Powiedzcie mi, czy tylko ja tak mam? To chroniczne, czasem świadome, czasem podświadome, ale zawsze pełne napięcia oczekiwanie na… no właśnie… na co? Coś lepszego niż to, co jest teraz.
Powiedzcie mi, czy tylko ja tak mam? To chroniczne, czasem świadome, czasem podświadome, ale zawsze pełne napięcia oczekiwanie na… no właśnie… na co? Coś lepszego niż to, co jest teraz.
Ciągłe poczucie niezadowolenia z chwili obecnej. Przekonanie, że ta minuta mogłaby być lepsza. I oczywiście powinna być lepsza. A także nadzieja, że będzie lepiej – w następnej chwili. W następnej godzinie, dniu, roku. Nadzieja – jeśli się temu bliżej przyjrzeć – niczym nie podparta! Po prostu... przecież kiedyś musi być lepiej!
"Dokładnie, na końcu wszystkich twoich zakończeń będzie ci lepiej” - uśmiecham się do siebie. Ta drwina jest trochę otrzeźwiająca, ale tak naprawdę niewiele pomaga.
Nie jestem psychologiem i pewnie eksperci mogliby mnie poprawić, ale wydaje mi się, że najczęściej ten nawyk oczekiwania kształtuje się w młodości – jako reakcja obronna na porażki, błędy i rozczarowania…, a szczególnie na największe z tych rozczarowań – czyli rozczarowanie samym sobą. W przypadku braku woli (a w młodości jest ona po prostu jeszcze niezahartowana), braku doświadczenia, braku możliwości zrozumienia samego siebie, samotności (a samotność ta całkiem dobrze współgra z mnóstwem wesołych przyjaciół) u zielonego stworzonka pojawia się zbawienna – jak mu się wydaje – myśl: "To nic, to wszystko chwilowe. Potem już będzie lepiej".
Jednak moje doświadczenie w komunikacji, w tym także na portalach społecznościowych, pokazuje, że na "syndrom oczekiwania" cierpi tak naprawdę wiele osób, i to osób o różnych ścieżkach życiowych, w różnych okolicznościach. Czasami trudno jest zrozumieć, co dokładnie powoduje to chroniczne napięcie, np.: niezaspokojone ambicje, lub porażki na froncie osobistym; rozczarowanie w życiu rodzinnym lub w działalności społecznej i politycznej…, a może nie jest ono spowodowane niczym szczególnym: jest i tyle.
Jednak gdzie szukać pomocy? W końcu mówimy o bardzo poważnym ludzkim problemie. Osoba, która jest przyzwyczajona do czekania, w pewnym sensie nie żyje – a przynajmniej nie żyje w pełni: zawsze pędzi od swego realnego życia do czegoś innego, biegnie przez całą drogę, nie dostrzegając tego, co jest wokół niej, nie rozumiejąc tych, którzy ją otaczają, nie wykorzystując swoich możliwości. Często jest skłonna do skracania czasu: przy pomocy czczej gadaniny i czczej pracy, i dobrze, jeśli ta czcza praca – to tylko kibicowanie piłce nożnej, powiedzmy, albo rozwiązywanie krzyżówek....
Czy jest to dla nas zrozumiałe? Czy rzeczywiście nie chcemy żyć w biegu, nie chcemy marnować naszego cennego czasu? Czy rzeczywiście chcemy żyć w pełnym znaczeniu tego słowa? Jeśli tak, to już coś. To nawet nie tylko dobrze, ale wręcz wspaniale, bo tak wiele osób nie zdaje sobie sprawy ze swej choroby - “syndromu chronicznego oczekiwania”.
