Krew męczenników, niczym zaprawa murarska, scementowała fundamenty chrześcijaństwa. Jednak krew nie uczyniła z niego niezniszczalnej cytadeli.
Początkiem tych rozmyślań była moja kłótnia ze starą przyjaciółką, która nie mogła zaakceptować mojej konwersji, jak i prawosławia w ogóle. Rozgniewana jej komentarzami w stylu: „Prawosławie zostało narzucone Rosjanom przez władze, naród go nie potrzebował, naród pozostał pogański” - zapytałam ją, jakich rosyjskich świętych zna, tzn. przynajmniej potrafi wymienić. Kobieta z wyższym wykształceniem humanistycznym, fanka teatru Wiktiuka i pilna czytelniczka noblistów zawahała się:
- Rosyjscy święci...? No... ta kobieta, która została świętą - a ja bym ją udusiła własnymi rękami - która oddała własne córki na tortury...
Oczywiście chodziło o świętą Zofię. Fakt, że nie jest ona w żaden sposób związana z Rosją, jest w tym przypadku nieistotny. Ważna jest logika zaprzeczenia jej poświęceniu:
- Co to za Bóg, wyjaśnij mi - jeśli potrzebuje On, by ze względu na Niego cierpiały dzieci? Nie, nie mogę tego zrozumieć, taki Bóg nie jest dla mnie!
Musiałam sformułować odpowiedź - w pierwszej kolejności nie dla mojej przyjaciólki, ale dla siebie, ponieważ przekonać innych możemy tylko wtedy, gdy sami jesteśmy czegoś głęboko i wyraźnie pewni.
Niedawno znalazłam w odległym kącie mojej rodzinnej biblioteczki stare, pochodzące z lat siedemdziesiątych wydanie popularnonaukowej, ateistycznej książki, których w tamtych czasach było wiele, a ja, jako nastolatka, uwielbiałam je czytać - miałam dziwne, niezrozumiałe zainteresowanie... czymś w rodzaju drugiej strony wszystkiego, o czym mówiły te książki. Jako radziecka uczennica wierzyłam, że Boga nie ma, ale intuicyjnie czułam drugą stronę tego stwierdzenia.
Tak więc autor książki rozumował:
"Jeśli Bóg - jak zapewniają nas wierzący - jest wszechmocny, to dlaczego nie mógł zorganizować zbawienia ludzkości w inny sposób, bez poświęcania własnego Syna, bez poddawania go takiemu cierpieniu? To zupełnie niezrozumiałe!"
Nie pamiętam teraz, co działo się w moim umyśle, co mną kierowało, kiedy podkreślałam te wersy i pisałam moim na wpół dziecięcym pismem na marginesie: „A dla mnie ma to sens!”. Co mogło być jasne dla mnie w tamtym momencie, radzieckiej dziewczynki z kompletnie niewierzącej rodziny? Jaka intuicja we mnie zadziałała?
Dziś potrzebuję już nie tylko intuicji, ale jasno sformułowanej odpowiedzi na to pytanie: Dlaczego sam Bóg nie mógł zorganizować naszego zbawienia za pomocą „odrobiny krwi”? Dlaczego aż tak wysoka musiała być cena naszego zbawienia?
Dla mnie odpowiedź kryje się w słowach Ewangelii: Chrystus „miłując swoich na świecie, do końca ich umiłował” (J 13,1). Do końca! Oznacza to, że bez względu na cenę. Gdyby sugerował się ceną, szukał drogi „małej krwi”, kalkulował, ważył - bitwa, która rozpoczęła się od kuszenia na pustyni, zakończyłaby się zwycięstwem diabła. Diabła, który - przypomnę - po pierwszej porażce oddalił się od Niego tylko „do czasu” (Łk 4, 2-13); który uporczywie szukał w Nim słabego punktu, tej właśnie luki - gdzie nie kocha do końca, nie oddaje się całkowicie, poświęca - zostawiając coś dla siebie... Takie miejsca można było znaleźć w zwykłych ludziach, nawet w Jego najbliższych uczniach (a także w nas, grzesznikach), ale nie w Nim. „Drogo zostaliście kupieni”, napisał apostoł Paweł do chrześcijan w Koryncie (1 Kor. 7,23). „Drogo” w tym przypadku oznacza najwyższą cenę: nie ma ceny wyższej.
