Chciałbym rozpocząć od weryfikacji panującego obecnie stosunku do śmierci – poczucia strachu i odrzucenia, przekonania, że śmierć jest tym najgorszym, co może spotkać człowieka i za wszelką cenę trzeba utrzymać się przy życiu; nawet jeśli przetrwanie to ma niewiele wspólnego z prawdziwym życiem.
Chciałbym rozpocząć od weryfikacji panującego obecnie stosunku do śmierci – poczucia strachu i odrzucenia, przekonania, że śmierć jest tym najgorszym, co może spotkać człowieka i za wszelką cenę trzeba utrzymać się przy życiu; nawet jeśli przetrwanie to ma niewiele wspólnego z prawdziwym życiem.
PAMIĘĆ O ŚMIERCI
W przeszłości, kiedy chrześcijanie byli jeszcze blisko zarówno swych pogańskich korzeni, jak i potężnego oraz wstrząsającego przeżycia jakim było nawrócenie, śmierć kojarzyła się z narodzinami do życia wiecznego. Postrzegano ją nie jako koniec czy ostateczną porażkę, ale jako początek. Życie było czasem wznoszenia się ku wieczności, śmierć zaś jawiła się jako pozwalające wkroczyć weń wrota. Oto dlaczego chrześcijanie tak często zwykli przypominać sobie o śmierci pozdrawiając się nawzajem słowami: „Pamiętaj o śmierci”, a w modlitwie, którą w swym bezcennym dziedzictwie pozostawił nam św. Jan Chryzostom, pojawia się wezwanie, w którym prosimy Boga, aby darował nam „pamięć o śmierci” (cs. pamiat’ smiertnuju).
Gdy słowa te kierowane są do ludzi współczesnych, spotykają się zwykle z okazywaną z ich strony reakcją odmowy i odrzucenia. Ale czy słowa te oznaczają, że ciągle powinniśmy pamiętać o śmierci wiszącej nad nami na włosku jak miecz Demoklesa i w każdej chwili uczta życia może dobiec tragicznego końca? Czy oznaczają, że za każdym razem kiedy spotka nas radość, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że nie potrwa długo? Czy nie oznacza to, że z obawy przed zbliżającą się śmiercią chcielibyśmy przytłumić światło dnia? Nie to odczuwali pierwsi chrześcijanie. Wiedzieli z pewnością, że śmierć jest momentem, który decyduje o tym, że wszystko czego możemy dokonać na ziemi będzie miało swój koniec. Musimy przeto śpieszyć się, aby osiągnąć na ziemi wszystko, co w naszej mocy. Choć wydaje się to paradoksem, pamięć o śmierci pozwala osiągnąć w życiu pełnię człowieczeństwa zgodnie z Bożym powołaniem. Pomaga, w miarę możliwości najbardziej upodobnić się do Chrystusa; stać się najdoskonalszą z możliwych ikoną Boga.
W jednym ze swych listów św. Paweł napisał, że powinniśmy śpieszyć się w życiu, albowiem czas jest zwodniczy (por. 1 Kor. 7,29). Wszystkie dni naszego życia przeżywamy tak, jak gdybyśmy w pośpiechu i niedbale spisywali „na brudno” nasze dzieje, planując, że pewnego dnia przepiszemy ten „brudnopis” na czysto. To tak, jak gdybyśmy przygotowywali się do budowy gromadząc wszystko, co z czasem będzie pięknie i harmonijnie uporządkowane a nabierze pełnego znaczenia. Żyjemy tak z roku na rok, nie dokonując dokładnie i w pełni tego, czego możemy dokonać. Usprawiedliwiamy się przy tym, że przyjdzie jeszcze na to czas. Wmawiamy sobie: później coś jeszcze w tym życiu osiągnę; można będzie zrobić to później; któregoś dnia przepiszę to na czysto. Ale lata mijają i nigdy nie dochodzi do spełnienia dawanych sobie obietnic.
Dzieje się tak wcale nie dlatego, że przychodzi śmierć, ale dlatego, iż nie w każdym okresie życia okazujemy się zdolni do spełnienia tego, na co pozwalał nam okres poprzedni. W wieku dorosłym nie jesteśmy w stanie przeżywać pięknej i znaczącej młodości, tak samo jak w podeszłym wieku nie możemy pokazać Bogu i światu tego, czym byliśmy w stanie wykazać się w latach wieku dojrzałego. Jest czas na wszystko, ale kiedy właściwy czas mija, nie da się już tego zrealizować.
Wiktor Hugo powiedział, że w oczach młodzieńca jest ogień, ale i w oczach starca powinno być światło. Czas roziskrzonego ognia przemija, dosięga nas czas światła i z chwilą kiedy następuje nie jesteśmy już w stanie dokonywać tego, co można było robić jedynie w dniach płomiennej jaskrawości. Czas jest zwodniczy. Gdy słyszymy, że powinniśmy pamiętać o śmierci, nie chodzi o to, by rozbudzić w nas obawę o życie, ale o to, by pobudzić nas do przeżywania życia na tyle intensywnie, na ile to możliwe, abyśmy wiedzieli, że każdy jego moment jest jedynym, którym dysponujemy i że każda poszczególna chwila naszego życia musi być doskonała: nie jest dnem, a grzbietem fali. Każda z tych chwil ma nie być porażką, lecz tryumfem. Wszystko wskazuje na to, że pamięć o śmierci zdaje się być jedyną mocą, która może uczynić nasze życie w najwyższym stopniu intensywnym.
Ci spośród nas, którzy mieli możliwość żyć przez pewien czas z umierającym, z osobą świadomą nadchodzącej śmierci, rozumieją z pewnością czym może być śmierć dla międzyludzkich więzi. Zdali sobie sprawę z tego, że każde słowo musi zawierać całą cześć, całe piękno, całą harmonię i miłość, które być może były dotychczas w tym związku uśpione. Nic nie jest już małe i bez znaczenia, albowiem wszystko, bez względu na to, jak małe i mało znaczące, może być wyrazem miłości albo też jej zaprzeczeniem.
To bardzo ważne z tego względu, że ożywia nasz stosunek do śmierci. Może uczynić ją wielkim wyzwaniem, które pozwala dorosnąć do pełni naszej postawy, aby ciągle próbować być wszystkim, czym możemy być, nie łudząc się, że będziemy lepszymi później, skoro nie dbamy o bycie takimi już teraz.
Mówiąc o śmierci w Braciach Karamazow, Dostojewski stwierdza, że piekło można podsumować dwoma słowami: „za późno!” Jedynie pamięć o śmierci może nauczyć nas żyć tak, abyśmy nigdy nie stanęli w obliczu budzącej grozę świadomości, że nie mogą już być wypowiedziane słowa i poczynione gesty, które mogłyby wypełnić dany międzyludzki związek. Nie oznacza to jednak, że w ogóle nie da się już tego dokonać; można to jeszcze uczynić, ale już nie w ten sam sposób, a do tego kosztem wielkiego bólu i udręki.
Kilkanaście lat temu przyszedł do mnie osiemdziesięciokilkuletni staruszek. Prosił o poradę, bo nie mógł już żyć w stanie ciągnącej się sześćdziesiąt lat agonii. W czasie wojny domowej w Rosji zabił dziewczynę, którą kochał, i która odwzajemniała jego uczucie. Kochali się z całego serca. Zamierzali wziąć ślub, ale w czasie strzelaniny wybiegła nagle na linię jego strzału, w chwili kiedy było już za późno, by go nie oddać.
