pon, 19(6) paź poniedziałek, 19(6) paź 2026 roku juliański
Kalendarz →
Publicystyka 18 października 2026

Jak podchodzimy do problemu Boga

Bóg dowodzi swojego istnienia przez swoje interwencje w Historii, potwierdza swoją obecność zawsze w granicach relacji osobowej.

0 czytelników poleca

Jeśli zapytamy o to, jak to się stało, że ludzie zaczęli mówić o Bogu, jak to zagadnienie weszło w ich życie, dostrzec możemy trzy najważniejsze, choć raczej podstawowe punkty wyjścia:

Pierwszy punkt wyjścia to potrzeba religijna. Istnieje w człowieku, w samej jego „naturze”, spontaniczna potrzeba odniesienia się do czegoś, co go przerasta, do jakiegoś istnienia znacznie wyższego od jego własnego. Być może potrzeba ta bierze początek z lęku człowieka wobec sił przyrody, które są zagrożeniem i niebezpieczeństwem dla jego życia. Chce on przebłagać te siły, pojednać się z nimi i w ten sposób powstrzymać lęk, jaki w nim budzą. Jego sposobem na to jest przypisanie im rozumu, uznanie ich za istoty rozumne, które mogą go usłyszeć, zrozumieć, przyjąć dary, jakie im składa w ofiarach. Tak oto człowiekowi jawi się istota rozumna, wyższa, niezmiernie wielka, która ciska pioruny, wzburza morza, wstrząsa ziemią, zapładnia nasiona i przedłuża życie. Tę siłę nazywa Bogiem i często ją rozczłonkowuje: widzi w świecie tylu bogów, ile jest sił, które wywierają na nim wrażenie.

Czy jest to najbardziej prawdopodobny powód narodzin religii, tego nie wiemy. Z pewnością jednak taki poziom religijności spotykamy często w społecznościach ludzkich, także dzisiaj. Jest to religijność antropocentryczna: chce zabezpieczyć i ugruntować człowieka w jego słabości, uciszyć jego lęki. Dlatego nie ogranicza się jedynie do teoretycznej wiary w siły wyższe, lecz daje człowiekowi także konkretne, praktyczne sposoby na to egocentryczne zabezpieczenie i na jego psychologiczną obronę. Daje mu kult o ściśle określonych formach, które zapewniają jakąś łączność z bóstwem i jego przebłaganie, tak jak daje mu również moralność, czyli kodeks przykazań i obowiązków: co jest Bogu miłe, a co nie.

Jeśli człowiek konsekwentnie przestrzega form obrzędowych i dokładnie stosuje moralność, którą narzuca jego religia, wówczas „ma Boga w kieszeni”, to znaczy jest spokojny, że dobrze sobie radzi w relacji z bóstwem. Nie boi się kary, przeciwnie, oczekuje od Boga jedynie nagród i przysług. Zazwyczaj ten typ człowieka religijnego jest bardzo pyszny ze swojej pobożności i cnoty i staje się surowy wobec tych bliźnich, którzy nie mogą się wykazać podobnymi osiągnięciami religijnymi i moralnymi.

Drugim punktem wyjścia ludzkiej relacji z Bogiem jest poszukiwanie prawdy i pragnienie wiedzy.

We wszystkich wielkich cywilizacjach, jakie poznała Historia, poszukiwania ludzkiej myśli zmierzające do wyjaśnienia fundamentalnych pytań filozoficznych kończą się teologią, czyli „słowem o Bogu”. Najbardziej charakterystycznym, a zarazem najpełniejszym przykładem jest przypadek starożytnych Greków.

W starożytnej Grecji odniesienie do Boga jest logiczną konsekwencją obserwacji świata. Obserwując świat, stwierdzamy, że wszystko, co istnieje, podlega logicznemu następstwu i porządkowi. Nic nie jest przypadkowe ani arbitralne. Jesteśmy więc zmuszeni przyjąć, że także samo pochodzenie świata musi podlegać logicznemu następstwu, czyli że świat jest skutkiem określonej przyczyny. Tę Pierwszą Przyczynę albo Początek świata nazywamy Bogiem.

Czym dokładnie jest ta Pierwsza Przyczyna albo Początek świata, tego wiedzieć nie możemy. Możemy jednak naszym rozumem wyprowadzić kilka wniosków co do właściwości (przymiotów), które musi ona posiadać. Skoro jest Pierwszą Przyczyną, oznacza to, że sama nie zawdzięcza swojego istnienia niczemu wcześniejszemu od siebie, a zatem musimy ją uznać za Przyczynę samej siebie, przyczynę zarówno siebie, jak i wszystkiego, co istnieje.

