śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 19 marca 2008

Sercem wszystkiego jest głoszenie Ewangelii

http://pravoslavie.ru/guest/080225150214; http://www.pravoslavie.ru/enarticles/080205103442

0 czytelników poleca

Brak zdjęć

Przedstawiamy obszerny wywiad, jakiego archimandryta Meletios (Webber) udzielił serwisowi Prawosławie.ru. W rozmowie poruszono wiele problemów stojących przed prawosławnymi duszpasterzami pracującymi w Europie Zachodniej

Proszę opowiedzieć o tym, w jaki sposób został Ojciec prawosławnym kapłanem.

W 1968 roku dostałem się na Wydział Teologii Uniwersytetu w Oksfordzie. Cerkiew znalazłem tam dość szybko. W parafii wówczas proboszczem był o. Kallistos Ware, który obecnie jest metropolitą Deoklei, diakonem zaś o. Basil (Osborne), który obecnie jest biskupem Amphipolis. Cerkwią był mały pokój w domu znanego doktora Spoonera. Pokój ten służył jako świątynia jednocześnie dla parafii rosyjskiej oraz greckiej. Kiedy trafiłem tam po raz pierwszy, byłem zdumiony spokojem, który odczułem w tym małym pokoju. To uczucie trudno opisać, ale czuje to każdy, kto znajdzie się w tym miejscu, które w tak oczywisty sposób wypełnione jest obecnością Bożą. To, co odczułem wtedy, wydało się bardzo ważne, zdecydowanie niezbędne dla mnie. Pod duchową opieką o. Kallistosa trzy lata później zostałem prawosławnym chrześcijaninem, po upływie kolejnych trzech lat, w styczniu 1976 roku, otrzymałem święcenia kapłańskie z rąk greckiego arcybiskupa Thyateiry w Wielkiej Brytanii (Patriarchat Konstantynopolitański). Posługiwałem wspólnie z nim przez kilka lat. Pierwsza moja parafia w Wielkiej Brytanii, w której zacząłem służyć po skończeniu studiów w Grecji, w Szkole Teologii w Tesalonikach, znajdowała się niedaleko Londynu, w miasteczku Harrow. Z Harrow pojechałem do Stanów Zjednoczonych i spędziłem tam dwadzieścia dwa lata. A w 2005 wróciłem do Europy, przyjechałem do Holandii.

W jakich amerykańskich parafiach Ojciec posługiwał?

Na początku, w roku 1984, w parafiach w stanie Montana. Tam były trzy czynne parafie, dwie misje oraz kilka niewielkich prawosławnych wspólnot. Wszystkie wchodziły w skład metropolii greckiej. Parafie znajdowały się w dużej odległości w stosunku do siebie, miały małą liczbę wiernych. Musiałem dużo jeździć, co zabierało zarówno czas, jak i siły. Moimi parafianami byli przeważnie Amerykanie greckiego pochodzenia.

Czy podczas pobytu Ojca ktoś przyjął prawosławie?

Tak, w Great Falls, w stanie Montana, gdzie stacjonowała baza sił powietrznych. Kilku zadziwiających ludzi przyszło do Cerkwi właśnie stamtąd. Ochrzciliśmy kilka rodzin. Muszę jednak zauważyć, że dla wspólnoty greckiej niełatwo było przyjąć nie-Greków, ponieważ Grecy często patrzą na Cerkiew jak na ostoję wszystkiego greckiego. Generalnie, oni byli nastawieni przyjaźnie, tylko nie wiedzieli, jak reagować i rozmawiać z ludźmi, którzy pragną przyłączyć się do Cerkwi, ale nie mówią po grecku, nie znają ich kultury ani nie żyją według ich tradycji. Inny problem, który martwił dorosłych parafian w tamtym czasie (chociaż sądzę, że ten problem jest tam nadal aktualny) - jak zatrzymać swoje dzieci w stanie Montana. Prawie wszyscy młodzi ludzie starali się wyjechać przy pierwszej okazji, żeby dostać pracę i wykształcenie w innym miejscu.

Dlaczego? Z powodu niedostatecznej liczby szkół wyższych czy z braku miejsc pracy dla młodzieży?

W Missoula i Billings są takie szkoły, natomiast w Great Falls - nie ma. W Missoula zresztą była dosyć mocna i rozwijająca się prawosławna wspólnota. Również tam, za wyjątkiem dwóch albo trzech moich byłych przysługujących w ołtarzu, ci, którzy wyjechali na studia, a potem wrócili w rodzinne strony, nie mogli znaleźć pracy. Jest to problem stanów, które obejmują duży obszar, lecz mają stosunkowo małą gęstość zaludnienia.