Przez sześćdziesiąt lat nie mógł zaznać spokoju. Nie tylko przerwał życie, które było mu bezgranicznie drogie, ale też w kwiecie wieku przerwał życie, które było równie bezmiernie drogie dla dziewczyny, którą kochał. Powiedział mi, że modlił się żarliwie, błagał Boga o przebaczenie, spowiadał się, kajał, otrzymał rozgrzeszenie i przystąpił do Komunii Świętej – uczynił wszystko co podsuwała mu jego własna wyobraźnia i wyobraźnia tych, do których się z tym zwracał, ale nigdy nie zaznał spokoju.
Pod wpływem szczerej sympatii i żarliwego współczucia, powiedziałem mu wtedy: „Zwracałeś się do Chrystusa, którego nie zabiłeś, do duchownych, których nie skrzywdziłeś. Dlaczego jednak nigdy nie zwróciłeś się z tym do dziewczyny, którą niechcący zastrzeliłeś?”
Był zaskoczony. Czyż Bóg nie wybacza? Czyż nie jest tym jedynym, który może wybaczyć grzechy ludzi popełnione na ziemi? Ależ oczywiście, jak najbardziej. Podsunąłem mu jednak myśl, że gdyby zastrzelona przez niego dziewczyna okazała mu przebaczenie, gdyby wstawiła się za nim, nawet Bóg nie mógłby jej odmówić.
Jest w Biblii opowieść o tym jak prorok Daniel modlił się, a Bóg odpowiedział, że jego modlitwa jest nadaremna. Działo się tak dlatego, że pewna staruszka żywiąca do niego urazę, działała mu na przekór. Jej modlitwa była jak silny wiatr – rozwiewała jak dym modlitwę, co do której miał nadzieję, że wzniesie się do nieba.
Zapewne ten właśnie obraz trafił wówczas do mej podświadomości. Zasugerowałem mu, aby po swych wieczornych modlitwach usiadł i opowiedział dziewczynie o tych sześćdziesięciu latach śmiertelnej udręki umysłu, opustoszałego serca, przeszywającego na wskroś bólu, i prosił ją o przebaczenie. Zaraz po tym powinien poprosić ją również o to, aby wstawiła się za nim i prosiła Pana, by z chwilą gdy mu wybaczy, zesłał w jego serce pokój. Tak też uczynił... i doznał wewnętrznego wyciszenia. To, co zostało niedokończone za życia, może zatem doczekać się spełnienia po śmierci. Pewne zaniedbania można z czasem naprawić - jednakże ceną tego mogą być całe lata bólu i wyrzutów sumienia, łez i samotności.
Kiedy teraz rozmyślamy o śmierci, nie możemy przyjmować jej ani jako chwalebnego, ani też jako nieszczęsnego wydarzenia. Dane nam przez Boga biblijne i ewangeliczne wyobrażenie o śmierci jest o wiele bardziej skomplikowane. Krótko mówiąc: Bóg nie stworzył nas dla śmierci i zniszczenia, ale dla życia wiecznego. Powołał nas do nieśmiertelności – nie tylko nieśmiertelności zmartwychwstania, ale też do nieśmiertelności, która nie znała śmierci. Śmierć pojawiła się jako następstwo grzechu. Pojawiła się dlatego, że człowiek utracił Boga, odwrócił się od Niego, szukał sposobów, dzięki którym mógłby osiągnąć wszystko bez Niego. Człowiek próbował samodzielnie zdobyć wiedzę, której mógłby dostąpić poprzez duchową łączność z wiedzą i mądrością Boga. Zamiast życia ukierunkowanego na poznawanie Boga, wybrał swą własną niezależność.
Próbując zobrazować tę sytuację, francuski pastor Roland de Curie stwierdził, że z chwilą, gdy człowiek odwrócił się od Boga i stanął w obliczu nieskończoności, zauważył że Go tam nie ma, a skoro Bóg jest jedynym źródłem życia, nie pozostawało mu nic innego, jak tylko umrzeć. Tak więc w śmierci przejawia się tragedia – to skutek naszej utraty Boga. Jest potworna, bo w ogóle nie powinna istnieć. Z drugiej jednak strony, niekończący się czas trwania rozłąki z Bogiem, niezliczone tysiące lat życia bez żadnej nadziei, że nastąpi koniec tego oderwania od Boga, byłyby o wiele straszliwsze, niż powodowane przez nią rozerwanie naszej cielesnej struktury.
Śmierć zatem to jedyne i do tego wąskie wrota, które pozwalają nam wyrwać się z błędnego koła wiecznego oddalenia od Boga – nieskończoności życia, w którym nie ma miejsca na możliwość powtórnego stania się uczestnikami życia w Bogu, a w końcu bycia uczestnikami Boskiej natury. Z tego powodu św. Paweł mógł powiedzieć: „Dla mnie bowiem życiem jest Chrystus, a śmierć zyskiem [...]. Pragnę rozstać się z życiem i być z Chrystusem” (Flp 1,21-23).
W innym miejscu powiedział również, że śmierć nie oznacza zrzucenia z ramion tymczasowego życia, ale przyobleczenie się w wieczność. Nie jest to koniec, ale początek. To brama, która byłaby dla nas na zawsze zamknięta, gdyby śmierć nie uwolniła nas od naszego przywiązania do ziemi.
W naszej relacji do śmierci powinny przejawiać się obydwa te podejścia. Każde z nich pełni ważną rolę. Gdy umiera człowiek ból naszego rozdartego serca jest w pełni uzasadniony. Nie mniej usprawiedliwione jest przerażenie wywołane faktem, że grzech doprowadził do śmierci kochanej przez nas osoby. Postępujemy właściwie, gdy opłakujemy tych, którzy odeszli, albowiem to nie powinno było nastąpić. Człowiek został pozbawiony życia przez zło.
Z drugiej jednak strony, możemy odmówić uznania śmierci za ostatnie słowo, ostatnie wydarzenie życia. Możemy się cieszyć, ponieważ dla niego czy dla niej rozpoczęło się nowe, bezgranicznie wolne życie. I w tym wypadku możemy płakać nad sobą, naszą bolesną stratą i osamotnieniem, ale jednocześnie powinniśmy nauczyć się tego, co przewidział już i zapowiedział Stary Testament: „Miłość, silna jak śmierć”. To miłość, która nie pozwala zaniknąć pamięci o umiłowanym; miłość, która o naszym związku z ukochanym człowiekiem nie pozwala mówić w czasie przeszłym: „Kochałam go, byliśmy tak blisko”, ale sprawia, że ciągle myślimy o nim w czasie teraźniejszym: „Kocham go, jesteśmy tak blisko”.
W Nowym Testamencie znajdujemy coś jeszcze bardziej wspaniałego, bowiem wraz ze Zmartwychwstaniem Chrystusa śmierć zostaje prawdziwie unicestwiona. Śmierć pokonana została na kilka sposobów. Jest przezwyciężona, albowiem dzięki temu, że Chrystus powstał z martwych wiemy, iż nie jest ostatecznym końcem i jesteśmy powołani do tego, aby ponownie powstać i żyć. Jego zstąpienie do Otchłani przynosi również zwycięstwo nad grzechem i nad samą śmiercią. W Starym Testamencie najstraszliwszym przejawem śmierci było to, że oddzielenie od Boga powodujące śmierć, przez tę samą śmierć stało się rozłąką ostateczną i nie do pokonania. Wszyscy ci – a dotyczyło to każdego – którzy umarli wskutek utraty Boga, poprzez śmierć utracili Go na zawsze. Starotestamentowy Szeol był miejscem, gdzie nie było Boga. Było to miejsce ostatecznej, bezpowrotnej rozłąki i nieobecności.
