Ta historia miała miejsce w Gruzji na początku lat 90. Wysoko w górach, w alpejskiej strefie, stały dwa monastery: męski i żeński. Weronika przyjeżdżała do monasteru, aby pomodlić się, zbierała od znajomych produkty, ubrania, starała się jak mogła pomóc mniszkom w ich niezwykle trudnym monastycznym
Ta historia miała miejsce w Gruzji na początku lat 90. Wysoko w górach, w alpejskiej strefie, stały dwa monastery: męski i żeński. Legenda głosi, że kiedy święta Nina przybyła do Gruzji, by głosić chrześcijaństwo, na dwa dni zatrzymała się w pobliżu starożytnego jeziora Parovani. Na pamiątkę tego wydarzenia w tym miejscu została wybudowana świątynia poświęcona tej świętej, jednak w tym czasie w miejscu świątyni stały same ruiny, a cerkiew mieściła się w ziemiance. Monaster składał się z dwóch domów, stojących we wsi. Żyły tam cztery mniszki, które odradzały prawosławie w na terenach zamieszkiwanych przez ludzi dalekich od wiary.
W męskim monasterze, który mieścił się w odległości 1 kilometra od żeńskiego, tuż przy jeziorze, warunki były jeszcze trudniejsze. Bracia zajmowali dwa stare wagoniki. W jednym z nich była cerkiew, a w drugim mieszkali bracia.
Mrozy na tych terenach są surowe, temperatura zimą spada nawet do - 40 stopni. Te miejsca nazywane są “Rosyjską Syberią”. Mnichom nie było łatwo: żelazo wagonów przemarzało na wylot, a podczas zamieci wychodzili trzymając się liny, by nie zabłądzić. Miejscowi na wszelkie sposoby gnębili mnichów, ale bez względu na wszystko prawosławie umacniało się i rozprzestrzeniało.
Jeździł tam pociąg, składający się z dwóch wagonów. Zatrzymywał się w szczerym polu nad ranem, a dalej do monasterów trzeba było iść pieszo.
Weronika miała błogosławieństwo, aby przyjeżdżać do monasteru. Przyjeżdżała pomodlić się, zbierała od znajomych produkty, ubrania, starała się jak mogła pomóc mniszkom w ich niezwykle trudnym monastycznym życiu.
Tym razem przyjechała na Wielki Tydzień. Tu, w górach, szczególnie odczuwalne było cierpienie Męki Pańskiej, a wśród milczących gór modlitwa rozbrzmiewała jak nigdy. Jakby same góry i niebo współczuły męce Zbawiciela, płacząc wraz z Matką Bożą i uczniami Chrystusa. Wiosna tego roku była wczesna, w mieście zakwitły już drzewa, a tutaj, na wierzchołkach gór – zima, i wydawało się, że nigdy nie opuści ona swego królestwa. Woda zamarzała w studni, do której mniszki przychodziły po wodę, wiatr wydmuchiwał resztki ciepła ze skromnego domku, który zamieszkiwały.
Jednak w duszy, wbrew wszystkiemu, rodziła się ukryta radość ze zbliżającego się spotkania ze Zmartwychwstałym Chrystusem.
Weronika przywitała Paschę, która w górach była szczególnie przeszywająca i dźwięczna. “Kriste achsdga!” (“Chrystus zmartwychwstał!”) - daleko rozlewało się pod nocnym gwieździstym niebem i wydawało się, że było słyszalne na całej ziemi.
W głębi serca odczuwało się tak bezgraniczną radość spotkania ze Zmartwychwstałym Chrystusem, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie udało się poczuć. Jednak ta radość mieszała się ze smutkiem z powodu tego, że nie może ona zostać w monasterze i odświętować Paschy ze wszystkimi. Musiała jechać, gdyż musiała koniecznie w niedzielę być już w domu.