Gdzie posługiwał Ojciec później, po wyjeździe ze stanu Montana?

Przyjechałem do tzw. Bay Area - terenu wokół San Francisco. Tam w ciągu dwóch lat byłem pomocnikiem biskupa Antoniego, władyki greckiej diecezji San Francico (jednocześnie pełniąc obowiązki kapłana parafii w Santa Cruz). Po rezygnacji z obowiązków sekretarza diecezji, przebywałem w parafii jeszcze przez dziewięć lat.

Czy to jest ta sama parafia, gdzie służył zabity kapłan Jan Karastamatis?

Tak. Ale on nie był moim bezpośrednim poprzednikiem. Przede mną w parafii pracowało trzech innych kapłanów. Ale bardzo dobrze znałem jego matuszkę i dzieci. Ojciec Jan został zabity wręcz w samej cerkwi. Ta tragiczna historia wydarzyła się kilka lat przed moim przyjazdem, ale to wydarzenie ciągle jeszcze było aktualne dla parafian, również podczas mojego pobytu. To jest takie wydarzenie, którego po prostu nie można zapomnieć.

Ma Ojciec doświadczenie pracy w różnych parafiach, zarówno w greckich, jak i w wieloetnicznych wspólnotach. Co, według Ojca, jest najtrudniejsze w duszpasterskiej posłudze kapłana?

Problemów, oczywiście, wszędzie jest dosyć sporo, lecz nie ma takich, których nie dałoby się rozwiązać, dopóki w centrum życia parafii jest słowo Jezusa Chrystusa, Ewangelia. Łatwo jest zboczyć z drogi, jeśli tworzyć jakiś kult z narodowej kultury, kuchni, tańców, itp. Wszystko to jest niewątpliwie bardzo ważne, ale nie może być podstawą życia wspólnoty, ponieważ podstawą życia wspólnoty powinno być życie duchowe zbudowane na kamieniu słowa z Ewangelii. Parafianie mogą mieć jakieś wartości, kapłan, z kolei, zupełnie inne. I to jego obowiązkiem jest niesienie pomocy ludziom, którym on służy. To kapłan musi dojść do tego, co jest dla ludzi najważniejsze. Aprobując ich dążenia do zachowania narodowej kultury i tradycji, kapłan powinien przypominać im o tym, że duchowy rdzeń jest podstawą wszystkiego, czymkolwiek by się nie zajmowali.

Jak parafianie odnosili się do faktu, że Ojciec, będąc pomocnikiem greckiego biskupa, nie jest Grekiem?

Wszystko nie było aż tak proste... Jeszcze kiedy pracowałem w Londynie, prawie wszyscy moi parafianie pochodzili z Cypru, czyli mówili po grecku. Osobiście mówię po grecku dość dobrze, i zawsze mi się wydawało, że z łatwością wchodzę do atmosfery życia parafii greckiej. Możliwe, że czasem nawet zbyt łatwo. Trochę sceptycyzmu w stosunku do siebie pewnie by nie zaszkodziło. Ale ponieważ znam język, nigdy nie czułem się obco w ich środowisku. Współpraca z biskupem Antonim nie była łatwa, ale co mnie zawsze w nim zadziwiało, to fakt, że on nigdy nie zauważał różnicy w narodowościach, był w tej kwestii swego rodzaju "daltonistą". Dla niego nie było ważne, czy otaczający go ludzie są Grekami, czy nie. Narodowość miała dla niego niską wartość. Ta cecha stała się siłą, która pomogła zjednoczyć diecezję. Przyczyniła się do tego, że ludzie poczuli swoją jedność.

Obecnie pracuje Ojciec w Holandii, w Amsterdamie, w świątyni należącej do Patriarchatu Moskiewskiego. Amsterdam to miasto-kosmopolita. Jakie to uczucie dla Ojca - znaleźć się w nowej rzeczywistości wśród Rosjan, Holendrów oraz innych Europejczyków?

