Zapaść czy przełom? W duchowej tradycji chrześcijańskiego Wschodu nie ma bardziej paradoksalnej i, zdaniem wielu, bardziej skandalicznej postaci, niż święty szaleniec, szaleniec w Chrystusie, w grece znany jako salos, a w języku rosyjskim jako jurodivyj.
Zapaść czy przełom?
W duchowej tradycji chrześcijańskiego Wschodu nie ma bardziej paradoksalnej i, zdaniem wielu, bardziej skandalicznej postaci, niż święty szaleniec, szaleniec w Chrystusie, w grece znany jako salos, a w języku rosyjskim jako jurodivyj. Każdy, kto czytał wspomnienia z dzieciństwa Lwa Tołstoja z pewnością pamięta żywy opis “szaleńca Bożego” Griszy. Jego portret w żadnym wypadku nie jest pochlebny, a Tołstoj nie usiłuje skrywać dwuwartościowości uczuć, które otaczają osobę szaleńca:
Drzwi się otworzyły i ukazała się w nich nie znana mi zupełnie postać. Do pokoju wszedł człowiek lat około pięćdziesięciu, o bladej, zrytej ospą, wydłużonej twarzy, z długimi, siwymi włosami i rzadką, rudawą bródką. [...] Miał na sobie jakąś podartą szmatę, przypominającą kaftan lub sutannę; w ręku trzymał ogromny kostur. Wchodząc do pokoju stuknął nim z całych sił o podłogę, zmarszczył brwi i rozdziawiwszy szeroko usta zaśmiał się strasznie i nienaturalnie. Jedno oko miał pokryte bielmem i biała źrenica tego oka drgała nieustannie, nadając brzydkiej i bez tego twarzy jeszcze wstrętniejszy wyraz. [...] Głos jego był gruby i ochrypły, ruchy szybkie i nierówne, mowa bezmyślna i nieskalana (nie używał wcale zaimków). [...] Był to głupiec Boży, Grisza, pątnik.
Natychmiast uderza nas osobliwość, jaką jest wolność szaleńca. Grisza pozwala sobie wejść do domu miejscowego ziemianina i swobodnie się tam porusza. Tołstoj kontynuuje opowieść wskazując na tajemniczą, “apofatyczną” niemal jakość osobowości Griszy. Nikt tak naprawdę nie wie, kim on jest:
Skąd pochodził, kim byli jego rodzice i co go skłoniło do wyboru pątniczego zycia jakie pędził - tego nikt nie wiedział. Wiem tylko, że od piętnastego roku życia nazywano go głupcem Bożym; zimą i latem chodził boso, odwiedzał monastery, dawał ikonki tym, których polubił, i mówił zagadkowe słowa, uważane przez niektórych za przepowiednie.
Szaleniec, jak zauważamy, jest przybyszem. Jest wolny od zwykłych więzi życia rodzinnego - jest niczyim synem, niczyim bratem, niczyim ojcem - to bezdomny, wędrowiec, często wygnaniec. Zwykle nie jest pustelnikiem i ciągle obraca się pośród innych ludzi. W pewnym stopniu pozostaje jednak obcy, pozbawiony obywatelstwa, na marginesie zorganizowanego społeczeństwa, w świecie, a jednak poza nim. Szaleniec jest wolny; to przybysz, który jest przez to zdolny, jak zauważymy, do wypełnienia roli proroka.
Co istotne, Tołstoj mówi o skrajnie przeciwstawnych zdaniach, które inni mieli o Griszy: “Jedni twierdzili, że to nieszczęśliwy syn bogatych rodziców i porządny człowiek, inni - że to po prostu chłop i nierób”. Szaleniec jest dwuznacznym, enigmatycznym, ciągle niepokojącym znakiem zapytania. Gdy zajmujemy się powołaniem szaleństwa w imię Chrystusa, stajemy wobec wyjątkowo delikatnego zadania, jakim jest odróżnienie prawdy od fałszu, niewinnej świętości od bezbożnego oszustwa, człowieka Bożego od wyrzutka, hipisa czy też zapaleńca. Jak mamy “sprawdzać duchy”? Granica pomiędzy zapaścią i przełomem nie jest wyraźnie zaznaczona.
Cofnijmy się w czasie o trzysta lat i przenieśmy się z Rosji Tołstoja do Rosji Iwana Groźnego i Borysa Godunowa. W swej księdze Of the Russe Commonwealth angielski podróżnik Giles Fletcher opisuje szaleńców, których widział na ulicach Moskwy w czasie swego pobytu na przełomie lat 1588-1589:
Chodzą zwykle nago, przepasani w biodrach skrawkiem materii, z długimi, zmierzwionymi, opadającymi na ramiona włosami, a wielu z nich z żelaznym łańcuchem na szyi lub w pasie, nawet w najbardziej srogie zimowe mrozy. Uważa się ich za proroków albo ludzi wielkiej świętości, dając im swobodę mówienia tego, co im się żywnie podoba, bez żadnych ograniczeń, nawet jeśli dotyczy to najwyżej postawionych osobistości. Tak więc, kiedy otwarcie potępiają kogoś w jakikolwiek sposób, nie odpowiadają niczym poza stwierdzeniem, że to po grecham, to jest za ich grzechy. Jeśli któryś z nich, przechodząc obok zabiera jakąś rzecz spośród towaru sprzedawanego w sklepie, aby ją gdzieś potem porzucić, pojmowane to jest jako znak umiłowania Boga i za czyny tego rodzaju właściciele kramów wielce są tym świętym ludziom zobowiązani.
Z dozą angielskiego zdrowego rozsądku Fletcher dodaje: "Nie uświadczysz ich wielu, bowiem trudne to i wyziębiające zajęcie chodzić nago w Rosji, szczególnie w zimie".
Nagość szaleńca jest nader ważna: nie jest zwykłą oznaką dziwactwa, lecz posiada znaczenie teologiczne. Szaleniec w pewnym stopniu powrócił do status ante peccatum, do niewinności Adama w raju przed upadkiem, kiedy był nagi i nie odczuwał wstydu. W tym względzie szaleniec przypomina boskoi, “skubaczy” lub jedzących trawę ascetów wczesnochrześcijańskiego monastycyzmu, którzy żyli i poruszali się nago na otwartej przestrzeni, pośród stad antylop, w zgodzie ze światem stworzeń. Takich nagich ascetów ciągle jeszcze można spotkać na Świętej Górze; jednego z nich opisał francuski podróżnik Jacques Valentin w swej książce The Monks of Mount Athos. Gdy Valentin zagadnął któregoś z mnichów o nagiego ascetę, w odpowiedzi usłyszał: ”Jesteśmy wolni, a to jego sposób okazywania miłości Bogu”. Ponownie słyszymy nutę wolności.
Istotna jest również aluzja Fletchera do proroczej funkcji szaleńca: “Uważają ich za proroków”. Z racji swego całkowitego ubóstwa, dobrowolnego odrzucenia wszelkich zewnętrznych oznak stanu czy bezpieczeństwa, szaleniec pozwala sobie mówić, podczas gdy inni, z obawy przed konsekwencjami decydują się zachować milczenie - pozwala sobie mówić prawdę “bez żadnych ograniczeń”, nawet o “najwyżej postawionej osobistości” autokratycznego cara. We właściwym czasie weźmiemy pod uwagą pewien przykład. W tym miejscu szaleniec przywołuje na pamięć więźnia Bobynina z powieści Sołżenicyna The First Circle. Przesłuchiwany przez Abakumowa, wszechwładnego stalinowskiego Ministra Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Bobynin mówi: “Wy potrzebujecie mnie, ale ja nie potrzebuję was”. Abakumow jest zdumiony: jako zwierzchnik tajnych służb bezpieczeństwa publicznego może kazać go wysiedlić, torturować, zlikwidować, podczas gdy druga strona nie ma absolutnie żadnych możliwości odwetu. Bobynin jednak obstaje przy swoim. Stwierdza, że Abakumow może zastraszyć jedynie tych, którzy mają “wiele do stracenia”:
Ja już nie mam niczego, rozumiecie - niczego nie mam! Do mojej żony i do mojego dziecka już się nie dobierzecie - zabrała je bomba. Moi rodzice - już zmarli. Cały mój majątek na tym świecie - to chustka do nosa [...] Wolność dawnoście mi zabrali, a zwrócić mi jej nie możecie, bo wam samym jej brak. [...] Powiedzcie tam wyżej komu należy, że jesteście mocni tylko o tyle, o ile zabieracie ludziom nie wszystko. Człowiek, któremu zabraliście wszystko już wam wcale nie podlega, już znowu jesst wolny.
Szaleniec w Chrystusie jest podobnie wolny, on też nie ma “nic do stracenia”: nie dlatego, że został ze wszystkiego ograbiony, ale wyrzekł się wszystkiego z własnej nieprzymuszonej woli. Podobnie jak Bobynin nie ma żadnych majętności, rodziny, pozycji i przez to może mówić prawdę z prorocką śmiałością. Nie można go w jakikolwiek sposób wykorzystać, bo nie ma żadnych ambicji, a boi się tylko Boga.