Teraz należałoby odpowiedzieć na pytanie o znaczenie ofiar z ludzi; o zapowiedź tych cierpień, przed którymi Zbawiciel z góry ostrzegał swoich uczniów (por. Mk 13,9-13; J 16,33). Zasadniczo pytanie jest takie samo: dlaczego nie mogło być inaczej? Po co tyle krwi? Dlaczego historia chrześcijaństwa zaczyna się od epoki męczenników?
Wszyscy wiedzą, że rosyjskie słowo „męczennik”jest tłumaczone przez starożytne greckie słowo „μάρτυρ” (świadek). Ale o czym świadczyli ci ludzie?
O tym, że ich wiara jest absolutna i że Chrystus jest dla nich ponad wszystko. Nie mówili o tym, ale okazywali to swoim poświęceniem. A ludzie wokół nich rozumieli: taka wiara może być wyłącznie prawdziwa; prawdziwa wiara może być tylko taka. Dlatego w historii pierwszych wieków chrześcijaństwa jest tak wiele epizodów, w których spektakl straszliwych tortur, zamiast przerażać i odpychać, nawracał do Chrystusa tych, którzy te tortury widzieli, a nawet w nich uczestniczyli.
Krew męczenników, niczym zaprawa murarska, scementowała fundamenty chrześcijaństwa. Jednak krew nie uczyniła z niego niezniszczalnej cytadeli. Historyczne chrześcijaństwo pozostało kruche, w istocie bezbronne, jego ziemska historia była niełatwa, dramatyczna i, co niezwykłe, jego los stale i dotkliwie zależał od ludzi, którzy je wyznawali, od ich woli i wyboru. Co by się stało, gdyby wszyscy nasi duchowni, biskupi, mnisi i inni „aktywni wierni”, którzy zostali rozstrzelani lub zginęli w obozach, zdjęli krzyże, zrzucili kapłańskie szaty i głośno oznajmili, że zerwali z religią i jednoznacznie opowiedzieli się po stronie walczącej z Bogiem władzy? Nie mielibyśmy dziś Cerkwi, to wszystko. Nie mielibyśmy gdzie się zbawić. Ceną naszego zbawienia jest męczeństwo. Minęło ponad dwa tysiące lat, a żadna inna cena nie została wyznaczona.
Nie wyznaczono innej ceny za duchowy rozwój człowieka, transformację jego osobowości, osiągnięcie prawdziwego życia w Chrystusie. To nie przypadek, że po epoce męczenników nastąpiła epoka mnichów, świętych ascetów, pustelników, filarów Kościoła, jego ponadczasowych i niezastąpionych nauczycieli. Kiedy czytamy o ich poświęceniu, o życiu, które dobrowolnie wybrali, nasuwa nam się to samo pytanie: dlaczego ludzie muszą tyle cierpieć i znosić? Dlaczego człowiek nie może dostać tego, czego potrzebuje, za mniejszą, „rozsądną” cenę?
Coś można oczywiście uzyskać za niższą cenę. Otrzymujemy to my, którzy nie jesteśmy ascetami i męczennikami, a zwykłymi chrześcijanami. Ale czy ty i ja moglibyśmy dziś być tacy, gdyby święci ojcowie, asceci wczesnego chrześcijańskiego średniowiecza i asceci następnych stuleci nie zrealizowali swych trudów?