A skoro jako Przyczyna samej siebie nie zależy od niczego innego, musimy ją uważać za wielkość absolutną (czyli rozwiązaną, wolną od wszelkiego ograniczenia). Jako wielkość absolutna Bóg musi być pozaczasowy, wszechmocny, nieograniczony. Sam musi być początkiem ruchu, który stanowi „stawanie się” świata i mierzony jest jako czas. Jako początek ruchu musi być zatem z konieczności nieruchomy, skoro nic nie istnieje przed Bogiem, co mogłoby wprawić Go w ruch. A jako nieruchomy jest także niezmienny. W konsekwencji jest też beznamiętny i doskonale szczęśliwy.

Wszystkie te wnioski (i wiele innych), które możemy wyprowadzić myśleniem, nie czynią Boga dla nas poznanym. Przekonują jedynie nasz rozum i zmuszają go do przyjęcia jako rzeczywistości umysłowego założenia o Jego istnieniu. Tak jak wtedy, gdy idziemy przez pustynię i nagle napotykamy przed sobą dom: jesteśmy zmuszeni przyjąć, że ktoś go zbudował, bo domy nie wyrastają ani nie stawiają się same na pustyni. Nie wiemy jednak, kim jest budowniczy. Z cech budowli możemy przypuszczać kilka właściwości czy rysów budowniczego, na przykład czy ma dobry gust albo dość biegłości w tworzeniu konstrukcji, a nawet jakim potrzebom służyły pomieszczenia, które zbudował. Ale jego oblicze pozostaje nam nieznane, nigdy go nie spotkaliśmy, nie znamy go. Na pewno istnieje, lecz jest niedostępny bezpośredniemu poznaniu.

Trzeci punkt wyjścia ludzkiego postrzegania Boga zachowała jedna jedyna tradycja historyczna: tradycja narodu żydowskiego.

Żydzi zaczynają mówić o Bogu z powodu konkretnego wydarzenia historycznego. Około tysiąca dziewięciuset lat przed Chrystusem, w ziemi Chaldejczyków (w regionie dolnej Mezopotamii, w pobliżu Zatoki Perskiej), Bóg objawia się konkretnemu człowiekowi, Abrahamowi. Abraham spotyka Boga tak, jak spotykamy osobę ludzką, istnienie, z którym możemy rozmawiać, przed którym możemy stanąć twarzą w twarz. I ten Bóg wzywa Abrahama, by opuścił swoją ziemię i osiadł w ziemi Kanaan, ponieważ ziemia ta jest przeznaczona dla ludu, który wywodzić się będzie z jego potomków, z dzieci, które urodzi niezdolna już do rodzenia Sara.

Poznanie Boga, które wynika z osobowego spotkania Abrahama z Nim, nie ma nic wspólnego z założeniami teoretycznymi, rozumowaniami redukcyjnymi i dowodami logicznymi. Jest jedynie doświadczeniem relacji i jak każda prawdziwa relacja opiera się wyłącznie na wierze-zaufaniu, które rodzi się między pozostającymi w relacji. Bóg dowodzi Abrahamowi swojego bóstwa jedynie swoją wiernością obietnicom. A Abraham ufa Bogu aż do tego stopnia, że jest gotów złożyć w ofierze dziecko, które dała mu Sara w swojej starości, to dziecko, które jest warunkiem wypełnienia obietnic Bożych.

To samo poznanie Boga, płynące z bezpośredniego doświadczenia osobowej relacji z Nim, mają także Izaak i Jakub, syn i wnuk Abrahama. Dlatego dla potomków tej rodziny, z której wywodzi się lud Izraela, Bóg nie jest ani pojęciem abstrakcyjnym, ani bezosobową siłą. Gdy Żydzi mówią o Bogu, mówią: „Bóg ojców naszych”. Jest On „Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba”, konkretną osobą, którą ich przodkowie poznali i z którą obcowali. Poznanie Boga opiera się więc na wierze-zaufaniu do przodków, na wiarygodności ich świadectwa.

Te trzy punkty wyjścia ludzkiego mówienia o Bogu nie należą wyłącznie do przeszłości. Istnieją jako realne możliwości w każdej epoce i w każdym miejscu. Zawsze są ludzie, którzy przyjmując istnienie Boga, nie interesują się zbytnio Jego prawdą i problemami teoretycznymi, jakie ono rodzi. Przyjmują je tylko z psychologicznej potrzeby odniesienia do czegoś „transcendentnego”, z potrzeby własnego, indywidualnego zabezpieczenia wobec nieznanego, a także z potrzeby narzucenia i utrzymania porządku moralnego w świecie.