To powołanie szaleństwa przez wzgląd na Chrystusa nie ogranicza się jedynie do Rosji. Już od czwartego wieku charakterystyczne jest również dla chrześcijaństwa greckiego i syryjskiego. Świętych szaleńców można spotkać i na chrześcijańskim Zachodzie, a nawet całkowicie poza tradycją chrześcijańską, na przykład pośród chasydów judaizmu, sufich islamu i buddystów zen. Szaleniec jest postacią znaną powszechnie. Jednen z najwcześniejszych - w rzeczy samej zapewne najwcześniejszy - chrześcijański przykład to nie mężczyzna, lecz kobieta - nieznana z imienia, opisana przez Palladiusza w Historia Lausiaca mniszka, która w czwartym wieku zamieszkiwała w Górnym Egipcie w żyjącej według reguły Pachomiusza monastycznej wspólnocie kobiet. Udając obłąkaną pracowała w kuchni z głową owiniętą gałgankami zamiast monastycznego kaptura. Podejmowała się najbardziej służebnych obowiązków i ogólnie traktowano ją z pogardą, była kopana i poniżana przez pozostałe siostry. Pewnego dnia wspólnotę odwiedził poważany asceta Pitiroum. Ku ogólnemu zdziwieniu uklęknął u jej stóp i poprosił o błogosławieństwo. “Ona jest obłąkana (sale)” - protestowały mniszki. “To wy jesteście obłąkane” - odparł Pitiroum. “Ona jest naszą amma [duchową matką] - moją i waszą”. Kilka dni później, aby uniknąć spływających odtąd na nią zaszczytów, zniknęła, słuch o niej zaginął. “A dokąd się udała, gdzie zniknęła czy też jak zmarła, nikt nie wie” - dodaje Palladiusz. Wydaje się, że nie znał nawet jej imienia.
Podobnie jak w poprzednich przypadkach, dostrzegamy nieuchwytność szaleńców - ona czy on pozostaje przybyszem, nieznanym, skrytym, pozostającym na uboczu.
W greckiej tradycji szczególnym poważaniem cieszą się dwaj święci szaleńcy: św. Symeon z Emesy i św. Andrzej z Konstantynopola. Symeon może być znaną w połowie czy też przy końcu szóstego wieku postacią historyczną, opisaną przez kościelnego historyka Ewagriusza, który pisał kilka lat później. Sporządzony prawdopodobnie w latach czterdziestych VII w. przez św. Leoncjusza z Cypru Żywot Symeona mógł częściowo opierać się na wcześniejszych, zaginionych obecnie, źródłach piśmiennych, co jednak pozostaje kwestią sporną. Pomijam tutaj pytanie o to, jak dalece Żywot napisany przez Leoncjusza jest historycznie pewny, bowiem dla bieżących potrzeb wystarczy traktować go jako “ikonę” świętego szaleńca, która oferuje typowy obraz tego, jak, zgodnie z prawosławną tradycją, powinien wyglądać. Historyczność Żywota św. Andrzeja jest o wiele bardziej wątpliwa. Dzieło to przypisywane jest Niceforowi, prezbiterowi Hagia Sophia w Konstantynopolu, ale nie wiadomo, kiedy dokładnie zostało napisane i prawie wszyscy współcześni badacze zgodni są w postrzeganiu go jako nieco więcej niż “hagiograficzny utwór literacki”. Mimo to, nawet jeżeli jest tylko fikcją, Żywot św. Andrzeja jest jednak, podobnie jak ten o św. Symeonie, ważny jako “ikona” czy też wzorzec. Pamięć o św. Andrzeju jest bardzo żywa w Rosji, gdzie jego postać związana jest ze świętem Pokrowa, czy też Opieki Bogarodzicy (1/14 października). Symeon był mnichem, Andrzej zaś człowiekiem świeckim; obaj spełniali swe powołanie szaleńca w miastach - Symeon w Emesie, Andrzej w Konstantynopolu - i w obu przypadkach szaleństwo było pozorowane.
Najwcześniejszy ze świętych szaleńców znanych nam w Rosji jest Izaak (XI wiek), mnich Peczerskiego Monasteru w Kijowie, którego obłęd, w każdym razie przez pewien czas, był raczej autentyczny niż symulowany. Swoistą ciekawostką jest spostrzeżenie, jak wielu rosyjskich szaleńców było obcokrajowcami. Św. Prokopiusz z Usiuga (początek XIV w.) był Niemcem, który wybrał prawosławie; św. Izydor Twardosłowy (Tverdislov) z Rostowa (XIII w.) przypuszczalnie również był Niemcem; św. Jan “Włochaty” także z Rostowa (+1581) z pewnością był przybyszem, a jego Psałterz, w XVIII w. ciągle jeszcze przechowywany na jego grobie, pisany był po łacinie. Wszystko to ilustruje wskazaną już wcześniej tezę, iż szaleniec jest przybyszem i pielgrzymem. Można by się zastanawiać, czy szaleństwo przez wzgląd na Chrystusa nie jest szczególnie powołaniem zachodnich konwertytów na Prawosławie? Myślę tu o pewnych przykładach pośród współczesnych prawosławnych Anglików...
Złoty wiek rosyjskich jurodiwych to szesnaste stulecie - okres, o którym mówi Fletcher. Dwaj najbardziej znani szaleńcy tych czasów to św. Bazyli Błogosławiony z Maskowy (+1552) i św. Mikołaj z Pskowa (+1576), zetknęli się z carem Iwanem Groźnym. Po siedemnastym stuleciu szaleńcy pojawiali się rzadziej, a przyjmująca kulturę Zachodu Rosja Piotra Wielkiego i jego następców nie potrzebowała ich (miała z nich mały pożytek). Tradycja jednak nie wygasa: w XVIII w. pojawia się błogosławiona Ksenia Petersburska, wdowa po pułkowniku, który zmarł nagle w czasie zakrapianego alkoholem przyjęcia (studenci ciągle modlą się przy jej grobie przed egzaminami); w dziewiętnastym wieku, odwiedzani przez Imperatora Mikołaja I Teofil z Kitajewa i Pelagia, uczennica św. Serafima, która zganiła biskupa, wymierzając mu policzek; w XX w. Pasza z Sarowa, z którą w 1903 roku, bezpośrednio po kanonizacji św. Serafima rozmawiał car Mikołaj II. Odwiedzającym ją gościom, których czekało jakieś niepowodzenie, Pasza zwykła wsypywać do herbaty nadmierne ilości cukru; w przypadku przyszłego cara-męczennika nasypała go tak wiele, że herbata nie mieściła się w szklance. Jak miały się sprawy w Związku Radzieckim? Zgodnie z relacją emigranta z lat siedemdziesiątych, również w tych czasach świętych szaleńców ciągle można było w Rosji spotkać: “Ukrywali się lub inni ukrywali ich” - po ujawnieniu zostaliby natychmiast internowani w zamkniętych zakładach dla psychicznie chorych. Współczesne dyktatury mają powody do obaw względem wolności szaleńców.
Czegóż można nauczyć się od tego, zdawałoby się dziwnego, w istocie jednak do głębi chrześcijańskiego powołania? Weźmy za przykład napisany przez św. Leoncjusza Żywot św. Symeona z Emezy, szaleńca przez wzgląd na Chrystusa - będąc bowiem najwcześniejszym pełnowymiarowym Żywotem świętego szaleńca, dysponuje również przewagą osadzenia w historycznie pewnym kontekście. Dodatkową zaletą tego tekstu jest ukazanie szaleństwa przez wzgląd na Chrystusa w jego najbardziej szokującej i wyzywającej postaci. Przedstawiając zagadnienie w najbardziej jaskrawym świetle, przypadki skrajne mają często najwięcej do zaoferowania.
Z pustyni do miasta
Św. Symeon Szaleniec przez wzgląd na Chrystusa urodził się w “błogosławionym mieście” Edessa (współczesne Urfa w południowo-wschodniej Turcji), głównym ośrodku syryjskojęzycznego chrześcijaństwa. Jako syn dobrze sytuowanych rodziców, otrzymał staranne wykształcenie i płynnie władał językiem greckim i syryjskim. W wieku lat około dwudziestu, ciągle jeszcze w stanie bezżennym, wraz z podstarzałą już matką - najwidoczniej był jedynym jej synem, a ojciec już nie żył - udał się w pielgrzymkę do Jerozolimy. W Świętym Mieście spotkał innego młodego człowieka z Syrii - Jana, który niedawno się ożenił, a w pielgrzymkę udał się z obojgiem swoich rodziców. Symeon i Jan niezwłocznie stali się bliskimi przyjaciółmi. Gdy odwiedzili święte miejsca wspólnie udali się w drogę powrotną w towarzystwie matki Symeona i rodziców Jana. Schodząc w dolinę Morza Martwego i przechodząc przez Jerycho, spoglądali na położone w oddali monastery nad rzeką Jordan. Pod wpływem nagłego porywu (inicjatywa wyszła od Jana) zdecydowali się przerwać podróż do domu, zawrócić z drogi i zostać mnichami. Podstępnie oddalając się od całej grupy zniknęli bez słowa wyjaśnienia. Symeon porzucił swą starą matkę, Jan zaś rodziców i oczekującą na niego w domu młodą żonę. Nikt nie wiedział, co się z nimi stało.