Dzięki Zmartwychwstaniu Chrystusa, przez Jego zstąpienie do Otchłani i pognębienie piekła, to już się skończyło. Mimo że śmierć ciągle doprowadza do rozdarcia i bólu rozłąki, jednak nie powoduje już oderwania od Boga. Wprost przeciwnie, śmierć jest momentem, w którym stajemy przed obliczem Boga bez względu na to, jak bardzo byliśmy od Niego oddaleni, bez względu na to, jak wiele brakowało do harmonii pełnego z Nim zjednoczenia. Bóg jest Zbawicielem świata. Czyż nie powtarzał wielokrotnie: „Nie przyszedłem, aby świat sądzić, lecz aby go zbawić” (J 12,47)? Stajemy przed Tym, który jest zbawieniem.
Jak widać, śmierć ma dwuznaczny, niejasny czy też zagadkowy charakter. Jeśli jednak jesteśmy własnością Chrystusa, to w obliczu głębokich ran powodowanych bolesną utratą ukochanej osoby i naszym ziemskim osamotnieniem, nie mamy prawa pozwolić sobie na to, aby w agonii umierającego nie dostrzec narodzin do wieczności. W śmierci jest również moc życia, która nas dosięga. Jeżeli nasza miłość jest wierna, jeżeli zdolni jesteśmy do tego, aby pamiętać nie tylko umysłem, ale i sercem, wówczas o tych, których kochaliśmy na ziemi można będzie powiedzieć słowami Chrystusa: „Gdzie jest twój skarb, tam będzie też i twoje serce” (Mt 6,21).
Jeżeli w ogóle jest to możliwe, to na pewno bardzo trudno przychodzi mówić o kwestiach życia i śmierci bezosobowo. W naszym codziennym życiu zwykle nie jest ona tematem głębokich rozważań. Stykamy się z nią, kiedy tracimy kogoś bliskiego. To „zastępcze” doświadczenie śmierci służy nam za punkt wyjścia do późniejszej refleksji nad naszym własnym odejściem. Dzięki niemu możemy odnieść się do tego złożonego zagadnienia.
Mój ojciec był nieśmiałym człowiekiem. Mówił niewiele i niewiele ze sobą rozmawialiśmy. W Dzień Paschy przez krótką chwilę źle się poczuł i w związku z tym położył się. Usiadłem przy nim i po raz pierwszy w życiu rozmawialiśmy z pełną szczerością. Najważniejsze w tym wszystkim nie były wypowiadane przez nas słowa, ale otwartość umysłu i serca. Rozwarły się wrota. Nasze milczenie było równie otwarte i głębokie jak słowa.
Chwilę później musiałem wyjść. Pożegnałem się ze wszystkimi, którzy byli wówczas w pokoju, ale nie z nim. Czułem bowiem, że po takim spotkaniu nigdy się ze sobą nie rozstaniemy. Nie było żadnego „żegnaj”. Nie padło nawet au revoir, „do zobaczenia”, albowiem spotkaliśmy się i tak już pozostało, na zawsze.
Ojciec zmarł tej samej nocy. Pamiętam jak po powrocie ze szpitala, gdzie pracowałem, dowiedziałem się, że nie żyje. Udałem się do jego pokoju i zamknąłem za sobą drzwi. Tym, co odczułem była jakość i głębia ciszy, która wcale nie była brakiem hałasu czy też nieobecnością dźwięku. Odczuwałem ciszę, która była namacalna, „ciszę, która była obecnością”, jak w jednej ze swych powieści napisał francuski pisarz Georges Bernanos.
Powiedziałem wówczas do siebie: „A ludzie ośmielają się twierdzić, że istnieje śmierć. Co za kłamstwo”.
Być może wyjaśnia to, dlaczego moje podejście do śmierci zdaje się być tak jednostronne: dlaczego dostrzegam jej chwałę, a nie tylko ból i żałobę. Moje przeżycie odnosi się do nagłej, nieoczekiwanej śmierci, która przychodzi jak złodziej w nocy. Jeśli takie doznanie spotka ciebie, zrozumiesz zapewne, jak można się radować, gdy serce płonie w bólu i śmiertelnych męczarniach oraz jak to możliwe, że – o tym będziemy mówić niebawem – w czasie pogrzebowego nabożeństwa wypowiadamy słowa: „Błogosławiona jest droga, którą kroczysz dzisiaj, o duszo, albowiem przygotowane jest już dla ciebie miejsce spoczynku”. Z tego samego powodu w tym samym nabożeństwie używamy słów psalmu, który jak gdyby poprzez usta zmarłego zwraca się do nas, mówiąc: „Żyje dusza moja i oddaje chwałę Panu”.
Częściej jednak stajemy w obliczu długiej, lub krótkiej przedśmiertnej choroby bądź podeszłego wieku, które, w zależności od punktu widzenia, stopniowo prowadzą albo do grobu, albo do wolności. Jest to ostateczne spotkanie, do którego, świadomie czy też nieświadomie, każdy z nas tęskni i dąży przez całe swoje ziemskie życie – to spotkanie twarzą w twarz z żywym Bogiem, spotkanie z Życiem Wiecznym i nasza z Nim wspólnota. Temu okresowi choroby lub niedomaganiom podeszłego wiekowi trzeba stawić czoło i spożytkować go twórczo i pożytecznie.
Jedną z największych tragedii życia, która przynosi umysłowi człowieka wielką udrękę, jest obraz coraz bardziej starzejącej się umiłowanej osoby, tego jak traci swe fizyczne i umysłowe zdolności, zdaje się tracić to, co wydaje się nam najcenniejsze: jasny umysł, trzeźwe podejście do życia, poczucie humoru i tym podobne. Bardzo często zamykamy oczy, żeby tego nie dostrzegać, albowiem boimy się patrzeć, widzieć i przewidywać. W rezultacie doprowadzamy do tego, że śmierć przychodzi nagle i przynosi nie tylko koszmar zaskoczenia wywoływany jej nieoczekiwanym nadejściem, ale również dodatkowy ból powodowany tym, że to wszystko dosięga nas w sytuacji, kiedy jesteśmy najbardziej podatni na rany.
Dzieje się tak, ponieważ w czasie kiedy narastał w nas ból, obawa i udręka, nie dawaliśmy im wolności wyrazu i żadnej możliwości osiągnięcia stanu dojrzałości. Cios tego rodzaju jest jeszcze bardziej bolesny i zgubny, niż ten spowodowany nagłą śmiercią, ponieważ oprócz przerażenia i bólu wywołanego utratą drogiej osoby, nakładają się nań wyrzuty sumienia i potępienie siebie za to, że nie wszystko, co było w naszej mocy zostało zrobione. Dokonanie tego wymusiłoby na nas prawdę oraz otwarcie się zarówno nas, jak i umierającego, na fakt, że śmierć stopniowo otwiera drzwi. Pewnego dnia otworzą się one na oścież i ukochany będzie musiał przez nie przejść nie oglądając się za siebie.
