"Najważniejsze - stwierdza biskup Teofan Zatwornik - to stać przed Bogiem z umysłem w sercu i trwać w tym staniu nieustannie w dzień i w nocy, aż do końca życia". W tej zwięzłej, acz dalekowzrocznej definicji nabożeństwa, biskup Teofan podkreśla trzy elementy: pierwszy stanie przed Bogiem, to…
"Najważniejsze - stwierdza biskup Teofan Zatwornik - to stać przed Bogiem z umysłem w sercu i trwać w tym staniu nieustannie w dzień i w nocy, aż do końca życia". W tej zwięzłej, acz dalekowzrocznej definicji nabożeństwa, biskup Teofan podkreśla trzy elementy:
Stać przed Bogiem
Tak więc sprawować nabożeństwo czy modlić się to przede wszystkim "stać przed Bogiem". Zwróćmy uwagę na obszerność definicji biskupa Teofana. Modlić się niekoniecznie oznacza kierować do Boga prośbę o coś; to wcale nie musi być nawet zwracanie się do Boga, gdyż bardzo często najgłębszą i najbardziej usilną modlitwą jest po prostu oczekiwanie na Boga w milczeniu. Bez względu na to czy oddajemy Bogu cześć za pomocą słów, poprzez symboliczne i sakramentalne działania, czy też w milczeniu, nasza zasadnicza postawa jest zawsze taka sama: stoimy w obliczu Boga.
To stanie przed Bogiem oznacza, że nabożeństwo jest spotkaniem, zdarzeniem, do którego dochodzi pomiędzy osobami. Celem nabożeństwa nie jest powodowanie wzruszenia czy też wywoływanie stosownych postaw moralnych, lecz wchodzenie w bezpośredni i osobowy kontakt z Bogiem Trójcą Świętą. "Tak jak przyjaciel rozmawia ze swym przyjacielem", pisze św. Symeon Nowy Teolog, "tak człowiek rozmawia z Bogiem i ośmiela się stać przed obliczem Tego, który spoczywa w niedostępnej światłości." Św. Symeon wskazuje tutaj na dwa bieguny chrześcijańskiego nabożeństwa, dwa przeciwstawne aspekty tej osobowej relacji: Bóg "spoczywa w niedostępnej światłości", a jednak człowiek jest w stanie "ośmielić się" zbliżyć i rozmawiać z Nim "tak jak przyjaciel rozmawia ze swym przyjacielem". Bóg jest ponad wszelkim bytem, jest nieskończenie odległy, niepoznawalny, "Zupełnie Inny", misterium tremendum et fascinosum. Jednak ten transcendentny Bóg jest wyjątkowo blisko, wokół nas i w nas, "jest wszędzie i wszystko wypełnia" (cs. wiezdie syj i wsia ispołniajaj - jak mówi prawosławna modlitwa do Ducha Świętego).
Tak więc w nabożeństwie chrześcijanin stoi przed Bogiem z dwojakim nastawieniem, świadom "bliskości a jednak inności Wiecznego", jak ujęła to Ewelyn Underhill, anglikańska pisarka, która darzyła Prawosławie głęboką miłością. Podczas modlitwy wierny odczuwa zarówno miłosierdzie, jak i osąd Boży, Jego dobrotliwość i Jego srogość (Ps 100[101],1; Rz 11,22). Do końca swego ziemskiego życia stoi ciągle pomiędzy pewnością siebie i trwogą, "pomiędzy nadzieją i obawą" jak ujął to starzec Amwrosij z Optino. To podwójne nastawienie w uderzający sposób widoczne jest w prawosławnym nabożeństwie, które zawsze z niezwykłym powodzeniem łączy te dwie właściwości misterium i swobody: "...tak dogłębnie świadome misterium Transcendentnego a jednocześnie tak dziecięco ufne w swym podejściu".
W tekstach liturgicznych chrześcijańskiego Wschodu te przeciwstawne odczucia nadziei i trwogi, zaufania i bojaźni ciągle pojawiają się obok siebie. Przenajświętsze Dary są "życiodajnym i strasznym misterium" (cs. żywotworiaszczija i strasznyja tajny). Bojaźń i pełne miłości zaufanie idą w parze, gdy wierni wzywani są do podejścia do kielicha słowami; "Z bojaźnią Bożą, wiarą i miłością przystąpcie". W napisanej przez św. Symeona Nowego Teologa modlitwie przed przystąpieniem do Komunii Świętej czytamy:
"Radując się i drżąc jednocześnie,
Ja, który źdźbłem jestem, przyjmuję Ogień
I, o dziwny cudzie!
Jestem niewypowiedzianie odświeżony,
Jak krzew,
Który płonął, a jednak nie ulegał spaleniu."
"Radując się i drżąc jednocześnie" - tak właśnie powinniśmy stać przed Bogiem. Nasze nabożeństwo powinno odznaczać się żywym poczuciem czci i skruchy, gdyż straszną rzeczą jest trafić w objęcia żywego Boga (Hbr 10,13); w równym stopniu powinno być ono nacechowane swojskim poczuciem domowego ciepła i tkliwej prostoty, gdyż ten żywy Bóg jest naszym bratem i naszym przyjacielem. W czasie nabożeństwa jesteśmy zarówno sługami przed tronem Króla Niebios, jak i dziećmi uszczęśliwionymi przebywaniem w domu Ojca. Łzy, które ronimy przystępując do Komunii to łzy pokajania, powodowane rozważaniem naszej niegodności - "Ja, który źdźbłem jestem " - i jednocześnie łzy radości, wywoływane doświadczeniem miłosiernego zmiłowania Boga. "Ci, którzy skosztowali daru Ducha, są świadkami dwóch rzeczy jednocześnie: z jednej strony radości i pocieszenia; z drugiej drżenia, bojaźni i smutku" - stwierdza w swych "Homiliach" św. Makary. Obydwa te uczucia powinny charakteryzować nasze nabożeństwo, jeśli mamy stać poprawnie w Bożej obecności.
Z umysłem w sercu
Modlić się i sprawować nabożeństwo to również stać przed Bogiem z umysłem w sercu. Potrzeba tu jednak ostrożność, bowiem gdy św. Teofan - i cała prawosławna tradycja w ogóle - używa słów "umysł" i "serce", pojawiają się one w znaczeniu zdecydowanie odmiennym od tego, jakie zwykle jest im przypisywane na współczesnym Zachodzie. "Rozum" czy "umysł" (gr. nous) oznacza nie tylko i nie przede wszystkim rozumujący mózg z jego możliwościami dyskursywnego dowodzenia, ale również, i to w o wiele większym stopniu, zdolność postrzegania religijnej prawdy poprzez zdolność bezpośredniego wglądu i kontemplacyjnej przenikliwości. Umysł nie powinien być odrzucany czy poskramiany, bowiem jest to zdolność nadawana nam przez Boga. Nie jest to jednak główna czy najwyższa zdolność, którą posiadamy i w naszym nabożeństwie wielokrotnie zdarza się, iż jego granice są przekraczane.
Podobna ostrożność potrzebna jest w odniesieniu do interpretacji słowa "serce" (gr. kardia). Gdy św. Teofan - i cała prawosławna tradycja w ogólności - mówi o sercu, pojmuje je w semickim i biblijnym znaczeniu tego słowa, które oznacza tu nie tylko emocje i uczucia, lecz główne centrum ludzkiej osobowości. Serce oznacza głębię ludzkiej natury to siedlisko mądrości i zrozumienia, miejsce gdzie podejmowane są nasze decyzje moralne, wewnętrzna świątynia, w której doznajemy Bożej łaski i zamieszkującej obecności Trójcy Świętej. Ukazuje osobę człowieka jako "podmiot duchowy", stworzony na obraz i podobieństwo Boga.