Pociągu tego dnia, jak się okazało, miało nie być i Weronika wraz z odprowadzającą ją mniszką, otrzymawszy błogosławieństwo ihumenii, poszły do centrum osady z nadzieją, że uda im się złapać stopa.
Wkrótce w pobliżu zatrzymał się samochód, za którego kierownicą siedział mężczyzna w wieku 35 lat. Mniszka zaczęła pytać go, dokąd jedzie i czy może podwieźć. Odpowiedział, że jedzie do Nikorcmindy i podwiezie. Weronika wsiadła do samochodu, miała ze sobą paschę i paschalne jajka, które dała jej na pożegnanie ihumenia. Po pewnym czasie od wyjazdu, kierowca zatrzymał się i zabrał jeszcze trzech chłopaków, którzy w swoim języku rozmawiali z nim i między sobą, i którym kierowca powiedział coś - jak zrozumiała Weronika - o niej.
Zaczął pytać ją o mniszki, o monaster, w którym była, a potem powiedział:
- Co, boisz się mnie?
- Nie, - odpowiedziała - nie boję się.
- Co, pomoże ci teraz twój Bóg?
- Oczywiście, że pomoże - odpowiadała, a sama przypomniała sobie, jak przed odjazdem przeczytała opowieść o dziewczynie, która uchroniła się przed gwałcicielem, czytając modlitwę “Tobie, Walecznej Hetmance!” (Wzbrannoj wojewodie pobieditielnaja).
Weronika zaczęła prosić o pomoc Królową Niebios i czytać tę modlitwę.
Droga biegła przez bezludne tereny, pośród skał. Nie było możliwości, by wysiąść.
- A jeśli obetnę ci głowę i wyrzucę? Nadal się nie boisz? - powiedział kierowca.
- Nie - odpowiedziała - nie boję się - choć jej serce biło jak oszalałe i wydawało się, że za chwilę wyrwie się z klatki piersiowej.
Weronika coraz gorliwiej czytała modlitwę, prosząc o wstawiennictwo Przenajświętszą Bogurodzicę.
- Kim On jest, twój Bóg, że niczego się nie boisz!? - z oburzeniem zapytał kierowca.
Weronika zaczęła opowiadać o prawosławnej wierze, o Bogu, o Matce Bożej.
Ci trzej mężczyźni wysiedli po tym, jak kierowca powiedział im coś w swoim języku, już skończyła się droga między skałami i ukazała się jakaś osada, a kierowca słuchał Weroniki nie przerywając. Kiedy przyjechali, okazało się, że do odjazdu autobusu który jedzie do miasta, pozostało jeszcze trochę czasu, i kierowca powiedział:
- Chcę ci coś opowiedzieć. Wiesz, dlaczego cię zabrałem? Chcieliśmy cię zhańbić i wyrzucić. Wkoło tylko skały i tak nikt by cię nie znalazł. Ja niedawno tu przyjechałem, nikt mnie tu nie zna. Ale wiedz, twój Bóg pomógł ci! Nie rozumiem, co się ze mną stało, ale On nie pozwolił mi tego zrobić.
Weronikę oblał zimny pot. Zrozumiała, od czego uchroniła się, od jakiego nieszczęścia ochroniła ją Niezaślubiona, Oblubienica!
Przypomniała sobie, jak do samochodu wsiedli ci trzej mężczyźni, przypomniała sobie pytania kierowcy: “Boisz się mnie?”, “A jeśli obetnę ci głowę?”, pustynną, skalistą drogę, na której nie było żadnej pomocy oprócz tej od Boga.
Już siedząc w autobusie pomyślała o tym, że po przyjeździe w pierwszej kolejności musi pójść do cerkwi i podziękować Bogu i Przenajświętszej Bogurodzicy za cudowne wybawienie w takie święto. I jeszcze postawić świeczkę za duszę, której nie pozwolili Oni dzisiaj się zagubić!
Irina Kricheli
za: pravoslavie.ru
fotografia: mirakulos /orthphoto.net/
— tłum. Justyna Pikutin
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.