Parafia, w której obecnie pracuję, jest po prostu ogromna, największa z tych wszystkich, w których kiedykolwiek służyłem (jeśli nie brać pod uwagę tych dwóch lat, kiedy byłem pomocnikiem biskupa i opiekowałem się kilkoma parafiami). Zwykle w moich parafiach było od pięćdziesięciu do stu rodzin. Znalezienie się raptem w Amsterdamie, w ogromnej parafii, która, wydaje się, stale, co tydzień obrasta nowymi ludźmi, gdzie ciężko nawet doliczyć się liczby używanych języków - to jest to, do czego niełatwo się przyzwyczaić. Tylko służący przy ołtarzu kapłani rozmawiają minimum w czterech językach - francuskim, holenderskim, rosyjskim i angielskim. A od czasu do czasu pojawiają się jeszcze jakieś inne języki. Mowa jest tylko o tych językach, którymi się posługujemy, żeby porozumieć się między sobą w sprawie nabożeństwa oraz w innych przypadkach.

Językiem "komunikacji międzynarodowej" jest francuski?

Tak. Nie mamy Francuzów jako takich, po prostu jest kilku ludzi, mających talent do języków. Jeden z naszych diakonów jest zawodowym tłumaczem i pracuje z Władimirem Putinem oraz innymi oficjalnymi osobami, kiedy zachodzi taka potrzeba.

Czy jest on Rosjaninem?

Nie, Holendrem. Mówi biegle w czterech językach. Czasem tłumaczy moje kazania, i jego przekłady dają mi satysfakcję i radość. Ja mówię w języku holenderskim, a on tłumaczy na rosyjski, wyłapując nawet te szczegóły, które ja pominąłem. Podziwiam jego zdolności. A przecież on jest jeszcze bardzo młody.

Zebrania parafialne (na których bywam rzadko) odbywają się w dwóch językach: rosyjskim oraz holenderskim. Czyli wszystko, co się mówi w jednym języku, powinno być przetłumaczone na drugi, i wydaje mi się to dość uciążliwym. Wszystko trwa dwa razy dłużej, a rozpatrywane kwestie niekiedy nie są ani ciekawe ani szczególnie ważne dla życia parafii. Ale, wydaje się, że w życiu parafii jest to jednak nieodzowne.

Przedstawiciele jakiej narodowości stanowią obecnie większość?

Większość naszych parafian to Rosjanie. Ci, którzy do Europy przyjechali niedawno. Bardzo niewielu jest Rosjan, którzy zostali po pierwszej fali emigracji, na przykład wdowa kapłana Aleksego (który, co ciekawe, był Holendrem) matuszka Tatiana. Lecz generalnie, z tamtego pokolenia zostało bardzo mało ludzi. W parafii jest kilka kobiet w podeszłym wieku (właśnie, głównie kobiet), ale i one przyjechały mając już swoje lata.

Czy organiczna (spójna, naturalna - przyp. tłum.) jest ta mieszanka holenderskiego i rosyjskiego?

Tak, tu właśnie faktycznie tak jest. Byłem w parafiach w Anglii i USA, gdzie ludzie usiłowali bronić swojego języka. Tutaj w Holandii, w tym również i w Amsterdamie, jest nieco inaczej. Tu obserwujemy doświadczenie językowej równowagi i wydaje się ono całkiem udane. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek słyszał skargi na to, że korzystamy z jednego języka częściej, niż z innego. Czasem podczas nabożeństwa muszę przechodzić na angielski lub grecki, i często łapię siebie na myśli, że znam je po grecku nawet lepiej, niż po angielsku. Czasem ludzie mówią mi o tym, ale nikt się nie obraża. Po prostu łatwiej mi jest z pamięci przeczytać modlitwy po grecku, niż szybko znaleźć odpowiednią księgę lub potrzebną w niej stronę w języku angielskim.

Czy Ojciec zna rosyjski?

Tak, potrafię celebrować w języku cerkiewnosłowiańskim.

A rozmawiać z Rosjanami w ich języku ojczystym?

W jakimś stopniu. Muszę poduczyć się rosyjskiego. Nasi parafianie spowiadają mi się po rosyjsku, ale ja rozumiem ich bardziej intuicyjnie, niż za pomocą słów. Odpowiadam zwykle po angielsku lub po holendersku, w zależności od tego, jaki język spowiadający się zna najlepiej.

Konflikt, który kilka lat temu zdarzył się w Londynie, w parafii diecezji suroskiej Patriarchatu Moskiewskiego, na dzień dzisiejszy jest mniej lub bardziej zakończony. Ojca zdaniem, co mogło być jego przyczyną? Czemu stała się tak trudną koegzystencja nowych rosyjskich imigrantów i prawosławnych Brytyjczyków w jednej parafii?