Ale co dalej? Wydaje mi się, że następnym krokiem jest akceptacja i opanowanie tego, co z jednej strony wszyscy bardzo dobrze wiemy, ale z drugiej – stale blokujemy w naszej świadomości: że to "jutro", o którym myślimy, że wszystko będzie w nim lepsze niż dziś, może dla nas nie nastąpić. Człowiek, po pierwsze, jest śmiertelny, a po drugie, śmierć często przychodzi niespodziewanie. Jak reagujemy na tę okoliczność? Gdy nagła ("bezczelna") śmierć wdziera się w naszą rodzinę, w nasze bliskie otoczenie – jest to straszny cios, ogromny żal; gdy pojawia się gdzieś w oddali, gdy czytamy lub słyszymy o kolejnej katastrofie, ataku terrorystycznym, o strasznych chorobach, które ucinają bardzo młode życia – budzi to w nas przerażenie i – miejmy nadzieję – także współczucie, ale co poza tym...? Teoretycznie zdajemy sobie sprawę, że z łatwością moglibyśmy znaleźć się na miejscu tych, którzy zginęli – a jednak to nie zmienia naszego stosunku do własnego życia. Kiedy słyszymy kolejną straszną wiadomość, nie zdajemy sobie sprawy, że nie musimy żyć zgodnie z naszymi planami. Plany są normalne i konieczne, dopóki nasze życie jest aktywne, ale wielkim błędem jest żyć według nich i trzymać się tylko ich – to właśnie "syndrom oczekiwania". Jeśli nie nauczymy się żyć dniem dzisiejszym, upragnione jutro, w którym będziemy mogli wreszcie zrealizować nasze plany, nawet jeśli nadejdzie, rozczaruje nas. Zostało to już przetestowane.
Jednak jeśli ciągłe zagrożenie nagłą śmiercią nie wyleczy nas z tego syndromu, to wiek, jak się wydaje, powinien nas z tego wyleczyć! W końcu nieuchronnie zbliżamy się do granicy, za którą odwoływanie się do przyszłości jest niedorzeczne; wkraczamy w ten okres naszego życia, która bezpośrednio i stanowczo mówi nam: "Jeśli nie jesteś szczęśliwy dzisiaj, już nigdy nie będziesz szczęśliwy". Zrozumieć to nie jest trudno – jest to zrozumiałe samo przez się: ale przymusowe odcięcie się od "świetlanej przyszłości" nie oznacza jeszcze nabycia “świetlanej teraźniejszości”.
Świetlana teraźniejszość – to taka, w której każdy dzień dany przez Boga jest dla nas wypełniony światłem, jak też każda godzina, której Bóg mógłby nam nie dać, ale daje, i to w określonym celu. Zwykły domowy modlitewnik uczy nas traktować czas jako bezcenny dar – poranne modlitwy są pełne wdzięczności za to, że Bóg w Trójcy "nie zgubił mnie z moimi nieprawościami, ale jak zawsze był miłosierny i podźwignął mnie, leżącego w beznadziei, abym poranną modlitwą wysławiał Jego moc" (modlitwa św. Bazylego Wielkiego). Jednak za każdym razem, gdy wypowiadam słowa tej modlitwy, czuję pewną przepaść między nimi a moją własną duszą. Czy naprawdę przyjmuję ten dar Boga – czas – z wdzięcznością i czcią? Czy też znowu wyciągam szyję, patrząc przed siebie: "Chciałabym, żeby ten dzień szybko minął, jutro pewnie będzie lepiej, a pojutrze będzie sobota, a potem wiosna...".
Nie trzeba zaglądać w przyszłość, trzeba nauczyć się brać każdą minutę taką, jaka jest. Ale jak się tego nauczyć?
I tutaj myślę, że zaczęłabym od patelni. Tak, nieumytej patelni w zlewie.
Nie chcę jej myć. Nie satysfakcjonuje mnie kolejne dziesięć czy piętnaście minut szorowania patelni drucianą myjką w jakiejś pianie Biolan. Umyję patelnię jutro rano, a teraz lepiej.....
I oto ono - „lepiej".
Nie tak dawno pewien duchowny powiedział mi, że musimy pielęgnować w sobie posłuszeństwo nie tylko wobec ludzi, ale także wobec okoliczności życiowych, wobec sytuacji, w które rzuca nas życie. W większości przypadków opieramy się tym sytuacjom – przy czym opieramy się bezsilnie, bezowocnie i niechętnie, odpychając to, co nam się przydarza – tak jak ja tę brudną patelnię.
Musimy zrozumieć, że nie jesteśmy w stanie odepchnąć wszystkiego, co przynosi nam życie. Nie należy liczyć na to urojone szczęście, które migocze w przerwach między naszymi kłopotami, trudnościami i zmartwieniami. Jeśli nie dziś, to jutro te chmury nadciągną. Zbawienie polega na posłuszeństwie, na akceptacji wszystkiego. Nie tylko po to, by zaciskając zęby to przetrwać, ale by zaakceptować to wszystko jako najlepsze dla siebie teraz, w tym momencie – gdyż właśnie dlatego zostało to zesłane przez Boga. To trudne i skomplikowane, tak. Ale właśnie dlatego, jeśli duże, ciężkie zadania jeszcze się nie spiętrzyły, zacznijmy od małych, lekkich rzeczy – umyjmy patelnię. Niech to będzie pierwsza lekcja posłuszeństwa.
