Pierwszy z wielkich optińskich starców – Lew (Lew Nagołkin), przyszedł na świat w 1768 r. w Karczewie, w guberni orłowskiej. Ponieważ pochodził z rodziny kupieckiej toteż w młodości, w celach handlowych, często jeździł po różnej maści jarmarkach.
Pierwszy z wielkich optińskich starców – Lew (Lew Nagołkin), przyszedł na świat w 1768 r. w Karczewie, w guberni orłowskiej. Ponieważ pochodził z rodziny kupieckiej toteż w młodości, w celach handlowych, często jeździł po różnej maści jarmarkach. Stykał się przy tym z ludźmi o przeróżnych osobowościach. Pozwoliło mu to na nabycie życiowego doświadczenia w kontaktach z ludźmi, co zaowocowało w jego późniejszej pracy duszpasterskiej. Nieznane są powody zmiany jego drogi życiowej. Nie wiele też wiadomo o jego wzroście duchowym w owych latach. Wiadomo jedynie, że w 1797 r., w wieku dwudziestu dziewięciu lat, wstępuje jako posłusznik (nowicjusz) do monasteru w Optinoj Pustyni. Po dwóch latach jednak przenosi się do monasteru Biełyje Bierega w guberni orłowskiej, gdzie poznaje uczniów starca Paisjusza Wieliczkowskiego: Fiodora oraz Kleopę.
W 1801 r. posłusznik Lew zostaje postrzyżony w mantię i przyjmuje imię Leonid. Dwudziestego drugiego grudnia tego samego roku przyjmuje święcenia diakońskie, zaś dwa dni później, kapłańskie.
Życie monastyczne młodego hieromnicha upływa na pracy i modlitwie. Do jego monasterskich obowiązków należy przede wszystkim praca w kuchni. Wysoki i silny z łatwością potrafi podnieść dwanaście pudów, czyli prawie dwieście kilogramów! Wykonywał też prace polowe. Swoim współbraciom imponował pokorą i posłuszeństwem. Pewnego dnia, gdy po ciężkim dniu pracy wrócił z sianokosów, został wysłany przez ihumena monasteru (przełożonego) na kliros gdzie, wraz z drugim mnichem, miał odśpiewać nabożeństwo Wsienoszcznoho Bdienija (Całonocnego Czuwania), trwające zazwyczaj kilka godzin. Ojciec Lew, tak jak stał, zmęczony i głodny, bez słowa protestu udał się natychmiast do cerkwi, by wypełnić polecenie przełożonego.
W 1804 r. o. Lew zostaje niespodziewanie wybrany ihumenem monasteru. Do tego stopnia nie spodziewał się wyboru, że podczas spotkania w tej sprawie udał się do kuchni, by warzyć kwas, bo jak sądził, nie miał nic do powiedzenia w powyższej kwestii. Wiadomość o wyborze, chociaż była dla niego zaskoczeniem, przyjął z pokorą, ale już cztery lata później zrezygnował z godności przełożonego, by wraz z Fiodorem i Kleopą udać się do pobliskiej leśnej pustelni i tam szukać samotnego życia wypełnionego postem i modlitwą. Starzec Fiodor zostaje ojcem duchowym Lwa i wprowadza go, w praktykowaniu modlitwy Jezusowej, w „modlitwę umysłu”. Lew zaś odwdzięcza się mu bezgranicznym oddaniem i posłuszeństwem, wyzutym jednakże z wszelkiej przesady i fanatyzmu.
Świętość życia trzech wielkich ascetów, z biegiem czasu, zaczyna przyciągać do ich pustelni tłumy ludzi. Tęskniąc za ciszą i spokojem, opuszczają to miejsce i udają się do jednego ze skitów monasteru Wałaam, gdzie spędzają kolejnych sześć lat swego życia. Tam też umiera o. Kleopa. Dość szybko, skit, w którym żyją Fiodor i Lew staje się duchowym centrum całego monasteru. Widząc ich doskonałość duchową, którą udało im się osiągnąć dzięki wieloletniej praktyce ascetycznej, nie tylko brać monasterska, ale też i liczni pielgrzymi proszą ich o duchowe porady. Taka jednakże sytuacja zaczyna wzbudzać niepokój ihumena Wałaamu, który obawia się o swój autorytet zagrożony, jego zdaniem, zbyt wielkimi wpływami obu mnichów. Zwraca się więc ze skargą do metropolity Sankt Petersburga, zarzucając im nowinkarstwo. Po zapoznaniu się ze sprawą i jej wyjaśnieniu, metropolita oddala skargę. Pomimo korzystnego dla nich rozstrzygnięcia, obaj starcy postanawiają jednak opuścić Wałaam, nie chcąc być przyczyną kolejnych konfliktów. W 1817 r. przenoszą się do monasteru Aleksandro-Swirskiego, gdzie też umiera, w 1822 r., ojciec Fiodor. W ostatnim okresie życia swego ojca duchowego, Lew czyni ogromne postępy w swym życiu duchowym, a jeszcze większe, już po jego śmierci, jakby właśnie to doświadczenie dało mu motywację do jeszcze większego ascetycznego wysiłku.