Ilekroć stajemy w obliczu zbliżającej się stopniowo nieuchronnej utraty bliskiego nam człowieka, niezmiernie ważnym jest abyśmy od samego początku próbowali stawić jej czoło w jak najbardziej zrównoważony sposób. Można tego dokonać jedynie za życia bliskiego, kiedy ciągle jest wśród nas, bowiem wobec myśli o nadchodzącej śmierci rozpościera się przed nami rzeczywistość jego żywej obecności. Na tej pewności możemy bazować przez cały czas trwania procesu uświadamiania sobie zawiłości charakteru nadchodzącej utraty. Istotne jest zachowanie równowagi pomiędzy mocą rzeczywistości i słabością myśli, która umożliwia nam przygotowanie się na śmierć drogich nam ludzi.
Jak powiedziałem już wcześniej, przygotowanie to wymaga również takiego podejścia do śmierci, które z jednej strony uznaje potworność i ból utraty bliskiego, ale z drugiej zgadza się również z faktem, że śmierć jest bramą, która otwiera wejście do życia wiecznego. „Pragnę rozstać się z życiem i być z Chrystusem, co byłoby lepsze” (Flp 1,23), wyznał św. Paweł. Ten okres przygotowań można zilustrować kilkoma przykładami.
Moja matka zmarła na raka. Chorowała trzy lata. Była operowana, ale bez powodzenia. Lekarz powiedział mi o tym, po czy dodał: „Ale oczywiście nie powiesz o tym matce”.
„Powiem” – odpowiedziałem. I zrobiłem to.
Pamiętam jak mówiłem jej o tym, że dzwonił jej lekarz i że operacja nie powiodła się. Milczeliśmy przez chwilę, po czym mama powiedziała: „Tak więc umrę”.
Potwierdziłem jej słowa mówiąc: „Tak”.
Wówczas pozostaliśmy razem w całkowitym milczeniu, rozumiejąc się bez słów. Nie sądzę, że rozmyślaliśmy o tym. Stanęliśmy w obliczu czegoś, co weszło w nasze życie i całkowicie je odmieniło. Nie był to cień. To nie było zło, ani przerażenie. Była to ostateczność. Musieliśmy stanąć w jej obliczu, nie wiedząc jeszcze w czym się ona przejawi. Pozostawaliśmy w tym stanie tak długo, jak wydawało się nam potrzebne. I życie popłynęło dalej.
Skutek tego był dwojaki. Po pierwsze, żadne z nas ani przez chwilę nie było otoczone murem kłamstwa, zmuszone do ukrywania swych uczuć, pozbawione wzajemnej pomocy. Nie zdarzyło się, abym musiał wchodzić do jej pokoju z uśmiechem, który nie był prawdziwy czy też wypowiadać słowa nieprawdy. Ani przez chwilę nie próbowaliśmy odgrywać sztuki teatralnej o życiu, które zwycięża śmierć, zanikającej chorobie, nazywać rzeczy lepszymi niż były w rzeczywistości, dobrze wiedząc, że to nieprawda. Ani przez chwilę nie byliśmy pozbawieni wzajemnej pomocy. Były chwile, kiedy mama odczuwała jej wzmożoną potrzebę. Dzwoniła wtedy dzwoneczkiem, a ja przychodziłem i rozmawialiśmy o jej umieraniu i o mojej nadchodzącej bolesnej stracie.
Kochała życie. Kochała je niezmiernie. Kilka dni przed śmiercią powiedziała, że byłaby gotowa żyć nawet sto pięćdziesiąt lat w cierpieniu, byle tylko żyć. Kochała nas. Smuciła się naszą rozłąką: „O, choćby utraconej dłoni jedno dotknięcie i choćby jeden dźwięk głosu, który zamilkł”. Były też momenty, kiedy i ja odczuwałem ból tej sytuacji. Wówczas przychodziłem porozmawiać o tym z mamą. A ona podtrzymywała mnie na duchu i pomagała stanąć w obliczu swej śmierci. Była to prawdziwa i głęboka więź. Nie było w niej nic z kłamstwa. Wszystko co było prawdą, mogło przeto znaleźć tam miejsce.
Była też inna strona tej sytuacji, o czym wspomniałem już wcześniej. Ponieważ śmierć może przyjść w każdej chwili i byłoby za późno, żeby uporządkować coś, co uległo zepsuciu czy poszło w niewłaściwym kierunku, całe życie i każda jego chwila musi być w miarę możliwości doskonałym oraz pełnym wyrazu związkiem poszanowania i miłości. Tylko śmierć może sprawić, że rzeczy, które wydają się być małymi i bez znaczenia, stają się wspaniałymi i ważnymi znakami. Sposób ustawienia filiżanki herbaty na tacy, to, jak układasz poduszki pod głową chorego, brzmienie głosu, sposób poruszania się – wszystko to może być wyrazem tego, co zawiera się w związku między dwojgiem ludzi.
Jeśli pojawiła się jakaś fałszywa nuta, jakaś rysa, jeśli coś poszło nie tak, starajmy się naprawić to już teraz, albowiem trzeba się liczyć z niechybną pewnością, że później może być już za późno. Śmierć stawia nas w obliczu prawdy życia, ukazując ją z taką ostrością i przejrzystością, jakiej nic innego nie jest w stanie zapewnić.
Gdy stajemy w obliczu własnej śmieci czy też śmierci innej osoby, niezwykle ważna jest dla nas świadomość wieczności. Jakieś trzydzieści lat temu przywieziono do szpitala człowieka z objawami niegroźnej, wydawałoby się, choroby. W trakcie badań okazało się, że miał nowotwór, którego nie da się chirurgicznie operować. Powiedziano o tym jego siostrze i mnie, ale on o tym się nie dowiedział. Był rześki, silny, pełen życia.
Powiedział mi wówczas: „Mam tak wiele do zrobienia, a oto leżę tutaj, przykuty do łóżka – nie wiadomo na jak długo?”
Odpowiedziałem mu na to: „Jakże często mówiłeś mi, że marzysz o tym, żeby można było zatrzymać czas po to, abyś w końcu mógł być zamiast ciągle coś robić. Nigdy ci się to nie udało. Bóg zrobił to za ciebie. Teraz przyszedł twój czas na to, żebyś był”. Postawiony w obliczu konieczności bycia, co można by nazwać sytuacją wielce kontemplacyjną, okazał się bardzo zdezorientowany i zapytał: „Co mam robić?”
Powiedziałem mu, że choroba i śmierć uwarunkowane są nie tylko przez zmiany fizjologiczne – przez zarazki czy patologie – ale również przez wszystko, co niszczy nasze siły wewnętrzne. Może to być tak zwane negatywne myślenie czy odczuwanie – wszystko, co wyczerpuje w nas moc życia, co nie pozwala życiu płynąć jak czysty i bystry górski potok. Podsunąłem mu myśl o tym, że powinien naprawić, nie tylko zewnętrznie, ale i w swoim wnętrzu, wszelkie błędy, które w okolicznościach jego życia pojawiły się w relacjach z ludźmi i w jego stosunku do samego siebie. Najlepiej rozpocząć od chwili obecnej. Po uporządkowaniu teraźniejszości, powinien w pokajaniu, z uznaniem oraz z wdzięcznością zwrócić się ku przeszłości i sięgać w nią coraz to głębiej, dokonując rozrachunku, pojednania ze wszystkimi i ze wszystkim, rozplątując każdy węzeł, uświadamiając sobie każde zło, dochodząc do zgody z całym życiem – a jego życie było trudne.