Osobiście z tą chrześcijańską cnotą jest u mnie... delikatnie mówiąc nieciekawie. Do niedawna moja relacja z nią była skomplikowana i napięta. Gdziekolwiek napotykałam słowo "posłuszeństwo" – czy to w literaturze duchowej, w modlitewniku, w ustnym kazaniu kapłana – zawsze niczym jeż kurczyłam się w nieufną kulkę i zawsze byłam gotowa powiedzieć: "Nie, wiesz, to jeszcze nie dla mnie". I dopiero niedawno – dzięki wspomnianemu duchownemu – zaczęłam sobie uświadamiać, że posłuszeństwo przynosi wielką radość. Wyłącza coś, co siedzi w nas i przeszkadza tej radości; usuwa z naszych dusz – nawet z naszych nerwów! - napięcie, które powstrzymuje nas przed otwarciem się na Bożą miłość. Czym jest to napięcie? Jest to agresja, samoobrona naszego "niezależnego" (a w rzeczywistości strasznie zależnego i bezbronnego) ludzkiego ego, które – oczywiście! – samo wie, co jest dla niego najlepsze w danej chwili i opiera się temu, co "nienajlepsze", i "narzucone". I właśnie dlatego cały czas czeka: kiedy w końcu wszyscy zostawią je w spokoju i będzie mogło...
A wtedy okaże się, że tak naprawdę nie może nic. To też sprawdzone. Używając najprostszych przykładów: kiedy znużona staniem na całonocnym czuwaniu zdecydowałam, że na dziś wystarczy i poszłam do domu – ogarnęła mnie pustka, czułam się niezdolna do zrobienia czegokolwiek, przygnębiona, winna... nie zrobiwszy czegoś, co powinnam była zrobić; porzuciwszy obowiązek wysiłku, którego to ja potrzebowałam w pierwszej kolejności. Jedna lub dwie lekcje wystarczyły: teraz nigdy nie wychodzę z cerkwi przed końcem nabożeństwa, z wyjątkiem sytuacji pilnej konieczności: kiedy trzeba to zrobić, na przykład, aby mieć czas, by komuś pomóc.
Mówiąc o pomocy, mam na myśli miłość. Jak już zostało powiedziane, osoba, której brakuje czasu, biegnąca przez życie, często nie zauważa swoich bliźnich, a przynajmniej nie zatrzymuje na nich swojej uwagi: nie patrzy im w oczy, nie słucha ich słów, nie rozumie ich i nie docenia. Taka spiesząca się osoba nieświadomie rozszerza swoje podejście do bieżącego dnia lub roku jako wstępnego, nierealnego, nienajlepszego okresu swojego życia na innych, a ludzie wokół niej to jeszcze nie ci. Nie są tymi, których potrzebuje! A potem łańcuchowo pojawia się: brak miłości, oschłość psychiczna, stany zapalne nerwów: drażliwość, podejrzliwość, złość, wrogość do innych....
A osoba, kochająca bliźnich, nie spieszy się. Dokąd ma się spieszyć, jeśli już znalazła wszystkich swoich bliźnich tutaj; jeśli jest tak bogata tutaj, w tym dniu, w tej godzinie: ponieważ każdy bliźni, którego kochamy, jest w rzeczywistości naszym wielkim skarbem. Uwaga! Miłość jest czymś, czego nie można odłożyć na przyszłość. Nie można powiedzieć: będę go kochać jutro lub za sześć miesięcy. Miłość może oczywiście wzrastać i rozwijać się, gdy poznajemy naszych bliskich i gdy wzrastamy wewnętrznie, ale tylko wtedy, gdy już pokochaliśmy tę osobę lub te osoby. Życie w miłości to życie dniem dzisiejszym, a nie czekanie. Miłość – to główne lekarstwo na "syndrom oczekiwania". Doszłam do tego wniosku teoretycznie, jednak dobrze by było jeszcze zastosować go w praktyce..…
Marina Birukova (tłum. Justyna Pikutin)
za: pravoslavie.ru
fotografia: kcenia.belova /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.