W 1829 r., wraz ze swoimi sześcioma uczniami starzec Lew przybywa do Optinoj Pustyni. Jego przybycie do tego monasteru wyznacza w tym miejscu początek epoki starczestwa, która rozsławiła ten monaster na całą Ruś. Od tego momentu, aż do zamknięcia monasteru w 1922 r. będzie istniał nieprzerwany łańcuch, następujących po sobie starców, który wyda niezliczone duchowe owoce.
Z polecenia przełożonego monasteru, archimandryty Mojżesza, ojciec Lew miał sprawować duchową pieczę nad braćmi i przybywającymi pielgrzymami. Wkrótce do Optinoj Pustyni przybywa o. Makary, który w przyszłości również zostanie starcem. W czasach, gdy był jeszcze zwykłym mnichem w Płoszczanskoj Pustyni, Makary zawarł znajomość z o. Lwem. Ogromne doświadczenie duchowe ojca Lwa, wywarło na nim wielkie wrażenie, dlatego też na wieść o tym, iż starzec zdecydował się osiedlić w Optino, Makary również tam przybywa, by powierzyć się jego duchowemu kierownictwo. Jak pokazała przyszłość, Makary stał się najbliższym uczniem starca Lwa, jego przyjacielem i powiernikiem, a potem także i następcą.
Do przebywającego w optińskim skicie starca Lwa udawali się po duchowe porady nie tylko mnisi, ale także całe rzesze zwykłych ludzi spragnionych duchowego przewodnika i mistrza. Byli wśród nich chłopi, kupcy, mieszczanie, parafialne duchowieństwo i inni. Starzec przyjmował wszystkich i nikt nie wychodził od niego z niczym. Każdy mógł liczyć na duchowe wsparcie i radę. Wśród tych wszystkich pielgrzymów byli też chorzy, a nawet opętani przez demony. Wielu z nich zostało, przez starca, w cudowny sposób uzdrowionych. O sile duchowej o. Lwa niech zaświadczy pewne wydarzenie, kiedy to przyprowadzono do niego opętaną kobietę. Ta zaś, gdy tylko go ujrzała, upadła przed starcem na twarz i zawołała nieludzkim głosem „Byłem w Kijowie, byłem w Moskwie, byłem w Woroneżu i nikt mnie nie przegnał, ale teraz wyjdę!!!”. Kiedy starzec przeczytał nad kobietą modlitwę i pomazał ją olejkiem z lampki palącej się przed Włodzimierską Ikoną Bogorodzicy, demon natychmiast opuścił jej ciało. Dziwiąc się tak niezwykłym darom, pewien mnich zapytał starca, jak wypędza złe duchy. Ojciec Lew odpowiedział: „To nie pochodzi ode mnie. Każdemu, według siły jego wiary, Bóg daje uzdrowienie za wstawiennictwem Bogorodzicy”. Zwycięstwo na demonami nie byłoby oczywiście możliwe bez wcześniejszego zwycięstwa nad własnymi namiętnościami. Zaiste, nikt nigdy nie widział, by starzec kiedykolwiek uniósł się gniewem, czy też by kiedykolwiek na cokolwiek lub na kogokolwiek narzekał. Zawsze spokojny i opanowany. Na pytanie jeszcze innego ucznia: „Batiuszka, jak zdobyliście takie dary duchowe?”, starzec odpowiedział: „Żyj prościej, a także ciebie Bóg nie zostawi i okaże swe miłosierdzie”.
Starzec nie lubił napuszenia i formalizmu, ani też przesadnej sentymentalnej duchowości zupełnie nie korespondującej z rzeczywistym rozwojem duchowym danej osoby. Mówił żartobliwym, prostym, barwnym ludowym językiem, nie dopuszczając, by ci, którzy go odwiedzali, poczuli się onieśmieleni. Lud też go kochał i zewsząd się do niego cisnął – jego kielia prawie zawsze była wypełniona tłumem pielgrzymów. Świętość, którą był przeniknięty i nadzwyczajne dary duchowe starzec próbował ukryć pod maską jurodstwa.
Chociaż był człowiek spokojnym i łagodnym nigdy nie był przesadnie pobłażliwy, jeśli chodzi o sprawy duchowe. Pewnego razu do starca przyszedł jakiś kupiec z prośbą o duchową radę. Ten jednakże zapytał go czy już wykonał to, co nakazał mu podczas jego poprzedniej wizyty, lecz kupiec odrzekł, iż nie może tego wypełnić. Wówczas starzec odwrócił się do swoich uczniów i rzekł: „Skoro tak, to wyrzućcie go precz!”. Uczniowie natychmiast wyprowadzili kupca, który wychodząc zgubił złotą monetę. Lew nakazał dać ją przechodzącemu mnichowi ze słowami: „On w podróży, więc mu się przyda”. Zszokowani świadkowie tej sceny zaniemówili z wrażenia, aż wreszcie któryś z mnichów odważył się spytać: „Ojcze, dlaczego tak surowo postąpiliście z tym kupcem?”. Starzec zaś odparł: „Jak można było postąpić inaczej? On już nie pierwszy raz do mnie przychodzi i prosi o pouczenie. Powiedziałem mu ostatnim razem, żeby porzucił palenie tytoniu. Obiecał, że to uczyni, a teraz mówi, że nie może wypełnić mego polecenia. Niech najpierw wypełni jedno, a potem przychodzi po drugie”.
Także inna historia ukazuje niekonwencjonalne metody postępowania starca. Niedaleko Optinoj Pustyni mieszkał bogaty ziemianin, dumny, gwałtowny i hardy. Nie był u spowiedzi siedemnaście lat. Mając dorosłe dzieci, żył bez ślubu z wiejską kobietą. Usłyszał o Lwie i zapragnął go zobaczyć. Uprzedzono o tym starca i kiedy ziemianin wszedł do kielii, o. Lew siedząc na łóżku wśród uczniów, zrobił jakby daszek z ręki i wpatrywał się w niego badawczym wzrokiem, a potem groźnie powiedział: „Oto bęcwał, przyszedł popatrzeć na grzesznego Lwa, a sam szelma, siedemnaście lat nie był u spowiedzi”. Pyszny dziedzic, porażony tonem, do jakiego nie przywykł, chciał się u niego wyspowiadać i poprosił, aby przełożony monasteru porozmawiał o tym ze starcem. Lew się zgodził, ale nałożył na niego epitemie i nie dopuścił do Świętej Eucharystii, dopóki nie zerwie grzesznego związku. Wkrótce potem właściciel ziemski odesłał tę kobietę ku radości swoich dzieci, które przyjechały do Optino podziękować starcowi za jego surowość.
Wydaje się wręcz rzeczą nieprawdopodobną, jak pośród tylu pielgrzymów starzec zdołał zachować w swej duszy stan wyciszenia. Spał krótko, zaledwie trzy lub cztery godziny. Wstawał już o drugiej w nocy, by oddać się modlitwie. Przez cały dzień przyjmował ludzi, wyplatając przy tym pasy, co było jego stałym zajęciem. Ubrany na biało, siadał pośród swoich uczniów, którzy klęczeli dookoła, słuchając jego nauk. Wieczorem, gdy pielgrzymi już odchodzili, uczniowie czytali mu prawiło , a on sam – Ewangelię. Jadał dwa razy dziennie, a przy stole prowadził z mnichami rozmowy na tematy duchowe. Zaś dwa razy w miesiącu przystępował do Świętej Eucharystii.
Gorliwa duszpasterska służba starca Lwa, sprawiła, że oddziaływanie miejscowego starczestwa wzrastało coraz bardziej. Z drugiej jednak strony pojawiły się też głosy sprzeciwu, także wśród monasterskiej braci. Kontrowersje wzbudzała zwłaszcza praktyka tzw. „odkrywania myśli” przed starcami, co wydawało się niektórym podważać sens sakramentu spowiedzi. Z rezerwą też przyjmowano fakt nieustannego kontaktu ze świeckimi pielgrzymami, a zwłaszcza z kobietami. Do tej pory skit był dla mnichów miejscem odosobnienia i modlitwy, a od czasu rozpoczęcia posługi przez starca Lwa stał się swoistym „centrum pielgrzymkowym”. W końcu sprawę przedstawiono biskupowi Kaługi, który wydał orzeczenie, iż „mnich, przyjmując na siebie śluby wielkiej schimy, powinien wieść życie w doskonałej samotności i modlitwie, nie zaś na rozmowach z ludźmi”. Ojcu Lwowi nakazano przenieść się ze skitu do samego monasteru oraz wydano zakaz kontaktów z pielgrzymami. Tego ostatniego polecenia nie udało się jednak wprowadzić w życie, gdyż ludzie wyczekiwali na starca pod drzwiami jego kielii nie cofając się nawet przed forsowaniem różnego rodzaju ogrodzeń, które miały ich trzymać z daleka od starca. Gdy tylko się pojawiał natychmiast otaczał go tłum ludzi, który cisnął się dosłownie zewsząd, by prosić ojca Lwa o błogosławieństwo, radę i modlitwę. O tym jak ogromne znaczenie odgrywał starzec w życiu tych wszystkich pielgrzymów niech zaświadczy także list hieromnicha Leonida (w przyszłości ihumena Troice-Siergiejewoj Ławry), w którym pisał, że często słyszał od prostego ludu jak ten powtarzał: „On dla nas biednych, nierozumnych jest bliższy niż rodzony ojciec. Bez niego stalibyśmy się zupełnymi sierotami”.