Tak też przechodziliśmy ten proces, dzień po dniu, z miesiąca na miesiąc. Pacjent pogodził się z całym swoim życiem. Pamiętam jak u kresu swych dni, leżąc w łóżku i nie będąc w stanie podnieść do ust łyżeczki, mówił do mnie: „Moje ciało jest prawie martwe, ale nigdy jeszcze tak wyraźnie nie czułem, że żyję”. Dokonał odkrycia, że pomimo ścisłego z nim związku, życie nie było jego ciałem – dostąpił rzeczywistości, której śmierć jego ciała zniszczyć nie mogła.
Tego rodzaju doświadczenie jest bardzo ważne. Powinniśmy starać się przeżywać je często w ciągu całego naszego życia. Dzięki temu będziemy w stanie doznać mocy życia wiecznego w nas samych i w związku z tym nie będziemy musieli obawiać się tego, co mogłoby spotkać nasze tymczasowe życie, które też należy do nas.
ROZŁĄKA
Nasz pierwszy i najbardziej długotrwały kontakt ze śmiercią przychodzi z bolesną utratą bliskiej nam osoby. Ucząc się rozumieć i przeżywać śmierć innych, w nich i w nas samych – uczymy się jak stawać w jej obliczu i jak w swoim czasie stanąć twarzą w twarz z naszą własną śmiercią, początkowo jako możliwością – w istocie nieuniknioną pewnością, którą często odsuwamy od siebie na tyle daleko, że przestajemy się z nią liczyć - a później z rzeczywistością, która nas spotyka.
Jednym z podstawowych problemów, przed którymi stajemy doświadczając utraty bliskiej nam osoby, jest doznanie osamotnienia. Doświadczamy bólu rozłąki i opuszczenia przez jedyną liczącą się dla nas osobę, która wypełniała cały czas i całą przestrzeń wokół nas, zajmowała całe serce. Nawet jeśli całe serce nie było zaangażowane, zmarły pozostawia nas z przepastną pustką. Podczas choroby, poświęcaliśmy jego osobie o wiele więcej czasu niż dotychczas. Nasze poczynania koncentrowały się na nim i na niego zwrócona była nasza uwaga. Z chwilą śmierci, ci którzy pozostają, bardzo często wmawiają sobie czy też odczuwają, że ich starania były bezcelowe, nie odniosły żadnego bezpośredniego i doraźnego skutku, nie były ani dostatecznie skupione, ani ukierunkowane. Życie, które było pełne bólu, udręki i płynęło jak rwący potok, teraz zamienia się w trzęsawisko.
Samotność oznacza również, że nie ma już osoby, z którą moglibyśmy porozmawiać, osoby której moglibyśmy wysłuchać lub też poświęcić więcej uwagi, osoby która odpowiada i reaguje, osoby wobec której nie pozostajemy obojętni. Osoba, która nas opuszcza jest, częściej niż zwykle, tą właśnie, która przydaje nam wartości postrzeganej naszymi własnymi oczyma, dla której mieliśmy jakieś znaczenie, która nadawała sens naszemu istnieniu.
Przy okazji cerkiewnych ślubów wielokrotnie cytowałem słowa Leona Bloy: „Kiedy mówisz komuś «Kocham cię», to tak, jak gdybyś mówił «Nigdy nie umrzesz»”. Można też je odnieść do spowodowanej śmiercią rozłąki. Zmarły nie będzie już mógł podkreślać naszego najwyższego znaczenia, naszej najwyższej wartości. Nie będziemy już mogli usłyszeć jak mówi: „Kocham cię”. Tym samym kończy się zapewnianie nam dotychczasowego uznania i akceptacji. Musimy spojrzeć tej prawdzie w oczy. Nie jest to coś, co musi czy też może być odłożone na stronę, coś o czym można zapomnieć albo czego można uniknąć. Powstaje próżnia, która nigdy nie powinna być sztucznie wypełniana czymś innym.
Musimy być przygotowani do stwierdzenia, że ból jest jednym z przejawów miłości. Skoro utrzymujemy, że prawdziwie kochaliśmy osobę, która właśnie z tego życia odeszła, musimy być przygotowani na to, aby kochać ją w bólu i poprzez ból, tak jak wcześniej kochaliśmy ją w radości i przez radość – potwierdzając tę miłość radością wspólnego życia. Wymaga to odwagi i myślę, że w tym względzie bardzo wiele pozostaje do wyjaśnienia, szczególnie teraz, gdy uciekając przed bólem ludzie tak masowo sięgają po środki uspokajające, alkohol czy też dla zapomnienia oddają się wątpliwej jakości rozrywce lub różnego rodzaju uciechom. Z pewnością można zagłuszyć to, co dzieje się w ludzkiej duszy. Skutkiem jednak będzie chaos i zubożenie.
Mówiąc o zaistniałym wcześniej związku miłości, osoba dotknięta utratą kogoś bliskiego powinna nauczyć się również nie używać czasu przeszłego. Nigdy nie należy mówić: „Kochaliśmy się z wzajemnością”. Zawsze należy stwierdzać: „Kochamy się nawzajem”.
Jeśli pozwolimy na to, aby nasza miłość stała się domeną przeszłości, będziemy musieli przyznać, że nie wierzymy w nieprzerwane życie osoby, która odeszła. Dopuszczając do tego, będziemy musieli uznać, że staliśmy się niewierzącymi – ateistami w najgorszym tego słowa znaczeniu i podchodzimy do życia z zupełnie innego punktu widzenia. Jeśli nie ma Boga, jeżeli nie ma życia wiecznego, to śmierć, która nastąpiła, nie ma w ogóle żadnego nadprzyrodzonego znaczenia i jest jedynie wydarzeniem w ramach historii naturalnej. Taka jest konsekwencja praw fizyki i chemii, a człowiek istnieje dalej nie jako osoba, ale jako część natury. W każdym bądź razie musimy uczciwie odnieść się albo do naszej wiary, albo do jej braku, po czym zgodnie z wynikami tej analizy postępować dalej.
Ci, którzy pozostają przy życiu bardzo często odczuwają, że ból spowodowany odejściem ukochanej osoby nie jest tylko ich udziałem; to strata, która dotyka wszystkich wokół i pozbawia ich czegoś bardzo cennego – rozumu, serca i woli, prawdy i piękna objawianych w postępowaniu zmarłego. Straty tej doświadcza każdy dotknięty bólem rozłąki. W tym miejscu musimy pamiętać również o tym – i jest to bardzo istotne – że każdy, kto żyje, daje przykład albo dobrego, albo marnego i niegodnego życia. Powinniśmy uczyć się od wszystkich, żywych i umarłych. Trzeba unikać tego, co złe i gorliwie naśladować to, co dobre. Każdy, kto znał zmarłego, powinien głęboko zastanowić się nad znakiem pozostawionym przez jego życie na naszym własnym istnieniu. Powinien zastanowić się nad tym, jakie nasiona zasiało jego życie i jakie przyniosło owoce.