Podobnie zawsze są ludzie, którzy przyjmują istnienie Boga tylko dlatego, że zmusza ich do tego ich logika. Wierzą, jak mówią, „w jakąś siłę wyższą”, „jakiś Byt najwyższy”, który musiał stworzyć wszystko, co istnieje, i to podtrzymywać. Nie mogą wiedzieć, a może ich to nawet nie interesuje, czym dokładnie jest ta „siła wyższa” czy ten „Byt najwyższy”. Nawet jeśli łączą swoją prostą pewność umysłową z kilkoma „religijnymi” zwyczajami, to znaczy z dostosowaniem się do form obrzędowych i nakazów moralnych religii przyjętej w środowisku społecznym, w którym żyją, w ich wnętrzu istnieje głęboki agnostycyzm, który godzi się wyłącznie z ogólną i abstrakcyjną ideą „Bytu najwyższego”.

Istnieje też trzecia forma odniesienia do Boga: wiara-zaufanie do historycznego doświadczenia Jego objawienia. „Dzieci Abrahama”, lud Izraela, przez wieki podtrzymuje postawę przyjmowania prawdy Boga nie według kryteriów uczuciowych czy logicznych, lecz jedynie z pewności co do wiarygodności swoich ojców. Bóg dowodzi swojego istnienia przez swoje interwencje w Historii, potwierdza swoją obecność zawsze w granicach relacji osobowej. Objawia się Mojżeszowi i rozmawia z nim „twarzą w twarz, jak ktoś rozmawia ze swoim przyjacielem” (Wj 33,11). Powołuje proroków i zaciąga ich do dzieła przypominania obietnic, którym Bóg zawsze pozostaje wierny.

Tym, którzy ufają historycznemu doświadczeniu objawień Boga, nietrudno przyjąć jeszcze jedną Jego interwencję w życie ludzi, tym razem „w ciele”, w osobie Jezusa Chrystusa. Oczywiście dla myśli racjonalistycznej pojęcia bóstwa i wcielenia są sprzeczne, jedno wyklucza drugie. Nie da się pomyśleć, by Bóg, który ze swojej natury musi być nieskończony, nieograniczony, wszechmocny itd., zaistniał jako jednostka ludzka, poddana ograniczeniom przestrzeni i czasu. Dlatego dla Greków z czasów Chrystusa głoszenie stanie się człowiekiem przez Boga było naprawdę „głupstwem” (1 Kor 1,23).

Jednak aby przyjąć albo odrzucić to „głupstwo”, trzeba najpierw odpowiedzieć na kilka podstawowych pytań, które rozstrzygają, w znacznie szerszym wymiarze, o sensie i treści, jakie ktoś nadaje swojemu życiu. Czy wszystko, co istnieje, jest z góry określone i musi istnieć w sposób, który narzuca ludzka logika? Czy też istnienie jest wydarzeniem, które przekracza z góry przyjęte określenia i schematy rozumu, i tylko przez bezpośrednie doświadczenie możemy je przyjąć i badać? Co istnieje naprawdę: to, co postrzegamy zmysłami, to, co potwierdza nasza logika? Czy istnieją także rzeczywistości, które poznajemy w granicach relacji bardziej bezpośredniej i bardziej powszechnej? Takiej relacji, która pozwala nam na przykład rozróżniać różnice jakościowe, uchwycić „sens” poezji poza słowami, uświadamiać sobie funkcję symboli, upewniać się co do naszej subiektywnej „tożsamości”, odkrywać niewyrażalną wyjątkowość osoby, pojmować twierdzenia współczesnej fizyki o „czterowymiarowym kontinuum” albo o dwoistości natury światła?

Pytania te zasługują na wiele namysłu i szczegółową analizę, oddaliłyby nas jednak od zasadniczego tematu, który nas tutaj zajmuje. Tutaj musimy przede wszystkim rozróżnić sposoby i drogi, którymi pójdziemy ku poznaniu Boga. Jeśli chcemy poznać abstrakcyjne pojęcie Boga, które narzuca konieczność logiczna, musimy konsekwentnie postępować właśnie według reguł logiki. Jeśli chcemy poznać Boga potrzeb psychicznych i emocji, musimy pielęgnować w sobie psychologiczne motywacje do tego poznania. A jeśli chcemy poznać Boga tradycji judeochrześcijańskiej, musimy pójść drogą relacji osobowej i doświadczenia, drogą wiary. Iść jednocześnie jedną i drugą drogą, łączyć sposoby poznania, to najpewniejszy sposób, by popaść w zamęt i trafić w ślepy zaułek.

prof. Christos Yannaras (tłum. Jakub Oniszczuk)

za: Christos Yannaras, Elements of faith (Αλφαβητάρι της πίστης), s. 17-24.

fotografia: Aleksander Wasyluk /orthphoto.net/

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Polecane przez czytelników

z ostatniego kwartału
wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →