobór Powszechny na tle epoki”. Spotkanie przygotowane m.in. przez słupskie koło terenowe Bractwa śww. Cyryla i Metodego zgromadziło kilkudziesięciu słupszczan. Uczestnicy wykładu po jego zakończeniu spotkali się w pobliskiej parafialnej sali spotkań przy kawie i herbacie, co stworzyło atmosferę sprzyjającą zadawaniu pytań i wymianie poglądów. To pierwsza od wielu lat parafialna impreza o charakterze otwartym, stąd też temat prelekcji nawiązywał do wspólnego – znanego i nieznanego zarazem – dziedzictwa.
Poniżej prezentujemy krótki fragment referatu: „Zapoznając się bliżej z opisywanymi wydarzeniami, badając ich kulisy, skutki i przyczyny, przyglądając się ich bohaterom, a zwłaszcza osobie świętego Grzegorza, muszę przyznać, że początkowe zadziwienie odkrywaną historią stopniowo przeradzało się w fascynację. Trudno mi określić, co konkretnie jest powodem ku temu. Może fakt, że święty zawsze jest dzieckiem swej epoki? Rozpatrując sylwetki świętych jakże często o tym zapominamy! Widzimy w nich postaci idealne, na wskroś święte, niezachwiane, wolne od ludzkich słabości. Czy jest tak do końca? Niech Słuchacz sam sobie odpowie na to pytanie.
Okres, w którym przyszło żyć świętemu Kapadocczykowi, odcisnął na nim ogromne piętno, czyniąc z niego człowieka swych czasów, stawiając na jego drodze nie raz zadania przekraczające, jakby się mogło wydawać, jego siły i zdolności. A jednak, mimo nieudanego, przymuszonego kapłaństwa, nieszczęśliwego, przyjętego pod presją najbliższych biskupstwa, pozornej klęski na soborze, w końcu ucieczki do pustelni i starczemu przygnębieniu święty Teolog zostawia trwały ślad w dziejach Kościoła. Pamiętajmy, że jest mistykiem, czującym Boga w sposób inny niż jemu współcześni. Staje się Bożym sługą, apologetą Trójcy Świętej, niezłomnym obrońcą ortodoksji, w końcu wzorem i wręcz symbolem Prawdy dla wielu pokoleń, w tym również dla nas.
Z woli Bożej otrzymał ogromną szansę, ale i pokusę – stanąć na szczycie kościelnej kariery, napawać się nią, umacniać; pokornych nagradzać a wrogów niszczyć. Miał do dyspozycji wojsko, policję, tajne służby, stronnictwa biskupów, tłumy...Nie uległ pokusie, choć władza jest jak narkotyk, i to nie tylko tam i nie tylko wtedy...Był arystokratą – czemuż miałby o tym nie pamiętać? Był chorowity – czyż nie powinien zapewnić sobie wygodnej, dostatniej nadwornej starości? Mówił i postępował mądrze – czyż nie mógł zmusić ludzi, by go słuchali? Był mistykiem, wizjonerem, w końcu po trosze prorokiem – wniknął w tajemnicę Trójcy, wypracowując dla Kościoła nową drogę w pojmowaniu Boga. Czy schowa się świecę pod łóżkiem? Czy skryje się miasto na szczycie góry?
Tu kryje się dramat Grzegorza. Gdzieś głęboko w sobie, co dzień zmaga się z rozdzierającym dylematem –„Kościół czy ja?” Jest urodzonym samotnikiem, ale w imię dobra Kościoła szuka ludzi. Podąża ku Bogu, ale ucieka po przyjęciu święceń. Walczy o ortodoksję, ale nie obejmuje swej katedry, uciekając ponownie. Pragnie samotności, ale nie może żyć bez bibliotek. Marzy o pustyni Pontu, ale spieszy w sam środek stołecznego zamętu na zawołanie małej grupki ludzi. Będąc niskim, chorowitym, łysawym, mało urodziwym, pomiatanym, bitym, obrzucanym kamieniami, włóczonym za brodę nieszczęsnym biskupem - mówiąc o Bogu staje się wielki. Takim też widzą go potomni. Wykorzystany przez najbliższego przyjaciela – św. Bazylego, nie szczędzi mu słów pełnych goryczy, złości i żalu, ale po jego śmierci świat staje się dla Grzegorza pusty. Jest wyśmienitym mówcą i stylistą, ale nie pociągają go łatwe retoryczne chwyty. Staje na czele Soboru, ale nie korzysta z uprawnień przewodniczącego, nie ucieka się do siły. Marzy o kolejnej ucieczce, ale po złożeniu rezygnacji jest rozgoryczony jej łatwym przyjęciem. Porzuca w końcu ostatecznie stolicę, obiecując sobie trzymanie się z dala od spraw kościelnych i oddanie się upragnionemu odosobnieniu (...)
Umiera około roku 390, w wieku 60 lat. Oto, co sądzi o sobie pod koniec życia; „Moja opowieść dobiega końca. Otom jest: żywy trup. Pokonany, ale – o dziwo – w wieńcu zwycięzcy. Mam bowiem Boga i pobożnych przyjaciół zamiast tronu i próżnych zaszczytów. A wy, mędrkowie, kpijcie ze mnie, bawcie się moim kosztem i skaczcie z uciechy! Ułóżcie piosenkę o moich nieszczęściach! Będziecie ja śpiewać na zgromadzeniach, pijatykach i z ambony. (...) Wszyscy hurmem pokonaliście człowieka, który w dodatku – sam tego pragnął.(...) Pozostanę z aniołami.(...) Ukorzę się w ciszy przed Bogiem. Niech zgiełk głosów ludzkich odleci ode mnie jak lekki podmuch wiatru. Mam już wszystkiego szczerze dosyć. Postaram się zamieszkać gdzieś na uboczu, z dala od wszelkiego zła, gdzie umysł szuka tylko tego, co Boże, a starość karmi się słodką nadzieją nieba. Ale co damy Kościołom? Nasze łzy. Bo do nich mnie Bóg zaprowadził, snując nić mego życia różnymi kolejami losu. Odpowiedz mi, Słowo Boże! Modlę się o to, by dotrzeć do niezachwianego przybytku, gdzie mieszka moja Trójca w blasku swej Jedności. Teraz rysuje się ona jeszcze mgliście, ale jej przyćmione odbicie już porywa nas ku wieczności”
— ks. Mariusz Synak
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.