W Ewangelii jest też mowa o tym, że „dopóki ziarno nie obumrze, nie przyniesie plonu, ale gdy obumrze przyniesie plon trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny”. Dokładnie to samo może się zdarzyć, gdy angażując całe nasze serce, umysł i pamięć, całą naszą zdolność postrzegania i poczucie sprawiedliwości, spróbujemy przeanalizować życie tych, którzy odeszli. Jeśli wystarczy nam odwagi użyć miecza – Bożego miecza – aby oddzielić światłość od ciemności, całej naszej zdolności rozróżniania po to, by oddzielić plewy od ziarna, wówczas wszyscy, którzy znali zmarłego, będą mogli zbierać owoce jego życia. Każdy z nas będzie mógł żyć według wskazanego i przyjętego przykładu oraz gorliwie naśladować to wszystko, co w jego życiu godne jest naśladowania.
W czasie nabożeństwa pogrzebowego stoimy z zapalonymi świecami. Ma to podwójne znaczenie. Pierwsze z nich jest oczywiste: zwiastujemy zmartwychwstanie. Dokładnie tak samo stoimy w cerkwi w noc paschalną. Co więcej, poprzez ten gest świadczymy przed Bogiem, że odprowadzana przez nas osoba wniosła w mrok tego świata co najmniej jedną iskierkę światła; że nie żyła na próżno. Światło to zachowamy, będziemy je chronić, pomnażać i dzielić z innymi tak, aby oświecało coraz to więcej ludzi, aby, o ile to możliwe, zajaśniało trzydziestokrotnie, sześćdziesięciokrotnie i stokrotnie.
Jeśli ułożymy swe życie tak, aby było przedłużeniem ziemskiego życia zmarłego, jeśli zdecydujemy się być ciągiem dalszym wszystkiego tego, co było w nim szlachetne i dobre, prawdziwe i święte, sprawimy że jego życie naprawdę nie okaże się przeżytym na próżno. My również odczujemy, że nie żyjemy na próżno. Skoro będziemy mieć obowiązek do spełnienia, nie będzie w nas miejsca na nadzieję szybkiej śmierci.
Pozostajemy po to, aby wszystko, cośmy zobaczyli i usłyszeli, wszystko czegośmy doświadczyli, mogło się mnożyć i rozprzestrzeniać, aby mogło stać się nowym łańcuchem światła na ziemi. Jeśli z niezachwianą pewnością możemy stwierdzić, że ten, który odszedł z tego życia był dla nas skarbem, wówczas tam gdzie nasz skarb powinno znaleźć się i nasze serce. Wspólnie z osobą, która wkroczyła w wieczność, powinniśmy żyć tak doskonale i tak głęboko, jak to możliwe tylko w wieczności. Jest to bowiem jedyne miejsce gdzie z tymi, którzy odeszli możemy być razem. Oznacza to, że z czasem, kiedy coraz większa grupa ukochanych przez nas ludzi zakończy swe ziemskie pielgrzymowanie i wejdzie w trwałość i pokój życia wiecznego, powinniśmy odczuwać, jak utrwala się i dopełnia nasza przynależność do tamtego świata, a jego wartości stają się coraz bardziej naszym udziałem.
Jeśli jedną z ukochanych przez nas osób, tym najbardziej cennym dla nas skarbem jest sam Jezus Chrystus, wówczas podobnie jak św. Paweł, będąc jeszcze tutaj na ziemi, będziemy mogli prawdziwie, z całego serca i całym umysłem, całą naszą ludzką naturą tęsknić za dniem, w którym będziemy z Nim nierozerwalnie zjednoczeni.
Spotkanie z własną śmiercią przeżywamy bardzo różnie, w zależności od naszego wieku i okoliczności. Odmiennie postrzegamy ją w różnych sytuacjach i latach naszego życia. Pomyślmy o dzieciach, które słysząc słowo „śmierć”, mają zapewne mgliste o niej pojęcie. Jeśli utraciły rodziców i przeżywały to w samotności, ich postrzeganie dotyczy bardziej bolesnej utraty niżeli samej śmierci.
Może dojść do sytuacji, w których dziecko styka się ze śmiercią w makabryczny sposób, po czym odbija się to na jego zdrowiu. Można jednak doprowadzać do tego rozsądnie i zdrowo, jak obrazuje to następująca historia. Po długiej i pełnej cierpienia chorobie zmarła ukochana babcia. Wezwano mnie tam i gdy przybyłem, zauważyłem, że z domu usunięto dzieci. Zapytałem o to rodziców i w odpowiedzi usłyszałem: „Nie mogliśmy pozwolić na to, żeby dzieci przebywały w domu, gdzie znajdują się zwłoki”.
„Ależ dlaczego?”
„Bo wiedzą, co to jest śmierć”.
„A czymże dla nich jest śmierć?” – zapytałem.
„Kilka dni temu widziały w ogrodzie małego królika rozerwanego na strzępy przez jakiegoś kota, tak więc wiedzą, co to jest śmierć”.
Wyraziłem obawę, że skoro dzieci posiadły taki właśnie obraz śmierci, przez całe swoje życie na sam dźwięk tego słowa, za każdym razem, kiedy będą uczestniczyć w nabożeństwie żałobnym, na widok trumny – niewypowiedzianego lęku ukrytego w tym drewnianym pudle – będą zmuszone doświadczać tego samego uczucia przerażenia. Dzieci wróciły po długich debatach, podczas których rodzice stwierdzili, że jeśli pozwoli się im zobaczyć martwą babcię, niewątpliwie staną się kłębkiem nerwów. Obarczyli mnie odpowiedzialnością za stan ich umysłu.
Zaraz po powrocie dzieci zapytały: „Co właściwie stało się z babunią?”
Powiedziałem im wtedy: „Słyszałyście jak często powtarzała, że chciałaby w końcu dołączyć do swego męża, który odszedł wcześniej do Królestwa Bożego. W końcu się tego doczekała”.
„Czy to znaczy, że jest szczęśliwa?” – zapytało jedno z nich.
„Tak” – potwierdziłem.
Wtedy weszliśmy do pokoju, gdzie spoczywała babcia. Starsza pani, której twarz była zniszczona cierpieniem i udręką ostatnich lat choroby, spoczywała w całkowitej ciszy i spokoju. Było coś majestatycznego w tym bezruchu.
Jedno z dzieci powiedziało: „A więc to jest śmierć”.
A drugie z nich dodało: „Jaka piękna”.
Mamy tu do czynienia z dwoma postaciami tego samego doświadczenia. Czy mamy pozwolić dzieciom zapamiętać śmierć w obrazie rozszarpanego na strzępy króliczka, czy też powinniśmy pomóc im ujrzeć ów spokój i piękno śmierci?
Prawosławna praktyka nakazuje, aby ciało zmarłego najszybciej jak to możliwe przenieść do cerkwi. Modlimy się przy otwartej trumnie. Podchodzą do niej i dorośli, i dzieci. Śmierć nie jest czymś co trzeba ukrywać - to naturalna część życia. Spoglądając na twarz zmarłej osoby dzieci widzą spokój.
Zmarłych żegnamy pocałunkiem. W tym momencie nie powinniśmy zapomnieć, aby uprzedzić dzieci, że gdy będą całować czoło osoby, która zawsze była ciepła, tym razem będzie ono zimne. Możemy powiedzieć, że to „znak śmierci”. Życie kojarzy się z ciepłem. Śmierć jest chłodna. Dziecko nie będzie wówczas przerażone, ponieważ doznanie ciepła i zimna nie jest mu obce; każde z nich ma swoją naturę, każde z nich ma swe znaczenie.