To opisywane przez św. Teofana stanie przed Bogiem "z umysłem w sercu" oznacza zatem, że powinniśmy sprawować Mu nabożeństwo w pełni naszej ludzkiej osobowości. Zdolności umysłowe nie są w żaden sposób odrzucane, bowiem jesteśmy stworzeniami rozumnymi - "logicznymi owcami", jak ujął to św. Klemens Aleksandryjski - i dlatego nasze nabożeństwo powinno być logiki latreia, "rozumnym nabożeństwem" (Rz 12,1). Z podobnych względów nasze nabożeństw nie powinno być pozbawione emocji i uczuć - one również są częścią naszej osobowości. Nasza modlitwa powinna być ożywiana przez eros, żywą i żarliwą tęsknotę do Świętości, aby nasze nabożeństwo stawało się prawdziwie wyrażeniem "miłosnego/erotycznego uniesienia", jak ujął to św. Maksym Wyznawca. Jednakże logos i eros, rozum, emocje i uczucia powinny być zintegrowane z innymi warstwami naszej osobowości i wszystkie razem, na płaszczyźnie głębi ludzkiej natury czy serca powinny być połączone w żywą jedność. Cytując ponownie Evelyn Underhill, nasze doświadczenie Boga "wypływa z głębi poczucia przekształcenia i wprowadzenia do pełnego aktu nabożeństwa głębokich instynktownych pokładów naszego umysłu". Nasze nabożeństwo powinno być wszechogarniające.
"Z umysłem w sercu." W tym "pełnym akcie nabożeństwa" powinniśmy stać przed Bogiem z całym człowiekiem: ze świadomym intelektem oczywiście, ale również z przejawami naszej wewnętrznej natury, które sięgają podświadomości, z emocjami i uczuciami, z poczuciem piękna, jak również ze zdolnościami pojmowania intuicyjnego i bezpośredniej duchowej świadomości, która, jak zauważyliśmy, znacznie przewyższa dyskursywny rozum. Wszystko to odgrywa swoją rolę w naszej modlitwie; nie bez znaczenia jest również nasz fizyczny, materialny organizm, nasze ciało. Św. Grzegorz Palamas stwierdza, że "ciało również jest przekształcane; razem z duszą wznosi się na wysokości i doświadcza Bożej wspólnoty stając się domeną i miejscem zamieszkania Boga".
Jak ten "całościowy akt" ma się dokonać? W naszym nabożeństwie czynimy użytek przede wszystkim ze słów i to słów w ich dosłownym, uchwytnym dla intelektu znaczeniu. Jednakże akt nabożeństwa obejmuje daleko więcej niż tylko słowa. Poza i ponad ich dosłownym znaczeniem, poszczególne sylaby i frazy obfitują w skojarzenia i półtony, posiadają swą własną moc i poezję. Tak więc w modlitwie używamy słów nie tylko dosłownie, ale też i pięknie; poprzez poetyczne obrazy - nawet jeśli teksty sformułowane są w rytmicznej prozie a nie w rymowanych wersetach - obdarzamy te słowa nowym wymiarem znaczenia. Co więcej, nabożeństwo sprawujemy nie tylko poprzez słowa, ale też szeroką, bardzo zróżnicowaną gamę innych sposobów: poprzez muzykę, wspaniałość szat liturgicznych kapłana, linie i kolory świętych ikon, poprzez wyrażający świętość miejsca zamysł architektoniczny świątyni, poprzez symboliczne gesty, jak znak krzyża, ofiarowanie kadzidła czy zapalanie świec, jak również poprzez zaangażowanie wszystkich wielkich "archetypów", wszystkich podstawowych elementów, części składowych ludzkiego życia: wody, wina i chleba, ognia i oleju.
Używając słów w ich dosłownym znaczeniu trafiamy do intelektu; przy pomocy poezji i muzyki, sztuki, symboli i czynności obrzędowych docieramy do wszystkich innych pokładów ludzkiej osobowości. Wszystkie aspekty nabożeństwa są równie istotne. Jeżeli słowa nie posiadają żadnego dosłownego znaczenia - albo też, jeśli wymawiane lub odczytywane są w taki sposób, że ich znaczenie okazuje się niezrozumiałe - może dojść do tego, że nabożeństwo zdegeneruje się, przerodzi w magię, fetyszyzm i przestanie być godne logicznej owieczki. Z drugiej strony, jeśli nasze nabożeństwo wyraża się tylko i wyłącznie przez dosłownie i racjonalnie interpretowane słowa, w istocie może to być prawdziwe nabożeństwo umysłu, ale nie będzie to jednak nabożeństwo umysłu w sercu. Może być zadziwiająco przejrzyste, logiczne i systematyczne, ale ciągle nie będzie jeszcze modlitwą całego człowieka. To właśnie często umykało uwadze reformatorom liturgii na Zachodzi w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Nie docenili poczucia misterium; bez tego poczucia misterium nie jesteśmy prawdziwie człowiekiem. Nabożeństwo jest bowiem czymś więcej niż formą głoszenia za pomocą słowa mówionego, a zgromadzenie liturgiczne to coś o wiele więcej niż publiczne zebranie z przemówieniami i ogłoszeniami.
Często słyszy się stwierdzenia, że symbole i przedmioty używane w tradycyjnym nabożeństwie chrześcijańskim, jak i manifestowane przez nie swoiste piękno, stały się przestarzałe, niestosowne i niezrozumiałe we współczesnym świecie. W uzasadnieniu tego twierdzenia mówi się, że symbole te zapożyczone były z agrarnego stylu życia i w wielu wypadkach stały się zupełnie obce zurbanizowanemu i uprzemysłowionemu środowisku. Dlaczego, z jakiej racji, mamy wielbić Boga ze świecą i kadzielnicą, a nie ze stetoskopem i wiertarką elektryczną w dłoni? Czy nie ograniczamy nabożeństwa do określonej grupy ludzi wykluczając wszystkich pozostałych? Prawosławny odpowiedziałby na to, że czynności i symbole, których używa się w nabożeństwie, mają znaczenie uniwersalne. Chociaż Liturgia Święta rozwijała się zewnętrznie pod wpływem konwencji artystycznych i zwyczajów społecznych poszczególnych okresów - na przykład, ceremoniału dworu Bizancjum - to jednak w swej wewnętrznej istocie wykracza poza te ograniczenia i przemawia do podstawowej kondycji człowieka, zarówno człowieka antyku, jak i współczesnego człowieka Wschodu czy też Zachodu. Kościół Prawosławny w swej modlitwie używa pierwotnych elementów ludzkiego istnienia, takich jak chleb i wino, światło i ogień. Jeżeli dla ludzi ztechnologizowanych środowisk miejskich te podstawowe elementy nie są już znaczące, to czyż nie jest to przerażający akt oskarżenia stwierdzający, że współczesna "cywilizacja" jest sztuczna i nierzeczywista? Być może tym, czego nam trzeba nie jest zamiana symboli, lecz zmiana w nas samych, oczyszczenie wrót naszej percepcji.
W związku z powyższym prawosławny chrześcijanin może czuć się poniekąd podbudowany zachodnim entuzjazmem na punkcie ikony. Zadziwiająco duża grupa "nowoczesnych" mężczyzn i kobiet, choć stoi daleko poza jakąkolwiek przynależnością do Kościoła i zdają się nie przywiązywać żadnej uwagi do współczesnych reform liturgicznych, okazuje jednak żywe zainteresowanie prawosławną ikoną. Nie określajmy go zbyt śpiesznie jako sentymentalne i powierzchowne. To wcale nie dziwny paradoks, że w wieku technologii i sekularyzmu ich uwagę absorbuje odmiana sztuki, która jest par excellence duchowa i teologiczna. Czy byliby tak samo zainteresowani, gdyby sztuka ikony została "uwspółcześniona"?
Sprawą najwyższej wagi dla prawosławnego chrześcijanina jest to, by akt nabożeństwa wyrażał radość i piękno Królestwa Niebios. Bez tego wymiaru piękna nasze nabożeństwo nigdy nie będzie w stanie stać się modlitwą w najbardziej pełnym tego słowa znaczeniu - modlitwą zarówno serca jak i umysłu. Ta radość i piękno Królestwa nie mogą być należycie objaśnione przy pomocy abstrakcyjnych dowodów i logicznych wyjaśnień: nie należy ich dyskutować, trzeba ich doświadczyć. To żywe doświadczenie staje się możliwe właśnie poprzez symboliczne i rytualne obrzędy - palenie kadzidła, zapalanie łampady czy świecy przed ikoną. Te proste gesty o wiele lepiej niż słowa wyrażają całą naszą postawę wobec Boga, całą naszą miłość i uwielbienie; wobec braku tych gestów i czynności nasze nabożeństwo byłoby boleśnie zubożone.
Dlaczegóż palimy kadzidło, po co zapalamy świece? Dlaczego oddając pokłony padamy twarzą do ziemi i czynimy znak krzyża? Próbując wyjaśnić to w słowach, doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że słowa te wyrażają jedynie małą część prawdy. I z pewnością to właśnie jest powód dla symbolicznych działań. Gdyby poeta mógł wyrazić prozą to, co powiedział w swej poezji, gdyby artysta plastyk czy muzyk mógł wyrazić w słowach to, co przedstawił w obrazie i dźwięku, nie byłoby potrzeby tworzenia poematu, malowidła czy też symfonii. Istnieją one dlatego, że wyrażają coś, czego nie można wyrazić w żaden inny sposób. Tak też jest i w nabożeństwie. Gdyby można było wyrazić słowami, dlaczego zapalamy świece i palimy kadzidło, moglibyśmy zadowolić się tym werbalnym wyjaśnieniem i całkowicie zaniechać tych symbolicznych czynności. Cała wartość symbolu w nabożeństwie zawiera się jednak w tym, że wyraża coś, co nie może być oddane jedynie poprzez mówione słowo, że dociera on do tej sfery naszego bytu, której nie imają się bodźce racjonalne. Z jednej strony symbol jest o wiele prostszy w użyciu i o wiele bardziej bezpośrednio dostępny niż werbalne objaśnienia a ponadto przenika jednocześnie aż do głębi rzeczywistości.
Z czysto pragmatycznego punktu widzenia całe to piękno i symbolizm naszego nabożeństwa jest niepotrzebny i bezużyteczny. Zamiast kadzidła moglibyśmy przecież użyć jakichś odświeżaczy powietrza a świece zastąpić lampkami neonowymi. Człowiek nie jest jednak pragmatycznym i utylitarnym zwierzęciem i wszyscy ci, którzy próbują zajrzeć w głąb swej natury, szybko docenią jak bardzo potrzebują tego "bezużytecznego" piękna. Jak słusznie zauważył o. Aleksander Schmemann:
Liturgia jest przede wszystkim radosnym zgromadzeniem tych, którzy chcą wyjść na spotkanie zmartwychwstałego Pana i wejść z Nim do weselnej komnaty (cs. czertog). To właśnie ta radość oczekiwania i to oczekiwanie radości wyrażane są w śpiewach i obrzędach, w szatach liturgicznych i okadzaniu, w całym tym "pięknie" liturgii, które tak często uważane jest za niepotrzebne czy nawet grzeszne. Tak naprawdę nie jest ono konieczne, gdyż stoimy poza kategoriami tego, co "konieczne". Piękno nigdy nie jest "konieczne", "funkcjonalne" czy też "użyteczne". Gdy oczekując kogoś, kogo kochamy, nakrywamy stół pięknym obrusem, ustawiamy na nim świece i dekorujemy go kwiatami, nie robimy tego wszystkiego z konieczności, ale z miłości. A Kościół jest miłością właśnie, oczekiwaniem i radością. Według naszej prawosławnej tradycji jest on niebem na ziemi; to radość odzyskanego dzieciństwa, wolna, bezwarunkowa i bezinteresowna radość, która jest w stanie przeobrazić świat. W naszej dorosłej, poważnej pobożności domagamy się definicji i wyjaśnień, a te zakorzenione są w strachu i obawie przed zepsuciem, zboczeniem, "pogańskimi wpływami" i nie wiadomo, czym jeszcze. Lecz "Kto się boi, nie jest doskonały w miłości" (1 J 4,18). Dopóty chrześcijanie będą miłować Królestwo Boże, a nie tylko dyskutować o nim, dopóki będą 'przedstawiać' je i pięknie wyrażać w sztuce. Kapłan sprawujący misterium radości pojawia się w pięknym ornacie, odziany w chwałę Królestwa, ponieważ Bóg objawia się w chwale nawet w postaci człowieka. W Eucharystii stoimy w obecności Chrystusa i jak Mojżesz przed Bogiem, mamy okryć się Jego chwałą.