Nigdy nie byłem członkiem wspólnoty w Londynie, chociaż wiem o niej już od prawie czterdziestu lat. I dla mnie, jak również dla wielu innych, prace metropolity Antoniego (Blooma) były ważną częścią formowania prawosławnej świadomości. Dlatego czczę jego pamięć tak samo, jak wielu, wielu innych. Mogę oczywiście, mylić się w swojej ocenie sytuacji. I, co najważniejsze, nie chcę nikogo skrzywdzić, ale mi się wydaje, że to, co obserwowaliśmy w diecezji suroskiej w jakimś stopniu było zapoczątkowane przez metropolitę Antoniego. Kiedy metropolita się zestarzał, w parafii stworzyła się atmosfera zaniepokojenia i oczekiwania, w jakim kierunku będzie rozwijała się diecezja. Wiele osób miało swoje wyobrażenie na temat tego, jak powinno wyglądać życie diecezji. Ale okazało się, że rzeczywistość jest zupełnie inna, niż marzenia. I że nie możliwym jest połączyć rzeczywistość z marzeniami. Sądzę, że nie ma konkretnego człowieka, który jest winien powstałej sytuacji. Wiem, że uczucia wielu były mocno dotknięte. Ale też nie widzę możliwości złożenia winy za powstały konflikt na którąś ze stron. Myślę, że ludzie po prostu walczyli o to, co uważali za rzeczywiście słuszne. I w taki sposób postępowała każda ze stron.

Z tą sytuacją, która się utworzyła w diecezji suroskiej, metropolita Antoni nigdy nie miał do czynienia. Kiedy rozpadł się Związek Radziecki był już bardzo stary. Jednak władyka do końca życia zachowywał zadziwiającą ostrość umysłu. Umiał zadowolić potrzeby Rosjan, którzy niedawno przyjechali, chociaż zetknął się z czymś nowym, czego wcześniej nie miał okazji robić. Przecież on opiekował się głównie Anglikami w bardzo małych wiejskich wspólnotach. Tam mieszkała większość jego duchowych dzieci. A tu niespodziewanie spotkał się on z olbrzymimi potrzebami duchowymi dużej liczby Rosjan w miastach, gdzie zresztą czuł się niewygodnie. To są moje przepuszczenia. Być może, nie mam racji, ale wydaje mi się, że trochę prawdy w tym jest.

Czy, Ojca zdaniem, faktycznie duża część imigrantów chodzi do cerkwi? Czy jednak tylko mały odsetek od tych, którzy przyjechali?

W Amsterdamie jest obecnie około 6000-7000 Rosjan, co w porównaniu z przedstawicielami innych narodowości, nie jest aż tak dużą liczbą. Przy czym na niedzielnej Liturgii obecnych jest około 350 parafian różnych narodowości. Jak widać, do cerkwi nie przychodzi zbyt dużo osób. Ale powrót w stronę Kościoła się wyczuwa.
Jeden z moich znajomych Rosjan podzielił się ze mną swoimi przemyśleniami na ten temat. On uważa, że kiedy ze sceny politycznej zeszła partia komunistyczna, dla wielu ludzi ostoją stabilnego życia socjalnego stał się Kościół prawosławny. Innymi słowy, Kościół niejako zastąpił partię komunistyczną. Nie mówimy o aspektach wiary, tylko o strukturze socjalnej, o tym, w jaki sposób ludzie postrzegają swoje miejsce w życiu. Co oni robią, budząc się rano, jakim widzą świat, patrząc na niego z okna. Jeżeli tak jest rzeczywiście, to na Cerkwi leży ogromny ciężar odpowiedzialności za głoszenie chrześcijaństwa i Ewangelii dla tych ludzi. Przy czym nie powinniśmy pokazywać życia cerkiewnego jako czegoś pociągającego, atrakcyjnego albo przygnębiać ludzi swoim światopoglądem - nie jest to dla prawosławia charakterystyczne - ale otworzyć drzwi świątyń, dobrodusznie spotkać wszystkich przychodzących, pomóc im poczuć się nareszcie w domu i stopniowo nauczyć ich przede wszystkim życia modlitewnego, do czego Cerkiew jest zresztą powołana. Oczywiście, nie można mierzyć tej pracy w jakikolwiek sposób: przecież nie chodzi o ilość, tylko o jakość.

Program pomocy w adaptacji (do życia cerkiewnego - przyp. tłum.) powinien w prawosławnej świątyni mieć charakter bardziej indywidualny. A głównym celem prawosławnego chrześcijanina w Amsterdamie jest prowadzenie takiego trybu życia, który może służyć jako przykład dla innych ludzi: ochrzczonych, ale nie odwiedzających świątyni. Łaska Boża nie opuszcza nas: mamy wspaniałego biskupa, świetne duchowieństwo, aczkolwiek wszyscy oni, oczywiście, są po prostu ludźmi. I ludzkie aspekty życia cerkiewnego też istnieją. Ale rzeczą najważniejszą jest to, że sercem wszystkiego, co się odbywa, jest głoszenie Ewangelii.

Czy aż tak ciężko jest Rosjanom i imigrantom pochodzącym z Europy Wschodniej przyzwyczaić się do zachodnioeuropejskiego stylu życia?

Mając na uwadze Holandię, to dość ciężko. Nie bardzo rozumiem, po co ludzie przyjeżdżają mianowicie tutaj, do Holandii, za wyjątkiem tych przypadków, kiedy mają zaproszenie do pracy. Wśród wszystkich europejskich krajów Holandia jest najbardziej skomplikowana pod względem pobytu oraz adaptacji dla przybyszów z Europy Wschodniej. Holendrzy mają swój język, którym się posługuje jeszcze tylko część Belgii. Sam język już jest trudny. Wynajęcie mieszkania jest bardzo drogie, a służby socjalne nie są tak hojne jak kiedyś. Oczywiście, Holandia również może szybko stać się drugim domem, aczkolwiek nie dla wszystkich.
Kiedy byłem mały, dobrze widziałem różnicę między Szkocją i Anglią. A większość ludzi, powiedzmy, z Ameryki Północnej, nawet nie domyśla się, że ta różnica w ogóle istnieje. W razie przeprowadzki z jednego kraju do innego, albo nawet z jednego regionu kraju do drugiego, bardzo prawdopodobne jest, że zetkniecie się z pewnymi trudnościami. W Holandii istnieje skomplikowany system biurokratyczny. Holandia ma system szkolnictwa różniący się od innych krajów. Holandia ma własny system ochrony zdrowia, mający inne zasady. Można kupić w sklepach Amsterdamu marihuanę, ale nie można dostać penicyliny. Tu po prostu wszystko jest inaczej.

Czy się odczuwa wpływ nowej fali imigracji muzułmańskiej na życie w Amsterdamie?

Większość muzułmanów w Holandii jest bardzo zadowolona z tego, że ma możliwość kontynuowania życia według swoich tradycji. Fanatycy w każdym społeczeństwie będą zawsze. Obecność muzułmanów przeważnie nie niepokoi Holendrów, zaś powstające problemy zawsze można rozstrzygnąć. Jednak kiedy ludzie chcą siebie poznać - a naturę osoby, swoje "ja" nie można poznać w innej sferze niż religijna - dla wielu inna religia staje się czymś podejrzanym i wywołuje otwarte odrzucenie. I tu właśnie zaczynają się kłopoty. Bowiem religie nie są przystosowane do koegzystencji. Religie z definicji mają skłonność do niezgodności i to było zawsze prawdziwe zarówno w odniesieniu do chrześcijaństwa, jak i do islamu; zawsze były próby zminimalizowania wpływu albo obecności jednych bądź drugich. Jednak obecnie powinniśmy nauczyć się mieszkać razem, po sąsiedzku. Nie wiem, jak się to stanie, ale jest to praca, którą powinniśmy wykonać.

Obecnie Unia Europejska przejawia nieskrywane dążenie by odrzucić chrześcijańskie korzenie kultury europejskiej. Tym czasem w Stanach Zjednoczonych, odwrotnie, niedawno miała miejsce próba by w oświadczeniu Kongresu potwierdzić albo odpowiednio docenić rolę chrześcijaństwa w rozwoju cywilizacji Zachodniej...

Wydaje mi się to dość charakterystyczne, że Ameryka, gdzie postulat o podziale sfer wpływu Kościoła i państwa jest bardzo silny, teraz chce potwierdzić swoje chrześcijańskie korzenie. Z kolei w Europie, gdzie chrześcijaństwo jest na tyle codzienne, że nawet nie ma potrzeby o tym mówić, takie stwierdzenie uważa się za niecelowe. Myślę, że ogromnie ważne jest to, że w świecie współczesnym Kościół, po raz pierwszy w historii, ma możliwość swobodnego krytykowania dowolnego lidera politycznego. Ewangelia, według mnie, wchodzi i zawsze będzie wchodziła w sprzeczność z większością współczesnych rozwiniętych systemów społecznych. Przynajmniej na razie. I celem Kościoła jest zwrócenie się do rządu za każdym razem, kiedy w społeczeństwie powstają sprzeczności z Ewangelią. Zresztą, najbardziej intensywnym z duchowego punktu widzenia okresem dla Kościoła zawsze były czasy ataków na niego. A najbardziej bezowocnymi, w sensie duchowym, czasami były okresy, kiedy Kościół jednoczył się z siłami politycznymi. I uważam za niestosowne szukanie w realiach politycznych korzeni chrześcijańskich albo korzeni jakiejkolwiek innej religii. Szczególnie jeżeli w taki sposób chcą wykorzystać religię w celu usprawiedliwienia swoich czynów. Reasumując: im bardziej swobodny jest Kościół w swoich wypowiedziach o życiu politycznym, oceniając je w świetle Ewangelii, tym lepiej dla Kościoła.

Imperium Bizantyjskie nadal istnieje w świadomości społeczności chrześcijańskiej, tak samo jak jego symbol - dwugłowy orzeł, przykładem pokazującym możliwość harmonijnego współistnienia dwóch głów w jednym ciele: Kościoła jako sumienia państwa, a państwa jako obrońcy Kościoła. Czy ten symbol ma jakiekolwiek znaczenie dla współczesnych Europejczyków?

Realizacja ideału bizantyjskiego zależała od cesarzy chrześcijańskich. Patrząc na te przykłady, które nam daje Bizancjum, widzimy ludzi o wielkiej głębi duchowej; tylko w takich warunkach mogła współistnieć symfonia Kościoła i państwa. Nie dostrzegam, co może przynieść współczesna demokracja ludziom, którzy w większości tylko formalnie są chrześcijanami. Dokąd ona może ich zaprowadzić? A ci, którzy mówią o sobie, że są przede wszystkim chrześcijanami, będą odrzuceni już na pierwszych etapach wyborów. Taka jest natura współczesnego mechanizmu politycznego. Ludzie o bardzo mocnych postanowieniach będą wykreśleni z polityki. Ci, którzy zostaną, to tacy, co umieją dobrze balansować, dogadzając jednocześnie wszystkim i każdemu. Ale Kościół takowym nie jest. Kościół nie powinien być taki. Kościół ma swoją misję, która jest niezmienna od czasów, kiedy Jezus był na ziemi w ciele. Jest to wołanie o pokajanie, o powrót człowieka do Boga. Bardzo nieliczne państwa dobrze sprostały tym wymaganiom.

Mówi Ojciec o państwach zachodnich czy w ogóle o państwie?

Mam na uwadze państwo w ogóle. Wiem, że Bizancjum jest ideałem dla wielu, bardzo wielu. Dla innych ideałem jest Święta Ruś. Jednak zarówno rosyjski system polityczny, jak i bizantyjski były zbudowane dalece nie według Ewangelii. Przynajmniej w pewnych okresach historycznych, przy czym niekiedy jest to ewidentne. I wątpię, czy ktokolwiek będzie twierdził przeciwnie o demokracji. Jeśli tylko nie zajdą jakieś dramatyczne zmiany w przyszłości, to nie wyobrażam sobie, jak rząd, który istniał kiedyś w Rosji czy w Bizancjum, w ogóle ma możliwość istnienia w obecnych czasach. Co dotyczy wzajemnych stosunków państwa i Kościoła... Myślę o przyszłości, w której państwo i Kościół będą przyjaźnie współegzystować, ale Kościół zawsze będzie miał prawo krytyki państwa. Jednak mnóstwo rządów w ogóle nie bierze pod uwagę takiego rodzaju misji Kościoła.

Myśli Ojciec, że podtekst postulatów Unii Europejskiej jest mianowicie taki?

Szczerze mówiąc, zupełnie nie rozumiem, czego chcą ci ludzie, którzy zatwierdzają ustawy w dzisiejszej Europie. Nie jest dla mnie jasne, kim oni są, jaki mają rdzeń.

Czy widzi Ojciec w tych postulatach zapowiedź nowej ostrej krytyki Kościoła, potępienia jego czynów?

Oczywiście, że nie.

Czy nie uważa Ojciec, że ci, którzy sami odłączyli się od Kościoła, sądzą, że cała Europa zrobiła to samo?

W dużej mierze jest to prawdziwe. W jakimś sensie jest to również dobre dla Kościoła. Wszędzie, gdzie na przykład Kościół katolicki za bardzo wspierał jakiś rząd, wyglądał nieatrakcyjnie.

Bliskość rządu wznosi na piedestał?

Raczej prowadzi do odwrotnych skutków.

Zaczyna być gorzej?

Tak. I pierwszy przykład jaki przychodzi do głowy - hiszpańska inkwizycja. Są też i inne przykłady.

Sądzi Ojciec, że u podstawy takich postulatów Unii Europejskiej leży pamięć historyczna o nadużyciach, które miały miejsce podczas zjednoczenia Kościoła katolickiego z państwem?

Być może, że tak. Ale najważniejsze jest to, żebyśmy pamiętali: nawet podczas ekspansji, na przykład islamu do Hiszpanii i innych części Europy Wschodniej, tam zawsze zostawało chrześcijaństwo. W tej czy innej postaci dominowało ono na tych terytoriach przez 1200 lat, niekiedy nawet więcej. Korzenie chrześcijańskie w Europie Zachodniej są na tyle głębokie i wszechobecne, że nikt nie mógłby ich zniszczyć. Jest to fakt historyczny. Te korzenie są podstawą wszystkiego, co się teraz dzieję, są podstawą kultury oraz cywilizacji.

Obecnie wielu młodych ludzi jest skłonnych zamykać się w swoim młodzieżowym środowisku, agresywnie odnosząc się do tego, w co wierzą i czym żyją ich "ojcowie"...

Okres młodości jest czasem buntu. Z dawien dawna nastolatkowie buntowali się w taki czy inny sposób. Pomóc nastolatkowi poradzić sobie z trudnościami jego wieku zawsze było sprawą niełatwą dla rodziców oraz nauczycieli. Nastolatkowie przeważnie (są, oczywiście, wyjątki) chcą, żeby traktowano ich jak równych (chociaż ci, którzy ich otaczają nie zawsze to dostrzegają). Ma to na myśli również brak wywierania na młodych presji duchowej. Natomiast jeśli „duchowej kompetencji” w stosunkach z nastolatkami zupełnie nie ma, jak to często bywa na Zachodzie - i nawet wśród dość dużej liczby grup religijnych w USA - młodzież zaczyna się buntować. Koniec końców, najważniejsza jest wasza modlitwa w intencji nastolatków oraz nadzieja, że te lata nie zostawią zbyt głębokich blizn. Będąc już młodymi rodzicami, byli nastolatkowie-buntownicy wracają do Kościoła. Tak jest najczęściej.

A co Ojciec sądzi o tych kapłanach, którzy odwiedzają koncerty rockowe celem misji wśród młodzieży?

Co się tyczy muzyki rockowej, jej charakteru, itp. - bardzo mało wiem na ten temat. Obawiam się, że wszystko, co powiem, będzie brzmiało mało przekonywająco. Ale spójrzmy na problem z innej strony. Nigdy nie spotykałem człowieka, który by zwrócił się do chrześcijaństwa po koncercie muzyki symfonicznej. Jeżeli mam rację w odniesieniu do muzyki symfonicznej, to sądzę, że to samo można powiedzieć w stosunku do muzyki rockowej. Nie mogę powiedzieć, czy muzyka rockowa jest dobra czy zła w swej istocie. Ale wątpię, czy może ona zadowolić duchowe potrzeby większości ludzi. Jest to odwrócenie uwagi od poszukiwania duchowego. Jest to niewłaściwa droga. Obecność kapłana na koncercie rockowym jest niestosowna. Nie sądzę, aby nasze świątynie napełniły się gwiazdami rockowymi.

Jak powiedziałem, obecność kapłana w pierwszym rzędzie na koncercie muzyki symfonicznej nie przyprowadzi ludzi do prawosławnej świątyni. Kościół powinien być Kościołem. Aczkolwiek, znamy przykłady z historii, kiedy Kościół chciał występować w jakiejś innej roli, nawet kierować krajem - czasem z konieczności, niekiedy z własnej woli. Jednak ze swojej istoty Kościół powinien służyć głoszeniu Ewangelii i życia według jej zasad. Od momentu, gdy odchodzicie od Ewangelii zaczynają się nieszczęścia.

Czy spoglądając na europejską młodzież ma Ojciec nadzieję? Według Ojca, dla świadomości młodzieży bardziej charakterystyczny jest materializm, czy też młodzi tęsknią za tradycyjną duchowością?