ŚMIERĆ
Przechodzimy teraz do nabożeństw, które w Kościele prawosławnym związane są ze śmiercią. Dwa z nich znane są wszystkim prawosławnym chrześcijanom. To przede wszystkim krótkie nabożeństwo za zmarłych – panichida oraz nabożeństwo pogrzebowe ludzi świeckich. Pozostałe ryty nabożeństw: kanon czytany nad osobą, której odejście z tego życia jest szczególnie trudne oraz nabożeństwo pogrzebu małego dziecka i pożegnanie kapłana, sprawowane są o wiele rzadziej i przez to nie są tak powszechnie znane. Tutaj chciałbym wyszczególnić pewne wspólne dla nich wszystkich cechy charakterystyczne.
Nabożeństwa te działają dwustronnie. Są w nich bowiem przejawy troski zarówno o duszę, jak i o ciało. Wspólna dla wszystkich Kościołów jest modlitewna troska o duszę, która odchodzi czy też już odeszła. Jednak prawosławie bardzo szczególną i znaczącą uwagę poświęca również ciału. W panichidzie skupia się ona na duszy, która przebywa już teraz w wieczności, przed obliczem Boga Żywego. Doświadcza ona ciągle pogłębiającej się z Nim łączności. W nabożeństwie pogrzebowym, obok troski o duszę, która odeszła, ale ciągle przebywa jeszcze blisko ziemi, wyrażane jest również głębokie zainteresowanie ciałem.
Podczas sprawowania nabożeństwa pogrzebowego, ciało postrzegane jest dwojako. Z jednej strony, świadomi jesteśmy tego, jak ciało skazane jest na rozkład: „Bo prochem jesteś i w proch się obrócisz” (Rdz 3,19). Na myśl o tym i na widok martwego ciała odczuwamy przenikliwy ból. W naszym stosunku do zmarłego musimy jednak odnaleźć równowagę pomiędzy akceptacją rzeczywistości i pewnością naszej wiary; pomiędzy widokiem rozkładu a pewnością życia wiecznego; pomiędzy miłością do miejsca spoczynku tego, co pozostało z ukochanego ciała a pewnością, że nasza relacji trwa nadal w Bogu, w wieczności.
To pierwszy przejaw uczestnictwa ciała. W różnych modlitwach (np. w troparionie kanonu czy w hymnach Jana Damasceńskiego) znajdujemy odzwierciedlenie bólu i poczucia tragedii: powołane do życia wiecznego ludzkie ciało, zabijane jest przez zrodzoną z utraty Boga śmiertelność.
Z drugiej strony, w Piśmie Świętym pojęcia „ciało”, „osoba” czy „dusza” są wielokrotnie użyte dla oznaczenia całej osoby. W istocie, związek pomiędzy ciałem i duszą, pomiędzy ciałem a doznaniami ducha jest wręcz nierozerwalny. Św. Paweł zaświadcza o tym, mówiąc że „wiara rodzi się ze słyszenia, a słyszenie od Słowa Bożego”. Słowo jest wypowiadane, słowo jest słyszane, w jego przekazywaniu pośredniczy ciało poprzez usta mówiącego i uszy słuchającego, ale to samo słowo dociera również do serca, do umysłu, do głębi człowieka w taki sposób, że jedno słowo Boga może odmienić jego życie.
Wszyscy wiemy również jak bardzo zmysły naszego ciała angażują się w każde drgnienie naszego serca i umysłu; w jaki sposób miłość matki do dziecka wyrażana jest poprzez dotyk i troskliwą opiekę; jak wiele ukojenia może przynieść dotyk dłoni, jak wiele miłości, we wszystkich jej przejawach, znajduje swój wyraz za pośrednictwem ciała. Patrząc na ciało zmarłego, nie powinniśmy postrzegać go jako zrzuconego ubrania duszy – jak wielu usiłuje wmówić to sobie dla pocieszenia i ukojenia bólu. To nie ubranie i wcale nie jest odrzucane. To rzeczywiste ciało, prawdziwe i realne jak człowiek, jak dusza. Ale tylko w jedności ciała z duszą jesteśmy w pełni człowiekiem.
Kwestia ta podnoszona jest w zaskakujący sposób przez św. Izaaka Syryjczyka, który mówiąc o ciele, stwierdza, że wieczne przeznaczenie człowieka nie może być określone przed zmartwychwstaniem jego ciała, gdyż ma ono takie samo jak dusza prawo wybierania i decydowania o jego wiecznym losie. Słowa te są dla nas wielką tajemnicą, gdyż trudno nam to sobie wyobrazić. A jednak ciało to ja, tak samo jak jest mną dusza. Co więcej, widziany mogę być tylko wtedy, gdy są one jednością.
Toteż gdy patrzymy na ciało, odnosimy się doń ze czcią. Dostrzegamy w nim całe cierpienie i radość, całe misterium życia człowieka. Można by nazwać je widzialnym niewidzialnego. Nieprzypadkowo więc w cerkiewno-słowiańskich tekstach nabożeństw na określanie ciała używa się słowa moszczi, które oznacza również relikwie.
Nasze postrzeganie ciała jest dwojakie. Z jednej strony, to ze wszech miar ukochane i niezmiernie drogie ciało jako podporządkowane śmierci, zranione i zwyciężone przez śmiertelność. Z drugiej jednak strony, jako ziarno zasiane w celu powtórnego wzrostu w chwale nieśmiertelności poprzez zmartwychwstanie. Patrząc na ciało nie możemy nie dostrzec jego związku z Ciałem Chrystusa.
Św. Paweł użył stwierdzenia: „Nasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu” (Kol 3,3). Nasze cielesne człowieczeństwo ukryte jest w misterium Trójcy i ta cielesność obejmuje całe nasze człowieczeństwo. Powołanie naszego ciała dostrzegamy w Chrystusie i w Bogarodzicy – ma to być ciało chwalebne. Nie jesteśmy zatem rozdzieleni, ale znajdujemy się w trudnej sytuacji, bowiem ze złamanym z powodu rozłąki sercem i ze zdumieniem patrzymy na ludzkie ciało, które umiera, z zarazem poprzez wiarę i nadzieję postrzegamy je jako to, które pewnego dnia zmartwychwstanie jak ciało Chrystusa.
Zwróćmy się teraz ku duszy. Istnieje kilka modlitw, które poprzedzają śmierć człowieka. Zawierają one fragmenty związane z przygotowaniem do śmierci. Polega ono przede wszystkim na odwróceniu się od tego, co tymczasowe i zwróceniu ku temu, co wieczne. Tuż przed swym odejściem św. Serafim z Sarowa powiedział: „Cieleśnie zbliżam się do śmierci, a w duchu jestem jak nowo narodzony, gdyż odczuwam pełnię świeżości, całą świeżość początku a nie zakończenia”.
Czeka nas konieczność przygotowania się do śmierci poprzez surowy i wyzwalający proces dochodzenia do porozumienia, pojednania się ze wszystkimi, ze sobą, ze swym sumieniem, ze swym położeniem, z teraźniejszością i z przeszłością, z wydarzeniami i z ludźmi, a nawet z przyszłością, z nadchodzącą śmiercią. Istnieje potrzeba procesu, przez który, jak ujął to św. Izaak Syryjczyk, jednamy się z Bogiem, z naszym sumieniem, z naszym bliźnim, a nawet z rzeczami, którymi zajmowaliśmy się w życiu. Oznacza to, że cała ziemia może nam powiedzieć: „Idź w pokoju”. My zaś, ze swej strony, wszystkiemu czym była dla nas ziemia możemy również powiedzieć: „Zostańcie w pokoju, niech błogosławieństwo i pokój Boży będą z wami”.