Atmosfera tej części przekazu Leoncjusza jest raczej baśniowa i widocznie opiera się na o wiele słabszych podstawach historycznych, niż te, na których mogą zapewne opierać się późniejsze fragmenty Żywotu, opisujące czasy Symeona w Emezie. Co interesujące, Żywot nie podejmuje żadnych starań mających na celu wygładzić szorstkość i okrucieństwo w postępowaniu Symeona i Jana wobec innych - i tak naprawdę, wobec siebie samych. Wprost przeciwnie, Leoncjusz wychodzi z siebie, aby podkreślić, że żadnemu z nich nie było to obojętne. Obydwaj mieli ciepłe, pełne czułości usposobienie. Jan kochał swą żonę, Symeon był szczerze oddany swej matce i przez długi czas obaj z wielką goryczą boleli nad tą rozłąką. Co zatem skłoniło ich to tego postępku? Żywot podsuwa proste wyjaśnienie - monastycyzm jest drogą zbawienia:
Przypadkowo znaleźli się na bocznej drodze wiodącej z powrotem ku wodom świętego Jordanu. Obydwaj zatrzymali się, a Jan, wskazując palcem na drogę nad święty Jordan, zwrócił się do Symeona słowami: “Oto droga, która prowadzi do życia!”. Pokazując zaś główną drogę, po której w oddali przed nimi posuwali się ich rodzice, powiedział: “A oto droga, która prowadzi do śmierci!” (por. Mt 7,13-14).
Mało prawdopodobne, aby tego rodzaju wyjaśnienie satysfakcjonowało współczesnego czytelnika. Czyż powołanie żonatego chrześcijanina w “świecie” nie jest również drogą do życia wiecznego? Jak św. Andrzej z Krety zaręcza w Wielkim Kanonie:
Małżeństwo jest czcigodne, a małżeńskie łoże nieskalane,
Bowiem jedno i drugie Chrystus niegdyś pobłogosławił,
Przebywając w ciele i spożywając pokarm na weselu w Kanie.
Są jednak w Nowym Testamencie teksty, które Symeon i Jan mogliby zacytować dla podtrzymania swego postanowienia. Chrystus mówi, abyśmy “w nienawiści mieli” ojca i matkę, żonę i dzieci (Łk 14,26), a przyszłemu uczniowi zabrania nawet pożegnać się z rodziną (Łk 9,61-62): tak działa przemożna siła Bożego powołania. Zdarzenie w dolinie Jordanu ujawnia zatem ukryty dotąd przez całe jego życie rys osobowości Symeona - jego pragnienie dosłownego pojmowania “trudnych stwierdzeń” Ewangelii, odrzucenie wszelkiego kompromisu, jego maksymalizm.
Odłączywszy się od rodziców, Symeon i Jan przybyli do położonego w pobliżu Jordanu monasteru Abba Gerasimosa, gdzie jeszcze tego samego dnia otrzymali od niego święcenia. Dwa dni później postanowili opuścić cenobium i udać się na pustynię, aby żyć tam jako boskoi albo “skubacze”. Co istotne, decyzję tę podjęli, nie pytając abby o pozwolenie; posłuszeństwo wszelkiej ziemskiej władzy nie jest wyróżniającą osobliwością życia szaleńca w Chrystusie. Opisana przez Palladiusza mniszka była pełna pokory, ale czy okazywała posłuszeństwo? Zanim zaczęła udawać obłąkaną, nie prosiła matki przełożonej o błogosławieństwo i nie uczyniła tego przed opuszczeniem monasteru na dobre. Co prawda, w przypadku Jana i Symeona przełożony był w widzeniu sennym uprzedzony o ich zbliżającym się odejściu i zatrzymał ich u wrót monasteru, aby udzielić im błogosławieństwa, ale nawet gdyby tego nie uczynił, z pewnością także by odeszli.
Zatrzymali się w odległym miejscu nad Jordanem, niedaleko Morza Martwego, gdzie znaleźli opuszczoną celę. Choć Żywot używa w odniesieniu do nich terminu boskoi, nie są nimi w ścisłym tego słowa znaczeniu, gdyż w przeciwieństwie do prawdziwych “skubaczy” mieli jednak, jakkolwiek prymitywne, miejsce zamieszkania. Bardzo szybko osiągnęli stan nieustannej modlitwy. Zwykli oddawać się modlitwie w samotności, rozchodzili się na odległość rzutu kamieniem: “Ale gdy tylko któregoś z nich nachodziły rozpraszające uwagę myśli (logismoi) lub poczucie smutku (acedia), natychmiast zbliżali się do siebie i wspólnie błagali Boga, by uwolnił ich od tej pokusy”. Nawet pośród dzikiej srogości pustyni, ten element koleżeństwa i wzajemnego przywiązania - gorąca przyjaźń, jaką Symeon i Jan odczuli do siebie przy pierwszym spotkaniu w Świętym mieście - był w pewnym stopniu ciągle obecny.
Trwali w tym stanie przez trzydzieści jeden lat. Symeon miał już pięćdziesiąt kilka lat. Pewnego dnia zwrócił się do Jana ze słowami: “Cóż zyskujemy, bracie, spędzając nasze dni na tej pustyni? Jeśli jednak mnie słuchasz, powstań, pójdźmy zbawić również innych”. Przerażony tą propozycją Jan zrobił wszystko, co w jego mocy, aby odwieść Symeona od tego postanowienia, lecz ten nie przestał nalegać: “Wierz mi, nie zostanę tutaj, lecz w mocy Chrystusa pójdę i wystawię świat na pośmiewisko”. Ormiańska wersja Żywotu Symeona, w swym pouczającym brzmieniu mówi tutaj: “Pójdę przynieść światu pokój”. Jan odczuwał jednak, że droga obrana przez Symeona - odejście z pustyni i powrót do miasta w celu “wystawienia świata na pośmiewisko” - była dla niego zbyt trudna:
Błagam cię, drogi bracie, w imię Pana, nie porzucaj mnie w niedoli. Nie dotarłem bowiem jeszcze do wyżyn, z których mógłbym wystawiać świat na pośmiewisko. Jednak przez wzgląd na Chrystusa, który nas połączył, nie usiłuj pozostawić swego brata. Wiesz przecież, że oprócz Boga nie mam nikogo poza tobą, moim bratem.
Jan przestrzegł również Symeona przed możliwością szatańskiego podstępu. Symeon jednak odparł, iż otrzymał specjalne powołanie bezpośrednio od Boga: “Nie obawiaj się, bracie Janie; to nie z własnego bowiem wyboru chcę to uczynić, ale dlatego, że Bóg mi tak nakazuje”. I tak doszło do rozstania, które obaj gorzko opłakiwali.
W życiu Symeona rozpoczął się teraz wyróżniający okres, o którym wiemy najwięcej - okres kiedy przywdział maskę szaleństwa. Najpierw udał się w pielgrzymkę do Jerozolimy, a w Świętych Miejscach modlił się o to “ ...aby wszystkie jego dzieła mogły pozostać w ukryciu aż do czasu odejścia ze świata, aby mógł uniknąć ludzkiej chwały, która rozbudza butę i próżność”. Tak więc jego motywem wejścia na drogę udawanego obłąkania była przede wszystkim chęć uniknięcia czci okazywanej świętemu - był to sposób na zachowanie pokory. Jak zauważymy, miał jednak również inne powody.
Z Jerozolimy udał się do Emesy (współczesne Homs w zachodniej Syrii) i natychmiast począł udawać szaleńca:
Oto jak wyglądało jego wejście do miasta. Na gnojowisku poza miastem błogosławiony znalazł martwego psa, po czym rozsupłał sznur, którym był przepasany, przywiązał jego koniec do psiej łapy i ciągnąc go za sobą w biegu przekroczył miejskie wrota. Nieopodal była szkoła i gdy tylko ujrzały go dzieci, zaczęły krzyczeć: “Patrzcie, abba wariat!”, poczęły biec za nim, dawać mu po uszach. Następnego dnia, a była to niedziela, zabrał ze sobą jakieś orzechy, wszedł do cerkwi na początku Liturgii i zaczął je rozrzucać i gasić lampy. Gdy ścigali go, chcąc wygonić, wspiął się na ambonę i stamtąd obrzucił kobiety orzechami. Z największą trudnością wygnali go na zewnątrz, ale gdy tylko wyszedł, poprzewracał stragany cukierników, którzy poturbowali go tak dotkliwie, że niemal wyzionął ducha.
Jego życie w Emezie toczyło się tak, jak się rozpoczęło. Rozmyślnie i bez przerwy prowokował wszystkich swymi niedorzecznymi i bezwstydnymi postępkami. Jedząc mięso w czasie Wielkiego Tygodnia publicznie lekceważył reguły kościelne - pamiętać trzeba, że ciągle chodził ubrany jak mnich. Skakał i dokazywał na ulicach, podstawiając przechodniom nogę i udając epileptyka. Pewien kupiec zatrudnił go, aby doglądał jego straganu z zakąskami; korzystając z pierwszej nadarzającej się możliwości, Symeon rozdał wszystko biednym. Dostał jakieś zajęcie w jednej z tawern; pewnego dnia, gdy żona właściciela spała, Symeon wszedł do jej komnaty i poczynał sobie, jak gdyby miał zamiar się rozebrać, czym do wściekłości doprowadził męża, który wszedł w tej właśnie chwili. (Jak zobaczymy już wkrótce, miał szczególny powód do tego rodzaju zachowania.) Przy innej okazji, gdy jego przyjaciel Jan Diakon - nie mylić z Janem, który był towarzyszem Symeona na pustyni - zaproponował, że pójdą do publicznej łaźni i wezmą kąpiel, odpowiedział z radością: “Tak, pójdźmy, pójdźmy”, po czym na środku ulicy zrzucił z siebie całe odzienie, owinął je sobie na głowie jak turban, śpiesznie ruszył prosto do żeńskiej części łaźni.
Przez całą opowieść Leoncjusza słyszymy echo śmiechu Symeona. Obraną przez siebie drogą szaleństwa kroczy z lekkim i radosnym sercem: “Niekiedy udawał, że kuleje, to znowu skakał i podskakiwał; bywało, że wlókł się na pośladkach”. Żywot bez końca używa takich słów, jak “gra” i “zabawa”; Symeon grał szaleńca w pełnym i prawdziwym znaczeniu tego słowa. W tej filuterności i swobodzie szaleńca w Chrystusie, w jego oczyszczającym śmiechu, mamy zapewne do czynienia z autentyczną chrystianizacją ironii, podstawą dla teologii żartu.
Symeon przestawał przede wszystkim z zepchniętymi na margines społeczeństwa, z podejrzanymi i odrzuconymi. Spędzał swój czas z aktorami i aktorkami - profesją na ogół daleką od poważanych w starożytnym świecie. Odwiedzał nierządnice, nawiązując szczególne więzi z określonymi kobietami, które nazywał swymi “przyjaciółkami”. “Porządni” i mający wysokie o sobie mniemanie byli oczywiście zgorszeni postępkami niezwykłego mnicha. Biedni i wyrzuceni poza nawias bardzo szybko zaczęli dostrzegać w nim prawdziwego przyjaciela i okazywali mu nie tylko rozśmieszające i tolerancyjne lekceważenie, ale w wielu przypadkach również prawdziwe przywiązanie; uznali go za sympatycznego, okazywali mu swą miłość. Całkowicie pozbawiony środków do życia, noce spędzał w małej, porzuconej szopie. Św. Andrzej z Konstantynopola i wielu rosyjskich szaleńców nie miało nawet tego; spali zwykle na gankach lub przedsionkach, jak bezdomni w zamożnym, a jednak okrutnym Londynie lat dziewięćdziesiątych XX wieku.
Leoncjusz wyraźnie i ponad wszelką wątpliwość stwierdza, iż przez cały czas pobytu w Emesie, szaleństwo Symeona było rozmyślnie pozorowane. W rzeczywistości nigdy nie był obłąkany, ale ciągle odgrywał sceniczne akty. Podczas gdy pośród ludzi wygadywał bzdury, na osobności rozmawiał z Janem Diakonem poważnie i logicznie. Całymi dniami obracał się pośród ludzi zachowując się jak szaleniec, ale nocami skrywał się w ustronnych, znanych jedynie Janowi, miejscach, gdzie godziny ciemności spędzał na modlitwie. Był nie tylko szaleńcem, ale również hezychastą - miejskim hezychastą. Obserwując go pewnego razu, Jan widział "ogniste kule zstępujące nań z nieba, a przestrzeń wokół niego była jak piec piekarza, pełna ognia i nie ośmielił się zbliżyć do niego". Relacja ta przypomina o św. Arseniuszu w Apoftegmatach, czy też o św. Serafimie w rozmowie z Motowiłowem.
Bez względu na to, jak skandaliczne mogłoby wydawać się zachowanie szaleńca, są jednak ustalone jego granice. Symeon jawnie naruszał zasady postu, ale na osobności, przez cały Wielki Post narzucał sobie o wiele sroższy post, niż wymagały tego ogólnie przyjęte zasady. Szaleniec nie jest schizmatykiem czy heretykiem, ale wiernym dzieckiem Kościoła: zdarza się wprawdzie, że rozrzuca orzechy w trakcie Liturgii, ale przystępuje również do Świętej Komunii i nie powątpiewa w Narodzenie Chrystusa z Dziewicy, czy też Jego cielesne Zmartwychwstanie. Jest ekscentryczny, ale nie niemoralny. Choć Symeon całe dnie i noce spędzał w tawernach i domach publicznych, sam pozostał całkowicie czysty i niepokalany, zachowując prawdziwe dziewictwo ducha; gdy był pieszczony przez nierządnice, nie odczuwał żadnego pożądania i nigdy, ani przez chwilę, w swym sercu nie był oddzielony od Boga. Po tym, jak Symeona wyrzucono z żeńskiej łaźni, do której wtargnął w tak wstrząsający sposób, jego przyjaciel Jan zapytał go, co odczuwał pośród tak wielu nagich kobiet. W odpowiedzi usłyszał: "Jak kloc drewna pośród innych kloców drewna, tak właśnie wtedy się czułem. Nie byłem świadom tego, że posiadałem ciało, ani też tego, że otaczały mnie inne ciała. Mój umysł całkowicie zaprzątnięty był dziełem Bożym i nigdy od Niego nie odstąpił". Udzielona mu w samotności pustyni nieustanna modlitwa, pozostawała z nim wszędzie, dokąd udawał się w mieście. Co więcej, wraz z darem nieustannej modlitwy, dysponował również apatheia czy beznamiętnością - czystością namiętności, wewnętrzną wolnością, zespoleniem i nienaruszalnością zarówno duszy, jak i ciała.
Droga samoponiżenia, którą uczynił swą własną, Symeon kroczył do samego końca. Zmarł w osamotnieniu, w swej szopie, przykryty gałązkami, bowiem nie miał ani posłania, ani przykrycia. Minęły dwa dni, zanim odnaleźli go przyjaciele. Pogrzebany został niedbale, "bez śpiewu psalmów, świec i kadzidła", na cmentarzu dla cudzoziemców. Nawet w swej śmierci szaleniec pozostaje przybyszem.
"Zamierzam wystawić świat na pośmiewisko"
Tak wyglądało życie Symeona: jaka była, jeżeli w ogóle można o tym mówić, jego duchowa wartość? Czy mamy powtórzyć za Lukrecjuszem, Tantum religio potuit suadere malorum ("Jakże wielkie jest zło, do którego może pobudzić religia")? Czy pozorowany obłęd Symeona ma być postrzegany jako nie więcej niż pożałowania godne zboczenie, którym do pewnego stopnia mogło by zainteresować studenta religijnej psychopatologii, ale poza tym najlepiej potraktować je milczeniem? Czy Szaleniec z Emesy może nas czegoś dzisiaj nauczyć?
Przede wszystkim weźmy pod uwagę podstawową cechę powołania Symeona jako szaleńca. Jak widzieliśmy, był mnichem, pustelnikiem, który po długim okresie życia na pustyni odczuł wezwanie do powrotu do miasta. Po "ucieczce jedynego ku Jedynemu", powrócił, aby końcowe lata swego życia spędzić na ulicach i w miejscach publicznych, w otoczeniu miejskiego ruchu i hałasu. Podobnie jak w przypadku św. Antoniego z Egiptu, choć w nieco inny sposób, jego duchowa droga przybiera postać ucieczki, po której następuje powrót. Z drugiej strony św. Andrzej i większość szaleńców w Rosji to nie mnisi - nigdy przedtem nie byli pustelnikami. W ich przypadku nie dochodziło do powrotu z pustyni, ale całe ich życie przebiegało w "świecie". W innych jeszcze przypadkach, jak na przykład mniszki z relacji Palladiusza, szaleniec żyje w monastycznej wspólnocie. U podstaw tego zróżnicowania tkwi wspólna dla wszystkich cecha - szaleniec wstępuje na obraną przez siebie drogę w bliskim sąsiedztwie innych ludzi. Zdarzają się, co prawda, oddzielne przykłady szaleńców żyjących przez całe swoje życie w odosobnieniu, ale są to wyjątki. We wszystkich niemal przypadkach mamy do czynienia z następującym wzorem. Szaleniec może ujawnić swe tajne życie modlitwy bardzo niewielu wybrańcom, albo też absolutnie nikomu; co do porządku jego codziennego zewnętrznego życia, jego powołaniem jest być pośród ludzi, ciągle spotykać innych, dzielić się sobą z tymi, którzy go otaczają. Z pewnością jest to powołanie społeczne, przeżywane z bliźnimi i dla nich.
To powołanie społeczne, ale również bardzo dziwne. Jakie zatem były motywy decyzji Symeona o powrocie do miasta, co spowodowało, że zdecydował się przywdziać maskę szaleństwa? Wyłonić można trzy powody. Pierwszy z nich to ten, który Symeon wyjawił Janowi, swemu bratu pustelnikowi: "Zamierzam wystawić świat na pośmiewisko". Leoncjucz wymienia również dwa pozostałe: "Wiele z tego, co uczynił, miało służyć zbawieniu człowieczeństwa i robił to ze współczucia (sympatheia), wielce trudził się też po to, aby jego własne duchowe osiągnięcia pozostały w ukryciu". Oto czynniki, które przywiodły Symeona na drogę szaleństwa:
Szaleniec wystawia świat na pośmiewisko;
Szaleniec poszukuje drogi pokory i poniżenia;
Szaleniec pragnie zbawić innych poprzez swe współczucie.
Spróbujmy przyjrzeć się kolejno każdej z tych trzech okoliczności, aby w końcu postawić pytanie: W przypadku Symeona szaleństwo było symulowane i umyślne, ale czy zawsze jest to konieczne? Czy za szaleńca przez wzgląd na Chrystusa mógłby być uznany ktoś, kto naprawdę postradał zmysły?
"Zamierzam wystawić świat na pośmiewisko". Ten przejaw powołania szaleńca można zrozumieć najlepiej przywołując na pamięć to, o czym Apostoł Paweł mówi w początkowych rozdziałach Pierwszego Listu do Koryntian. Jego słowa, cytowane przez Leoncjusza w prologu do Żywotu Symeona, stanowią o królewskim charakterze szaleńca w Chrystusie: "To, co w postępowaniu Boga wygląda na głupotę, jest mądrzejsze od ludzi [...] Jeśli komuś z was wydaje się, że jest mędrcem w pojęciu tego świata, niech uważa się za głupca, a wówczas stanie się mędrcem [...] My jesteśmy głupi z powodu Chrystusa" (1 Kor 1,25; 3,18; 4,10).
Nieco wcześniej, opisując jak Symeon opuścił swą matkę bez słowa pożegnania, mówiliśmy o jego maksymalizmie, pragnieniu dosłownego pojmowania Ewangelii. Z tym samym maksymalizmem stykamy się i tutaj. Słowa Apostoła szaleniec odbiera dosłownie. Czy doprawdy za przejaw głupoty można poczytywać mu przekonanie, że gdy Apostoł Paweł radził: "Niech uważa się za głupca", miał na myśli dokładnie to, o czym właśnie pisał? Jak zauważył G. P. Fiedotow:
Tak bardzo przyzwyczajeni jesteśmy do tego paradoksu chrześcijaństwa, że w tych przerażających słowach Pawła nie dostrzegamy prawie niczego, poza retoryczną przesadą. Paweł jednakże upiera się tutaj przy skrajnej niemożności pogodzenia tych dwóch porządków - ziemskiego i Bożego. W Królestwie Bożym panuje całkowita inwersja naszych ziemskich wartości.
Szaleństwo przez wzgląd na Chrystusa, kontynuuje Fedotov, wyraża "w istocie potrzebę obnażenia tego skrajnego przeciwieństwa pomiędzy chrześcijańską prawdą a zdrowym rozsądkiem i etyką świata".
Właśnie to jest celem szaleńca w jego "wystawianiu świata na pośmiewisko". Poprzez cały swój sposób życia świadczy o "niemożności pogodzenia", fundamentalnej niewspółmierności istniejącej pomiędzy porządkami czy sferami istnienia: pomiędzy tym obecnym wiekiem a Wiekiem, który ma nadejść, pomiędzy królestwami tego świata a Królestwem Niebios, pomiędzy - zgodnie z terminologią św. Augustyna - "ziemskim miastem" a "miastem Boga". Podkreśla "całkowitą inwersję wartości"; w Królestwie Bożym perspektywa jest odwrócona, piramida ustawiona jest na swym zwieńczeniu. Zaprawdę to właśnie jest właściwe znaczenie pokajania: metanoia, "przemiana umysłu" - to nie poczucie winy, lecz całkowite przestawienie priorytetów, radykalnie nowe rozumienie. Szaleniec jest z tego względu par excellence tym, który się pokajał. Według słów Iriny Gorainoff, "przeżywa życie na odwrót"; jest "żywym świadectwem antyświata, możliwości niemożliwego". Swoim własnym czyni odmienny świat, o którym Chrystus mówił w Błogosławieństwach.
Fedotov stwierdza, iż "życie na odwrót" szaleńca stanowi wyzwanie zarówno dla "zdrowego rozsądku", jak i "etyki" naszego upadłego świata. Mocą swej wewnętrznej wolności, poprzez swój śmiech i swawolę "wyśmiewa" i kwestionuje wszelkie próby ograniczenia chrześcijańskiego życia do poziomu odpowiedzialności i stereotypowych wzorców moralnych. Wyśmiewa wszelkie formy legalizmu, które przeobrażają chrześcijaństwo w kodeks "zasad". Dziko i zawzięcie przeciwstawia się tym, którzy zgodnie ze słowami Christosa Yannarasa, "wiarę i prawdę utożsamili ze zsekularyzowanym pojęciem moralnej uczciwości i konwencjonalnymi dobrymi obyczajami. Szaleniec - dodaje Yannaras - jest wcieleniem fundamentalnego przesłania Ewangelii: otwartej dla nas możliwości zachowania całego Zakonu bez konieczności uprzedniego uwolnienia się od naszego biologicznego i psychologicznego ego, od zepsucia i śmierci". Co ważne, w swym prologu do Żywotu Symeona, Leoncjusz kładzie nacisk na najwyższą wagę osobowego sumienia: szaleniec kierowany jest nie przez obiektywne "prawa", ale przez głos Boga, kierowany bezpośrednio do jego serca. W ten sposób szaleniec wyraża, użyję tu określenia Cecila Collinsa, "nieustanny szacunek dla ludzkiej tożsamości". Niesie świadectwo nadrzędnej wartości osoby raczej, a nie zasad.
Wystawiając świat na pośmiewisko, szaleniec zdziera maski obłudy, demaskuje role i ujawnia obecność człowieczeństwa i aż nadto ludzkiej twarzy ukrytej pod zasłoną powagi i dostojeństwa. To on jest tym, który ośmiela się stwierdzić, że cesarz nie ma ubrania. Aby rozbudzić innych z ich "pobożnego" samozadowolenia, często stosuje szokujące metody i wywołuje zgorszenie. Jednakże nawet gdy łamie post czy też wywołuje zamieszanie w czasie Boskiej Liturgii, jego celem nigdy nie jest zachwianie wiary innych czy też odwrócenie ich uwagi od prawd Kościoła. Jak stwierdziliśmy w przypadku Symeona, szaleniec nie jest ani schizmatykiem, ani heretykiem. Nie wyśmiewa Pisma Świętego czy Symbolu Wiary, sakramentów czy też ikon. Naśmiewa się z napuszonych i zadowolonych z siebie, tych którzy zajmują wysokie stanowiska w Kościele i pozbawionych poczucia humoru rytualistów, którzy zewnętrzne gesty mylą z życiem wewnętrznym. Jego protesty nie burzą, lecz uwalniają. Są twórcze. Ormiańska wersja Żywotu św. Symeona słusznie stwierdza, iż poprzez "wyśmiewanie" świata, szaleniec również "przynosi mu pokój".
Przez płynące z jego strony wykpiwanie tego upadłego świata, szaleniec może być postrzegany jako postać eschatologiczna, która zaręcza o wyższości Wieku, który ma nadejść. Jest "znakiem", który świadczy o tym, że Królestwo Chrystusa nie jest z tego świata. Pomaga nam to zrozumieć, dlaczego szaleńcy musieli pojawiać się głównie w okresach, kiedy chrześcijaństwo było trwale "posadowione" w gmachu porządku społecznego i gdy dochodziło do utożsamiania tego, co cesarskie z tym, co Boskie. W pierwszych trzech wiekach naszej ery, gdy chrześcijaństwo było gnębione i prześladowane, nie było szczególnej potrzeby dla świadectwa szaleńców - dominujące warstwy społeczeństwa wszystkich chrześcijan miały wówczas za szaleńców. Jednak gdy w chrystianizowanym od czwartego wieku Imperium Wschodniego Rzymu czy też w sakralnej autokracji szesnastowiecznej Moskwy, ludziom groziło niebezpieczeństwo utożsamienia ziemskiego królestwa z Królestwem Boga, wówczas pojawiała się potrzeba szaleńczych kpin. Podobnie jak mnisi, szaleńcy funkcjonują jako istotna przeciwwaga dla "chrześcijaństwa", które nazbyt ochoczo pogodziło się ze światem.
Jako znak i świadectwo, które wskazują na Królestwo, szaleniec ma wiele wspólnego z dziecięciem. Szczególna więź pomiędzy nimi wyrażona jest w greckim przysłowiu: "Jeśli chcesz poznać prawdę, dziecko lub szaleńca poproś o radę". Przyjętym w Rosji zwyczajem było przynoszenie dzieci do szaleńców, z prośbą o błogosławieństwo. Św. Izaak, święty szaleniec z Kijowa, uwielbiał towarzystwo dzieci, gromadził je wokół siebie i bawił się z nimi. Bliższy naszym czasom św. Jan Maksymowicz, który miał w sobie wiele z tego, co charakteryzowało Bożego szaleńca, podobnie darzył dzieci szczególną miłością. W swej wolności, w swej niewinności i dziewictwie ducha, szaleniec jest właśnie tym, który stał się "dziecięciem" (Mt 18,3) i poznał tajemnice "ukryte przed mądrymi i rozumnymi" ale "objawione niemowlętom" (Mt 11,25). "W obliczu świętości, człowiek jest jak dziecko" - mówi Heraklit; szaleniec bierze to sobie do serca i jak dziecko w obliczu świętości, bawi się. Szaleniec wyraża coś, co obecne jest w nas wszystkich, gdy jesteśmy dziećmi i przeważnie ginie, gdy dorastamy, a co powinniśmy na nowo odkryć i przywrócić do życia. Jednakże gdy szaleniec bawi się, zachowuje przy tym powagę: jego śmiech jest bliski łzom, albowiem wrażliwy jest zarówno na tragedię, jak i komedię tego świata. Uosabia zarówno radość, jak i smutek życia.
Z powodu swej dziecięcości i zabawności, szaleńcy bywają lubiani, tak jak kochany był Symeon z Emesy. Zdarza się jednak, iż ludzie odnoszą się do niego z obawą i nienawiścią. Boleśnie ranią opisywane w żywotach wielu szaleńców wypadki sadystycznej przemocy, z jaką ich traktowano. Dlaczego świat miałby obawiać się i nienawidzić szaleńca? Dzieje się tak dlatego, że jest wolny i przez to wzbudza niepokój świata; dlatego, że jest bezużyteczny i nie dąży do władzy, a przez to nie można go wykorzystać.
Takie jest pierwsze znaczenie szaleństwa przez wzgląd na Chrystusa. Szaleniec niesie świadectwo podstawowej rozbieżności pomiędzy rozumem człowieka a Mądrością Boga. "Wyśmiewając" wszelkie formy stereotypowej moralności opartej na zasadach, potwierdza nadrzędną wartość osoby. Jak małe dziecię, wskazuje na Królestwo niebios, które jest całkowicie odmienne od każdego królestwa ziemskiego.
Naśladowcy Boskiego Szaleńca
Drugą cechą charakterystyczną powołania szaleńca jest jego pragnienie zachowania pokory, ochocze przyjmowanie wszelkiego rodzaju poniżenia. Powracając z odosobnienia do życia w społeczności, w obawie przed czcią, z jaką mógłby się spotkać jako asceta, Symeon modlił się w Jerozolimie, aby "wszelkie jego dzieła pozostały w ukryciu". Pozorowany obłęd był właśnie sposobem na to, aby uniknąć honorów i zachować swe "dzieła" w ukryciu. Ten czynnik objawił się szczególnie w zdarzeniu z żoną właściciela tawerny: Symeon upozorował zamiar gwałtu, ponieważ jej mąż zaczynał czcić go jako świętego. Szaleństwo zapewnia zatem pogardę i działa jako strażnik pokory.
W okazywanej przez szaleńca zgodzie na poniżenie można jednak doszukać się również głębszego powodu. Najbardziej ściśle, jak to możliwe, pragnie być kojarzony z pogardzonym Chrystusem, który "wzgardzony był i opuszczony przez ludzi" (Iz 53,3). Szaleniec ma być postrzegany jako postać podobna do Chrystusa, jako naśladowca Pana Jezusa. Jak stwierdził Cecil Collins: "Największym w historii szaleńcem był Chrystus... Boski Szaleniec". To prawda, że paralela pomiędzy Chrystusem i świętym szaleńcem nie jest dokładna. Chrystus nie zakłócał nabożeństwa w świątyni rzucaniem orzechów, ludziom na ulicy nie podstawiał nogi, nie stwarzał pozorów epilepsji, nie udawał wariata. Jednakże zdarzało się, iż na podstawie Jego zachowania, najbliżsi krewni dochodzili do wniosku, że naprawdę zwariował; według ewangelisty Marka: "Kiedy to usłyszeli Jego bliscy, wyszli, aby Go powstrzymać, bo mówiono: Stracił rozum!" (Mk 3,21). Nie dziwi fakt, że zdanie to zostało pominięte przez Mateusza i Łukasza. Jeśli nawet Chrystus nie postradał zmysłów i nie udawał, że jest obłąkany, celowo dopuszczał się wielu postępków, które godziły w zdrowy rozsądek i etykę współczesnych Mu ludzi. Podobnie jak Symeon, który jadł mięso w trakcie Wielkiego Tygodnia, w oczywisty i dosadny sposób naruszał przepisy szabatu (Mk 2,23). Podobnie jak Symeon, przestawał z tymi, których "cieszące się szacunkiem" społeczeństwo traktowało z pogardą jako grzeszników (Mk 2,15-16; Łk 7,34; 19,7), a kobietom wątpliwej reputacji, jak w przypadku grzesznicy z alabastrowym słoikiem olejku (Łk 7,37), Samarytanki przy studni (J 4,7-26), czy kobiety przyłapanej na cudzołóstwie (J 8,11), okazywał szczególną delikatność. Odrzucając propozycję objęcia przywództwa partii politycznej, rozmyślnie rezygnując ze ścieżki wiodącej na szczyty ludzkiej popularności i świeckich wpływów, a wybierając drogę Krzyża, Jezus postępował w sposób, jaki większość Jego zwolenników mogła uważać jedynie za umyślne szaleństwo.
Dostrzegamy tu zatem głębokie duchowe podobieństwo pomiędzy Zbawicielem i szaleńcem. Szaleniec akceptuje paradoks i szaleństwo Krzyża, który jednocześnie jest prawdziwą mądrością (1 Kor 1,23-24). Jako ikona poniżonego Chrystusa, przyjmując każdą formę pohańbienia i wystawiając się na pośmiewisko, po to aby być jak najbliżej swego Zbawiciela, w pełni przyswajania sobie kenosis Pana. Chwała była dla Jezusa oznaką słabości i upokorzeniem, zwycięstwo zaś oznaczało słabość i porażkę: jest to prawdą również w odniesieniu do szaleńca. Rozumując ziemskimi, świeckimi kategoriami, szaleniec nie osiąga niczego, co miałoby jakąkolwiek praktyczną wartość; w tym samym kontekście praktycznym osiągnięciem nie był też Krzyż. W swym kenotycznym maksymalizmie, szaleniec jest postacią do głębi ewangeliczną. Codziennie doznaje śmierci, ale przez to, że śmierć i zmartwychwstanie stanowią jedno wydarzenie, codziennie na powrót powstaje z martwych; będąc ikoną upokorzonego Chrystusa, jest przez to również ikoną wielkiej radości Przemienienia.
Prorok i apostoł
Będąc "znakiem" niebiańskiego królestwa, ikoną "wzgardzonego i opuszczonego" Pana, szaleniec pełni również posługę proroka i apostoła. "Prorok jest głupcem" - mówi Ozeasz (9,7); ale stwierdzenie to może być również odwrócone - szaleniec jest prorokiem. Jego szaleństwo to sposób pobudzania sumienia innych. Poprzez swój udawany obłęd postępuje jak misjonarz, głosząc Dobrą Nowinę zbawienia pośród tych, do których nie można byłoby dotrzeć w żaden inny sposób.
Powinniśmy pamiętać o tym, jak rozmawiając z Janem, swym bratem pustelnikiem, Symeon przedstawił mu to jako powód swego powrotu do świata: "Cóż zyskujemy, bracie, spędzając nasze dni na pustyni? ...Pójdźmy ratować innych. Szaleństwo było dla Symeona sposobem okazywania miłości wobec innych ludzi. Miał świadomość apostolskiego powołania; uważał, iż zanoszone przez ascetę modlitewne wstawiennictwo za świat nie było wystarczające i dlatego z miłości do ludzi musiał wrócić do świata. W prologu do Żywota, Leoncjusz podkreśla znaczenie tej wypływającej z miłości gotowości do ofiarowania siebie i poświęcenia: "Będąc tak bardzo zaszczyconym i wywyższonym przez Boga" jako eremita na pustyni, Symeon nie uważał za słuszne lekceważyć zbawienia swych bliźnich. Wspominając słowa Chrystusa, "Będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego" i rozmyślając o tym, jak Chrystus, który pozostając niezmiennie Sobą, dla zbawienia sług swoich nie uchylił się od przyjęcia na Siebie cielesnej postaci sługi, Symeon zaprawdę naśladował swego Mistrza, ofiarowując swą duszę i ciało, ażeby zbawić innych.
Symeon składa swe życie w ofierze. Szaleniec, podobnie jak mnich, jest męczennikiem: nie jest to zewnętrzne świadectwo krwi, ale wewnętrzne męczeństwo serca i sumienia.
Szaleniec ratuje innych nie tyle poprzez to, co mówi, co przez to, czym jest, poprzez cały swój sposób życia. Jest żywą przypowieścią. Nie głosi wiary swą elokwencją czy też przy pomocy pomysłowych argumentów, ale czyni to poprzez swe współczucie. Jak o Symeonie mówił Leoncjusz: "Powrócił do świata chcąc okazać swe współczucie tym, którzy poddawani byli atakom złego i aby ich zbawić". Szaleniec nie podąża drogą napomnień i nagany, lecz zwraca się ku wszystkim z poczuciem solidarności. To właśnie dlatego Symeon spędzał tak wiele czasu pośród nierządnic i wszystkich tych, których faryzeusze odpychali od siebie jako "męty" społeczeństwa. Jednoczył się ze wzgardzonymi i niekochanymi, z odmieńcami i oszpeconymi: "moimi braćmi i towarzyszami niedoli" - używając wypowiedzi, którą Nicefor włożył w usta św. Andrzeja. Poprzez ten akt pełnego uczestnictwa, przynosi nadzieję i uzdrowienie. Podobnie jak Chrystus, szaleniec udaje się na poszukiwanie zagubionej owieczki i przynosi ją z powrotem na swych ramionach. Zstępuje do jamy aby wytaszczyć z niej innych.
Można by jednak zapytać: czy Symeon nie mógł nawracać grzeszników w nieco mniej dziwaczny sposób, nie robiąc z siebie wariata? Zapewne nie mógłby. Szaleństwo otwarło przed nim drzwi, które w innym przypadku pozostawałyby zamknięte. Gdyby nawiedzał tawerny i domy publiczne i próbował głosić tam kazania, któż by go słuchał? To właśnie poprzez swą podatność na ciosy i subtelne towarzystwo, poprzez gotowość do zabawy i radość poruszał serca pijaków i prostytutek. Gdy Cecil Collins mówi o "boleśnie dzikich gestach wrażliwości na cierpienia wszystkich żyjących we Wszechświecie", jego słowa z pewnością odnoszą się do Symeona; pod maskę śmiechu i oburzających niedorzeczności, kryła się w nim niezmierna wrażliwość i czułość wobec wszystkich odrzuconych. Nie przebaczając mu jego grzechów, kocha grzesznika i unika jakichkolwiek sugestii moralnej wyższości. "I ja ciebie nie potępiam" (J 8,11) - podobnie jak Chrystus, szaleniec nie przeklina, ani nie potępia i tu właśnie spoczywa moc siły jego przyciągania. Leoncjusz stwierdza bowiem, iż apostolska posługa Symeona w rzeczy samej okazała się bardzo skuteczna: "Swoimi żartami często doprowadzał nieczyste kobiety i nierządnice do prawych związków małżeńskich. [...] U innych, poprzez swą czystość, wywołał żal i skruchę oraz pobudził do oddania się życiu monastycznemu". Poprzez swe żarty - nie za pośrednictwem wymówek czy też cnotliwego oburzenia.
Grupą wyrzutków, której poza nierządnicami, okazywał szczególną miłość, byli "opętańcy" - w starożytności często traktowani z wielkim okrucieństwem: "Okazywał nadzwyczajne współczucie dla opętanych przez demony. Często oddalał się i przyłączał się do nich, zachowując się, jak gdyby był jednym z nich; a spędzając z nimi swój czas, uzdrawiał wielu z nich swymi modlitwami".
Dzielił ich cierpienia: powołaniem szaleńca jest droga współczucia, w pełnym znaczeniu tego często deprecjonowanego słowa - "enigmatycznego i powszechnego współczucia", jak ujął to Collins. Symeon nie oferuje pomocy z bezpiecznej odległości, nie pozostaje odizolowany i niezaangażowany, ale przychodzi i pozostaje z opętanymi, całkowicie wchodzi w ich położenie. Modlitwy szaleńca przynoszą uzdrowienie, albowiem utożsamił się z całą udręką tych, za którymi się wstawiał. Jego udziałem z pewnością jest to, co Charles Williams nazwał "drogą wymiany" i "miłością zastępczą".
Wszystko to bardzo trafnie wyrażone zostało przez Iulię de Beausobre. Czy za każdym razem, gdy mówi "rosyjski", nie moglibyśmy użyć słowa "chrześcijański"?
Jakże więc Rosjanin okazuje współczucie, usiłuje ulżyć choremu, zaleczyć ranę, zapełnić lukę? Nie da się robić tego na wielką skalę; nie da się tego robić, nie ulegając zdeklasowaniu. Może do tego dojść jedynie w sferze relacji międzyludzkich; liczne, usilnie organizowane akcje pomocy czy ofiary na cele dobroczynne w żaden sposób nie zastąpią całkowitego poświęcenia się...
Kto okazuje komuś współczucie, musi opuścić swe własne miejsce pośród dobrych ludzi na słonecznej stronie przepaści, musi wyjść i znaleźć go tam, gdzie się znajduje - w ciemności, po stronie złego - i wykazać gotowość do tego, żeby z nim pozostać; jeśli w ogóle do tego dochodzi, powraca wraz z nim i dopasowuje się do jego kroku...
Człowiek może pokonać zło jedynie poprzez wiedzę, znajomość zła; a Rosjaninowi wydaje się, iż człowiek może dowiedzieć się czegokolwiek, jako człowiek, tylko poprzez uczestnictwo...
Celem jurodiwych jest uczestnictwo w tym, co złe, poprzez cierpienie. Czynią z tego dzieło swego życia, ponieważ dla Rosjanina zło i dobro są tutaj na ziemi nierozerwalnie ze sobą połączone. Jest to dla nas wielka tajemnica życia na ziemi. Tam, gdzie zło jest najbardziej intensywne, tam również musi być największe dobro. Nie jest to dla nas nawet hipoteza. To aksjomat.
Ten właśnie aksjomat przeżywa szaleniec; nie ma uzdrowienia bez solidarności, nie ma zbawienia bez uczestnictwa. Ten sam aksjomat implikowany był w czasie Wcielenia i w Getsemanii.
Gdy szaleniec ma zamiar prorokować czy nauczać w bardziej wyrazisty sposób, zwykle czyni to nie poprzez słowa, lecz przy pomocy symbolicznych gestów. W tym względzie jest spadkobiercą długiej tradycji. Starotestamentowi prorocy często dopuszczali się czynów wstrząsającej czy nawet skandalicznej natury, jednakże obarczonych ukrytym znaczeniem: Izajasz chodził boso i nago (20,2), Jeremiasz, jak zwierzę pociągowe, nosił na szyi jarzmo i powrozy (27,2), Ezechiel wypiekał podpłomyki na ludzkich odchodach (4,12), a Ozeasz poślubił cudzołożnicę (3,1). Podobne posunięcia symbolicznej natury nastąpiły w życiu Symeona. Przed wielkim trzęsieniem ziemi w Emesie, chodząc po mieście uderzał filary budynków: niektórym powiedział "Stój" i żaden z nich nie ucierpiał w czasie kataklizmu; jednej z kolumn polecił: "Nie stój, ale i nie padaj" i uległa rozszczepieniu na dwie części. Tuż przed plagą zarazy odwiedzał szkoły i całował niektóre dzieci, mówiąc: "Szczęśliwej podróży, moje drogie", ale nie zwracał się tak do nich wszystkich; nauczycielowi zaś przykazał: "Nie bij dzieci, które ucałowałem, bo czeka je długa droga". Gdy wybuchła epidemia, wszystkie ucałowane przez niego dzieci padły jej ofiarą.
Zaskakujące symboliczne czyny charakteryzowały również szaleńców w Rosji. Prokop z Ustiuga w lewej dłoni nosił trzy pogrzebacze i w zależności od tego jak je trzymał, gospodarze mogli przewidzieć, jakie będą żniwa. Dziwnemu zachowaniu Bazylego Błogosławionego również przyświecał prorocki cel: niszczył towary pewnych kupców, ponieważ handlowali nieuczciwie; ciskał kamieniami w domy cnotliwych, bowiem wypędzone stamtąd demony nie odstępowały i przylgnęły na zewnątrz; całował podwaliny domów, w których dochodziło do "bluźnierstw", ponieważ anioły, nie mogąc wejść do tych domostw, stały wokół nich i płakały. Co najbardziej przerażające, zmiażdżył kamieniem cudami słynącą ikonę Dziewicy na Barbarzyńskich Wrotach, ponieważ nikt nie miał najmniejszego nawet pojęcia o tym, że na desce, pod świętym wizerunkiem znajdował się rysunek przedstawiający szatana.
W ten sposób dzikie, błahe gesty szaleńca posiadają głębsze znaczenie: ostrzegają innych przed nadchodzącym niebezpieczeństwem, uświadamiają im ukryty grzech. Jego niedorzeczność jest uszczypliwa i celowa: spod zewnętrznego idiotyzmu wyłania się wnikliwość i przezorność. Wiele zdarzeń z życia Symeona uwydatnia jego diakrisis, dar rozróżniania czy też uświęconego jasnowidztwa. Skruszył naczynie z winem, które zostało zatrute przez nie zauważonego przez nikogo węża; znał skrywane w sercu sekrety; wiedział, o czym mówili i co robili ludzie w oddali. Tak więc szaleniec funkcjonuje jako żywe sumienie społeczeństwa. Jest zwierciadłem ukazującym ludziom ich prawdziwe twarze, ujawniającym to, co ukryte, sprawiając, iż na powierzchnię wyłaniało się to, co skrywała podświadomość. Jest katalizatorem: choć sam jest bezstronny, wywołuje odruchy otoczenia.
Łącząc bezczelność z pokorą, szaleniec używa swej prorockiej charisma szczególnie przy demaskowaniu wielkich i mocarnych. Jako poruszający się swobodnie przybysz, przyzwyczajony do bólu i niewygód, przez to, że nie ma nic do stracenia, może mówić śmiało i bez obawy odwetu. W życiu Symeona nie było żadnych społecznych demonstracji skierowanych przeciwko tym, którzy stali u władzy, ale są tego przykłady w Żywocie św. Andrzeja Szaleńca, a szczególnie pośród szesnastowiecznych jurodiwych za czasów Iwana Groźnego. Fletcher przytacza na przykład następujące zdarzenie - gdy car wjeżdżał do Pskowa w czasie Wielkiego Postu, u wrót spotkał go Mikołaj Szaleniec i ofiarował mu kawał surowego mięsa. Iwan cofnął się z obrzydzeniem:
"A czy Iwaszka (co byłoby równoznaczne z Jasiem) myśli - rzekł Mikołaj - że w czasie Postu nie można zjeść kawałka bydlęcego mięsa, ale można pożreć tyle ludzkiego ciała, ile pochłonął go dotychczas?" Roztaczając przed imperatorem wizję proroctwa o uciążliwym zdarzeniu, które mogło by go spotkać, gdyby nie poniechał rzezi swych poddanych i nie opuścił miasta, ocalił wówczas wiele istnień ludzkich.