To wszystko stawiało przełożonego monasteru, ojca Mojżesza, w trudnej sytuacji. Chociaż sam był przekonany, że słuszność leży po stronie o. Lwa, to jednak, jako ihumen, musiał podporządkować się nakazom władz cerkiewnych. Niezręczność położenia o. Mojżesza uwidoczniała się zwłaszcza wtedy, gdy musiał interweniować w sprawie zbyt wielkiej liczby pielgrzymów wciąż odwiedzających starca. Gdy pewnego dnia zauważył, że jego kielia znów jest pełna ludzi, zwrócił mu uwagę: „Batiuszka! Cóż to robicie? Przecież zakazano wam przyjmować ludzi! Mogą was za to władze zesłać na Sołowki!”. Lew jednak odpowiedział: „Róbcie ze mną, co chcecie! Choćbyście mnie posłali na Sybir, zostanę tym samym Lwem! Popatrzcie na tych chorych – czy mogę im odmówić modlitwy, w której cała ich nadzieja, której oczekują i która według ich wiary i oddania Matce Bożej daje im uzdrowienie?”. Przełożony machnął ręką i na odchodnym rzekł tylko „Róbcie, jak uważacie”.
Ponieważ starzec kontynuował swoją posługę, w końcu, za karę, zakazano mu nosić schimę. Przykrości, jakich doznał Lew ze strony przeciwników starczestwa nie ominęły także jego uczniów. Nazywano ich „farmazonami” i poddawano różnym ograniczeniom i zakazom.
Prześladowania starca zelżały po wizycie, w 1837 r. w Optino, metropolity kijowskiego, Filareta – wielkiego zwolennika starców. Podczas wizyty towarzyszył mu biskup Kaługi, który starczestwo uważał za zjawisko co najmniej podejrzane. Metropolita, który znał historię konfliktu, gdy zobaczył, że starzec nie nosi schimy, zapytał dlaczego jej nie wkłada, skoro został postrzyżony w wielką schimę. Wymowne milczenie o. Lwa pozwoliło mu zrozumieć, jaka jest rzeczywista przyczyna takiego stanu rzeczy. Stwierdził wówczas: „Jesteś schimnichem i powinieneś nosić schimę”. Od tego wydarzenia starcowi przywrócono prawo noszenia schimy, a i represje wobec niego powoli ustały.
W 1841 r. starzec zaczął coraz częściej wspominać o zbliżającej się śmierci. W lipcu tego roku udał się do Tichonowoj Pustyni, gdzie z jego błogosławieństwa rozpoczęto budowę monasterskiej trapezy (jadalni). Powiedział wówczas: „Nie ujrzę już waszej nowej trapezy. Do zimy być może jeszcze dożyję, lecz w to miejsce już nie przybędę”. We wrześniu starzec ciężko się rozchorował, w skutek czego nie mógł przyjmować żadnego stałego pokarmu, pijąc jedynie wodę. Do samego końca zachował jasność umysłu. Często się spowiadał i codziennie przyjmował Świętą Eucharystię. Prosił też braci o modlitwę w swojej intencji, by Bóg skrócił jego cierpienia. W przeddzień święta Ojców Siódmego Soboru Powszechnego (11/24 października) starzec powiedział: „Bogu chwała, dzisiaj otrzymam łaskę Pana”. Dzwony biły na wieczorne nabożeństwo i pewien posłusznik rzekł do o. Lwa: „Ojcze, bez wątpienia usłyszycie koniec tego nabożeństwa tam, ze świętymi Ojcami”. Zaczynało się służyć Wsienoszcznoje Bdienije. Z cerkwi dobiegały pierwsze śpiewy, a starzec spojrzał po raz ostatni na Włodzimierską Ikonę Bogorodzicy, z którą nigdy się nie rozstawał, zamknął oczy i oddał duszę Bogu.
***
26 lipca 1996 r. starzec Lew, wraz z innymi optińskimi starcami, został kanonizowany przez Kościół Prawosławny w Rosji. Dzień jego pamięci obchodzimy 10/23 października.
oprac. Grzegorz Szmyga
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.