Nie można wejść do życia wiecznego bez osiągnięcia pokoju, będąc zakutym w kajdany nienawiści. Chcąc się ich pozbyć, w krótkim czasie, jaki oferuje nam nadchodząca śmierć, powinniśmy niezwłocznie potraktować całe nasze życie jako wznoszenie się – wspinanie się ku wieczności, a nie stopniowe zstępowanie ku nicości i śmierci. Jest to wstępowanie do momentu, w którym przez wąskie wrota śmierci wejdziemy do wieczności – nie zrzucając z siebie ziemskiego życia, lecz przyoblekając się w wieczność, jak nauczał św. Paweł.
O ile w panichidzie cała uwaga skupia się na duszy, która odeszła, to w nabożeństwie pogrzebowym uwaga koncentruje się na duszy, która odchodzi. Według tradycji prawosławnej, przez pierwsze trzy dni po śmierci, dusza zmarłego czy zmarłej pozostaje na ziemi odwiedzając znane jej miejsca, przywołując na pamięć wszystko, co przeżyła; wszystko po to, aby mogła opuścić ziemię i stanąć przed Bogiem z całym bagażem swych wspomnień.
Przeto w ciągu tych trzech dni okazujemy zmarłym szczególną troskę. Zanoszone są modlitwy, sprawowane są panichidy, a nasze myśli skupiają się na tym wszystkim, co łączyło nas z osobą, która odeszła. My również mamy tu swoją rolę do spełnienia – musimy rozsupłać węzły nagromadzone w naszych duszach. Istotne jest, aby z głębi naszych serc i całego jestestwa powiedzieć odchodzącemu od nas człowiekowi: „Przebacz mi”, jak również: „Ja ci przebaczam, idź w pokoju”.
W ten sposób możemy odnaleźć sens starego powiedzenia, że nie powinno się mówić źle o umarłych. Jeśli prawdziwie, z głębi serca i duszy powiedzieliśmy zmarłemu: „Uwalniam cię; stanę przed Bogiem zwiastując przebaczenie; niech nic, co zaszło między nami nie stanie na twej drodze ku spełnieniu i wiecznej radości”, jakże możemy wracać do przeszłości i rozpamiętywać jakiekolwiek zło oraz gorycz?
Przebaczając, nie przymykamy oczu na rzeczywistość. Jeśli bowiem do życia tej osoby naprawdę zakradło się zło, jeśli naprawdę pojawiło się ono między nami, to jakże usilnie powinniśmy wówczas modlić się do Boga, aby nas – mnie i zmarłego – od niego uwolnił. Jakże żarliwie powinniśmy modlić się do Boga, aby usłyszeć słowa przebaczenia: „Idź w pokoju”. Bardzo ważne jest, aby słowa przebaczenia wypowiedzieć raz na zawsze. Wówczas rozpocznie się proces pogłębiania zrozumienia tego, co się dokonało i doświadczania coraz większej wolności.
W nabożeństwie pogrzebowym napotykamy też trudności. Aby rozpocząć je słowami „Błogosławiony jest Bóg nasz” (cs. Błagosłowien Boh nasz), potrzeba całej wiary i całego zdecydowania. Niekiedy wymaga to wysiłku aż do granic możliwości naszej wiary. „Pan dał, Pan wziął, niech Imię Pańskie będzie błogosławione” (Hi 1,21) – powiedział Hiob. Jednakże nie przychodzi to łatwo, kiedy nasze serca są rozdarte i kiedy widzimy umiłowaną ponad wszystko osobę na łożu śmierci.
Dalej następują modlitwy pełne wiary, modlitwy ludzkiej słabości – modlitwy wiary towarzyszące duszy zmarłego, ofiarowywane przed obliczem Boga jako zapewnienie o naszej miłości. W rzeczywistości są one składanym Bogu świadectwem, że zmarły nie żył na próżno. Bez względu na to, jak grzeszny i słaby był to człowiek, pozostawił po sobie wciąż kochającą, oddaną pamięć. Wszystko obróci się w pył, ale miłość przetrwa wszystko. Z chwilą gdy wiarę zastępuje wizja a nadzieję posiadanie, wiara przemija a nadzieja zanika, ale miłość nigdy nie gaśnie.
Gdy modlimy się za zmarłego, słowa modlitwy sprowadzają się do stwierdzenia: „Panie, człowiek ten żył nie na próżno. Tym, co pozostawił po sobie na ziemi jest dobry przykład i miłość; ten przykład będziemy naśladować, a miłość nigdy nie ustanie”.
Zacytowałem wcześniej słowa Leona Bloy: „Kiedy mówisz komuś «Kocham cię», to tak, jak gdybyś mówił «Nigdy nie umrzesz»”. Zwiastując przed Bogiem nasze nieśmiertelne umiłowanie zmarłego, utwierdzamy go nie tylko w czasie, ale i w wieczności. A gdy w czasie nabożeństwa stoimy z zapalonymi świecami, zaprawdę głosimy zarówno naszą wiarę w zmartwychwstanie, jak też świadczymy przed obliczem Boga, że zmarły wniósł do tego świata promień światła. „Niech światłość wasza zajaśnieje przed wszystkimi ludźmi, aby widząc wasze dobre uczynki, mogli oddać chwałę waszemu Ojcu, który jest w niebie”. Być może człowiek ten nie ukazał nam twórczego światła, ani też nie poraził nas geniuszem, pięknem czy też talentem, ale sprawił, że zajaśniało światło Boga, światło niestworzonej Bożej chwały. Jest to coś, co nigdy nie zgaśnie na ziemi.
Możemy stać ze złamanym sercem i tym niemniej głosić jednak słowa wiary: „Błogosławiony jest Bóg nasz [...]”. Gdy przed naszymi oczyma spoczywa martwe ciało kochanej przez nas osoby, może zdarzyć się, że jeszcze bardziej tragicznie zabrzmią słowa troparionu Zmartwychwstania: „Chrystus powstał z martwych, śmiercią śmierć zwyciężył, a tych, którzy są w grobach, obdarzył życiem”. Jednakże głos Kościoła przynosi słowa otuchy i pocieszenia: „Błogosławiona droga, w którą udajesz się dzisiaj, duszo człowieka, gdyż przygotowane zostało ci miejsce ukojenia”.
Cały ból umierającego wyrażony jest w jednym z troparionów kanonu czytanego duszy, która przeżywając trud odchodzenia z tego świata, wzdycha: „Jakże bolesna jest myśl o naszej rozłące”. Zarazem jednak pojawia się nasza niezachwiana pewność, że śmierć, choć jest dla nas utratą i rozłąką, jest też narodzeniem do wieczności; iż jest to początek, a nie koniec; że śmierć to wspaniałe i uświęcone spotkanie pomiędzy Bogiem i żywą duszą, która swej pełni może dostąpić tylko w Bogu.
Niniejszy tekst to jeden z rozdziałów antologii p.t. „W drodze ku wieczności”. Wydawcą tej książki jest Prawosławna Diecezja Lubelsko-Chełmska. Więcej informacji i całą książkę znajdziesz w sklepiku www.cerkiew.pl
— metr. Antoni (Bloom), tłum. o. Włodzimierz Misijuk
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.