Nie bez powodu Mikołaj Fiodorow opisał Rosję jako autokrację ograniczaną przez szaleńców w Chrystusie.
Nieświadomi prorocy?
Czy obłęd szaleńca w Chrystusie musi być zawsze pozorowany i umyślny, czy też niekiedy może to być przypadek autentycznej choroby umysłowej? Pytanie to zakłada wyraźne rozróżnienie pomiędzy rozsądkiem i pomieszaniem zmysłów, ale czy zawsze da się to tak łatwo odróżnić? Czy określając jednych jako "normalnych", a innych jako "nienormalnych", nie zakładamy - zupełnie bezpodstawnie zapewne - iż dokładnie wiemy, czym jest "normalność"? Jednak o tyle, o ile trzeba dokonać rozróżnienia, można upierać się przy tym, że z zasady obłęd szaleńca koniecznie musi być pozorowany, bowiem jedynie wtedy może być uważany za dobrowolnie obraną drogę szaleństwa w Chrystusie, a nie jakieś mimowolne schorzenie. W praktyce jednak nie tak łatwo ustalić sztywne linie demarkacyjne. W przypadku Symeona, jego obłęd z pewnością był pozorowany, aczkolwiek neurolog, który dokonał szczegółowego studium Leoncjuszowego Żywotu zauważył, iż jeśli było tak w rzeczywistości, to Symeon okazał się niezwykle pomysłowy i dokładny w naśladowaniu symptomów prawdziwego obłędu. Nicefor również przedstawił szaleństwo Andrzeja jako symulowane. W innych jednakże przypadkach dostępne nam świadectwa nie dają się tak łatwo interpretować: niektórzy z rosyjskich szaleńców, a Izaak z Kijowa przynajmniej przez część swego życia, zdają się być naprawdę obłąkani. Obok tych, którzy świadomie, zdawałoby się, odgrywają role, trzeba również znaleźć miejsce dla świętych szaleńców, którzy niezależnie od siebie są pod wpływem dolegliwości psychicznych. Czy nie możemy dopuścić możliwości, że łaska Chrystusowa może działać podobnie pośród nich? Mężczyzna czy kobieta z psychologicznego punktu widzenia może być pod wpływem choroby, ale mimo to jest zdrowa duchowo; może być chora umysłowo, ale cieszyć się głęboką czystością moralną. Ci ludzie z pewnością mogą stanąć pośród świętych szaleńców i mogą być uważani za natchnionych przez Boga do wypełnienia pewnej prorockiej roli.
Prorok bowiem nie zawsze świadom jest tego, co mówi. Jak Czwarta Ewangelia mówi o Kajfaszu: "Tego jednak nie powiedział sam z siebie, ale będąc tego roku najwyższym kapłanem, wypowiedział proroctwo, że Jezus miał umrzeć za naród" (J 11,51). Kajfasz jest nieświadomym i mimowolnym prorokiem: swym świadomym umysłem nie docenia rzeczywistego znaczenia prawdy, którą głosi, ale mówi więcej niż zamierza i więcej ponad to, czego jest świadom. Jeśli Bóg, nie pozbawiając proroka jego wolnej woli, może jednak użyć go jako wyraziciela przesłania, które przerasta zdolności jego pojmowania, czy to samo nie mogłoby odnosić się również do świętego szaleńca? Nawet gdy w rzeczywistości nie jest psychicznie zrównoważony, jego umysłowa niemoc może jednak być wykorzystana przez Ducha Świętego jako pomoc niezbędna dla uzdrowienia i zbawienia otaczających go ludzi.
Niebezpieczeństwa szaleństwa
Mówi się, iż szaleniec idzie po linie rozciągniętej nad piekielną przepaścią. Zamiast przemieniać swe szaleństwo w prorocką niewinność, może po prostu poddać się rozmyślnemu dziwactwu, niebezpiecznie łatwo porzucić stereotypowe życie w społeczeństwie bez dokonania przez to wyboru niebiańskiego Królestwa. Autentyczne przypadki szaleństwa w Chrystusie są niezmiernie rzadkie, a tradycja duchowa jest jednomyślna, uważając je za szczególnie ryzykowne powołanie. Wielu szaleńców miało swych własnych uczniów, ale trudno znaleźć nawet pojedynczy przypadek, w którym szaleniec zachęcałby swego zwolennika do podążania tą samą ścieżką. Gdy Symeon z Emesy usłyszał głos, który nawoływał go do odejścia z pustyni, aby "wyśmiewać" świat, jego towarzysz Jan zdecydował się pozostać w tym samym miejscu: odczuwał, iż brakło mu siły, aby wkroczyć na tę żmudną drogę, którą wybrał Symeon - "Nie dostąpiłem jeszcze wyżyn tego powołania". Samotność eremity jest łatwiejsza od szaleństwa w Chrystusie. W rzeczy samej, wielu powątpiewało w autentyczność powołania Symeona, mówiąc: "Jego proroctwa pochodzą od szatana". Symeon zaś nigdy nie zdecydowałby się zostać szaleńcem, gdyby nie był świadom wyraźnego, wychodzącego od Boga powołania.
Św. Serafim z Sarowa również podkreślał potrzebę szczególnego powołania przez Boga. Zwykle w bardzo małym stopniu podtrzymywał niedoszłych szaleńców:
Inni przychodzili do starca z prośbą o błogosławieństwo i aprobatę ich pragnienia, by wejść na drogę szaleństwa przez wzgląd na Chrystusa. Nie tylko tego nie polecał, ale ze złością krzyczał: "Wszyscy, którzy przez wzgląd na Chrystusa podejmują się wejścia na drogę szaleństwa bez wyraźnego powołania od Boga, poddają się pokusie. Trudno wskazać choćby jednego szaleńca w Chrystusie, który nie poddał się pokusom, zaginął, czy też powrócił do świata. [W sarowskim monasterze] starzec nigdy nie pozwolił nikomu być szaleńcem w Chrystusie. Za moich czasów, tylko jeden z mnichów zdradzał oznaki obłąkania; w cerkwi zaczął miauczeć jak kot. Starzec Pachomiusz [przełożony monasteru] kazał natychmiast wyprowadzić go z cerkwi i odprowadzić do wrót monasteru.
Nie dziwi fakt, że władze kościelne niejednokrotnie wyrażały wątpliwości odnośnie szaleńców Chrystusowych. Sobór w Trullo (692), w swym sześćdziesiątym kanonie surowo potępia "tych, którzy udają, jakoby byli opętani przez demony, a swym zepsutym zachowaniem naśladują opętanych symulowaną mimiką". Komentując ten zapis, dwunastowieczny kanonista Teodor Balsamon, wnioskuje, że odnosi się on do szaleńców w Chrystusie, aczkolwiek pragnie ograniczyć zakres kanonu, wskazując na możliwość pojawienia się zarówno prawdziwie świętych szaleńców, jak również "zepsutych symulantów". Warto zwrócić uwagę na datowanie tego kanonu - został ogłoszony pół wieku później niż Żywot Symeona z Emesy i na dobrą sprawę mógł wyrażać oficjalną reakcję na rozpowszechnione pośród ludu oddziaływanie wywoływane przez dzieło Leoncjusza. Interpretations Nikona z Czarnej Góry, inne kanoniczne źródło (jedenasty wiek), które potępia szaleństwo w Chrystusie, otwarcie odnosi się do Symeona: "Boskie prawa potępiają tych, którzy oddają się szaleństwu na wzór wielkiego Symeona i Andrzeja, i obecnie jest to całkowicie zabronione".
Jednakże pomimo wszelkich niebezpieczeństw, w rzeczywistości aż do naszych czasów nie zostało to "całkowicie zabronione". Wprost przeciwnie, Kościół Prawosławny ciągle pozostawiał miejsce dla tego niekonwencjonalnego, ale życiodajnego powołania i możemy się z tego cieszyć. Choć szaleńców w Chrystusie z pewnością nie można zaliczyć do instytucjonalnej i hierarchicznej posługi Kościoła, tym niemniej jednak mają swe miejsce w "sukcesji apostolskiej" proroków i jasnowidzów, duchowych ojców i matek, którzy są częścią wolnego, nie uporządkowanego, "charyzmatycznego" życia Kościoła. Obyśmy zawsze byli w stanie udostępnić Chrystusowemu szaleńcowi miejsca w naszych kościelnych wspólnotach; społeczność, która wyklucza szaleńca, może z czasem zauważyć, że zatrzasnęła drzwi przed obliczem Boskiego Szaleńca, Samego Chrystusa.
Niniejszy tekst to uproszczona wersja (bez przypisów) jednego z 12 rozdziałów pierwszego tomu dzieł zebranych biskupa Kallistosa p.t. „Królestwo wnętrza”. Wydawcą polskiego tłumaczenia tej książki jest Prawosławna Diecezja Lubelsko-Chełmska. Więcej informacji i całą książkę znajdziesz w sklepiku www.cerkiew.pl
— bp Kallistos (Ware), tłum. o. Włodzimierz Misijuk
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.