Uważam, że Kościół, póki co, niestety nie potrafił uczynić wiary rzeczą niezbędną dla większości ludzi. Nie mówię o Kościele prawosławnym, chociaż mieszkałem w Grecji i na własne oczy widziałem, że tamtejszy Kościół nie potrafił nauczyć ludzi żyć w tym kraju po chrześcijańsku. Tu, w Holandii, Kościoły są praktycznie martwe, nie mają one żadnego powiązania z tym, co się dzieje w kraju. I jeżeli chłopak czy dziewczyna stykają się z Kościołem prawosławnym, to wabi ich nie tylko siła duchowości, z którą się zetknęli, ale i głębia doświadczenia, które ma nasza Cerkiew. Niestety, takich ludzi jest niewielu. Być może dlatego, że naszym tradycyjnym sposobem misji jest proste otwarcie drzwi świątyni. Chociaż, to nie jest aż tak mało. I jeżeli ludzie decydują się na wejście do środka, to mamy wiele, czym moglibyśmy się z nimi podzielić.

Obserwuję również (aczkolwiek, mogę się mylić, ale obserwuje to zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych), że młodzi ludzie szukają drogi ku dobremu. Ku dobremu, nie ku słuszności. W latach 20-tych oraz 30-tych dwudziestego stulecia, w okresie II wojny światowej Europa była wstrząsana pytaniami, co jest słuszne. Dobroć wcale nie była wartością. Wszystko było złe. Przy tym jednak faszyści uważali, że mają rację. Również komuniści myśleli tak samo. I ci i tamci byli gotowi rozszarpać jedni drugich na kawałki, żeby udowodnić swoją słuszność. A dzisiaj widzę w środowisku młodzieżowym pragnienie kierować się dobrocią. Oczywiście, to nie ma charakteru jakiegoś ruchu masowego, tylko jest tendencją. Ale ta tendencja jest całkiem dostrzegalna. Przez wiele lat prowadziłem zajęcia w liceum, dużo rozmawiałem z nastolatkami. I tę tendencję obserwowałem.

Czy wśród Ojca znajomych młodych ludzi są tacy, co przychodzą do świątyni "tylko popatrzeć"?

Są. Zachęcamy również nauczycieli by przyprowadzali swoich podopiecznych do świątyń.

W celu swego rodzaju doświadczenia historyczno-kulturalnego?

Tak. Przecież Kościół może zapoznać z różnymi aspektami swojego życia. Holendrzy żyją w społeczeństwie post-kalwinistycznym, gdzie Kościół jest surowy, zimny. Atmosfera w nim jest odstręczająca. Trafić do wspólnoty prawosławnej w dniu święta jest dla Holendrów prawdziwym wydarzeniem. Nawet jeśli ta radość nie niesie ze sobą żadnego ładunku duchowego.

Jaka jest zdaniem Ojca jako europejczyka przyszłość Rosji?

Rosja jest prawosławna w swojej podstawie. Widać to po ludziach, którzy przychodzą do Kościoła prawosławnego. Mają mało wiedzy książkowej o prawosławiu, nie mają specjalnego wykształcenia, ale mają głęboki szacunek do prawosławia, do życia w Chrystusie. Rosja bez prawosławia jest uboga i nędzna. Ona może być bogata na zewnątrz, ale czegoś jej będzie rozpaczliwie brakowało. I jestem pewien, że w swoim czasie korzenie się połączą z liśćmi. I kiedyś to, co jest ukryte w głębi rosyjskiej historii, - to, co, możliwe, będziecie chcieli nazwać głębią ruskiej duszy, - przejawi się, rozwinie, rozprzestrzeni i posili słowami Jezusa Chrystusa. Taka przyszłość byłaby naprawdę świetna.

Archimandryta Meletios (Webber), Szkot z pochodzenia, urodził się w Londynie, otrzymał stopień naukowy magistra teologii na Uniwersytecie w Oxfordzie (Wielka Brytania) i w Szkole Teologii w Tesalonikach (Grecja), oraz stopień doktora psychoterapii na Uniwersytecie w stanie Montana (USA). Niósł posługę kapłańską w parafiach Patriarchatu Konstantynopolitańskiego w Anglii, Grecji oraz Stanach Zjednoczonych. Obecnie służy w świątyni pod wezwaniem Św. Mikołaja (jurysdykcja Patriarchatu Moskiewskiego) w Amsterdamie (Holandia)

— archim. Meletios (Webber), tłum. Andrzej Nieścierowicz

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze aktualności

wszystkie →