Gdyby młody kurianin Prochor Mosznin nie został Serafinem z Sarowa, gdyby nie zapłacił za łaskę Ducha Świętego, nie zważając na cenę, nie jeździlibyśmy dziś do Diwiejewa i nie wracalibyśmy stamtąd za każdym razem trochę inni. Gdyby Starcy z Optiny w swoim czasie zastanawiali się nad ceną, nie mielibyśmy tych duchowych światłości. Gdyby św. Jan, pasterz Kronsztadu, ważył i obliczał, ile powinien dać z siebie ludziom, a ile zaoszczędzić, bylibyśmy pozbawieni jego bezcennych lekcji. Modląc się do świętych, prosząc ich o pomoc, powinniśmy zapewne pamiętać, że oni, rodząc się jako istoty ludzkie takie jak my, zrobili to, czego my nie zrobiliśmy i nie robimy; zapłacili cenę, której my nie chcemy zapłacić, boimy się, nie mamy odwagi zapłacić. Kiedy brakuje tej pamięci, kult świętych degeneruje się w prymitywny konsumpcjonizm.
Współczesny świat, dla którego, podobnie jak dla Poncjusza Piłata, nie istnieje prawda, a główną wartością jest dobrobyt i wygoda, nie uznaje męczeństwa i nie lubi męczenników. Nie lubi też letniej półwiary, czy, jak to ujęła moja przyjaciółka, „wiary niefanatycznej”: „Nie będę uczestniczyła w nabożeństwach i przestrzegała postów, oczywiście, ale świeczkę św. Mikołajowi Cudotwórcy postawię: to czasem pomaga”. Czy warto poświęcać się w imię czegoś, co tylko „czasem pomaga”?
Ale chrześcijaństwo to nie „karetka pogotowia” ani psychoterapia; można je wyznawać tylko jako absolutną Prawdę, która jest ponad wszystkimi prywatnymi prawdami. Nic nie może być postawione ponad Chrystusem i byciem z Nim - to jest przyczyna męczeństwa.
Męczennik to człowiek, który przełamuje mur między czasem a wiecznością: przedkładając to, co wieczne, ponad to, co doczesne, wprowadza to, co wieczne, w teraźniejszość; żyje zarówno w czasie, jak i w wieczności, jest zarówno tu, jak i tam - z Chrystusem. Męczennik, który zostaje związany, uwięziony, torturowany i stracony, jest najbardziej wolnym człowiekiem na ziemi. Jacy byli męczennicy przed swą męczeńską śmiercią? Wiele źródeł, zarówno starożytnych, jak i najnowszych, mówi nam, że byli niezwykle pogodnymi, radosnymi ludźmi, pełnymi wigoru i dobrej energii - nawet w podeszłym wieku. Ponieważ Królestwo już dla nich nadeszło, a oni już otrzymali w nim obywatelstwo.
Często z satysfakcją konstatujemy fakt, że dziś nie grożą nam prześladowania za naszą wiarę; że Cerkiew jest wreszcie wolna i może pełnić swą posługę bez lęku przed władzami. Nie, nie ma potrzeby się tym martwić, tak jak nie ma potrzeby szukać dla siebie Golgoty i przymierzać koronę cierniową przed lustrem: jest to pobłażanie sobie, przecenianie własnej siły duchowej i może się skończyć wraz z pianiem koguta o świcie. Bóg wie, kogo i kiedy do tego doprowadzić. Gotowość na męczeństwo nie polega na pewności siebie i buncie, ale na pokornej ufności w Jego pomoc; jednak całkowita, szczera wiara bez gotowości na męczeństwo jest niemożliwa.
Dowodem na to jest nie tylko przykład sąsiedniej Ukrainy, gdzie era wyznawania wyraźnie nadeszła; sam Chrystus powiedział raz na zawsze:
„Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie i niech weźmie krzyż swój, i idzie w ślad za Mną. Kto bowiem chciałby zbawić duszę swoją, zgubi ją, kto zaś by stracił duszę swoją dla Mnie, znajdzie ją” (Mt 16,24-25).
Wracając do kłótni ze starą przyjaciółką: to nie On potrzebuje, by ludzie cierpieli. To my potrzebujemy, by On był ponad wszelkim naszym cierpieniem.
Marina Birukova (tłum. Justyna Pikutin)
za: pravoslavie.ru
fotografia: Adam Matyszczyk /cerkiew-sokolka.pl/
— Marina Birukova (tłum. Justyna Pikutin)
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.