"Piękno zbawi świat" powiedział Dostojewski. Pierwotną funkcją nabożeństwa jest manifestacja zbawczej mocy tego duchowego piękna. Tym, co wysłanników Kijowskiego Księcia Włodzimierza pozyskało dla wiary prawosławnej, tym co ich nawróciło nie były słowa, logiczne dowody, lecz piękno Liturgii Świętej, na której byli obecni w Konstantynopolu: "Nie możemy zapomnieć tego piękna", stwierdzili po powrocie do domu. Jednej z odwiedzających go, św. Jan od Krzyża zadał pytanie "Na czym polega twoja modlitwa?", a w odpowiedzi usłyszał: "Na rozważaniu piękna Boga i radowaniu się z tego, że posiada takie piękno". Taka właśnie jest istota nabożeństwa. Modlić się i sprawować nabożeństwo to odczuwać to duchowe piękno Królestwa Niebios; jak najwierniej wyrazić to piękno poprzez słowa, poprzez poezję i muzykę, poprzez sztukę i symboliczne czynności, jak również poprzez całe nasze życie; i w ten sposób rozprzestrzeniać to Boże piękno w otaczającym nas świecie, przeobrażając upadłe stworzenie.
Nieustannie w dzień i w nocy
Pozostaje jeszcze trzeci element definicji biskupa Teofana: modlitwa to stanie przed Bogiem, nieustannie, w dzień i w nocy, do końca życia. "Bez przestanku się módlcie", nalega Św. Paweł (1 Tes 5,17). Modlitwa i nabożeństwo nie powinny być jedynie jedną z wielu wykonywanych przez nas czynnością, czymś co robimy "między innymi", lecz dziełem, zakresem działania całego naszego istnienia. Wszystko co robimy dokonuje się w obliczu Boga: nasze stanie przed Bogiem nie powinno być ograniczone do jakichś określonych okresów czasu czy miejsc, pory dnia, kiedy "odmawiamy" nasze modlitwy w domu czy też "chodzimy do cerkwi", lecz powinna to być wszechogarniająca postawa obejmująca każdy przedmiot i każdą chwilę; powinniśmy dążyć do tego, aby całe nasze istnienie stało się ciągłym aktem nabożeństwa, nieprzerwaną doksologią.
Nic nie powinno być pominięte jako nieodwracalnie świeckie, niezdolne do przeobrażenia w nabożeństwo. Jak słusznie zauważył o. Aleksander Schmemann, "Chrześcijanin to ten, który gdziekolwiek nie spojrzy, wszędzie odnajduje Chrystusa i raduje się w Nim". Starożytny przekaz Starożytny przekaz "Słów Chrystusa" wzywa: "Podnieś kamień, a znajdziesz mnie, rozetnij kawałek drewna, a oto jestem". "Czyż można zaznać zbyt wiele Radości w dziełach twego Ojca?' zapytuje Thomas Traherne. "On Sam jest w każdej Rzeczy. Niektóre Rzeczy są drobne na zewnątrz, Proste i Pospolite; pamiętam jednak czasy, kiedy Uliczny Pył był cenny jak Złoto dla mych Dziecięcych Oczu, a teraz jest bardziej wartościowy dla Oczu mego Rozumu". Modlić się to widzieć Boga we wszystkim, ogarniać cały świat i z radością ofiarowywać go z powrotem Bogu.
Modlitwa i nabożeństwo trwają zatem "nieustannie w dzień i w nocy" w tym znaczeniu, że są częścią naszego istnienia, nie czymś, co robimy, mówimy czy też przemyślamy, ale czymś, czym naprawdę jesteśmy. "Bo większa jest potrzeba o Bogu pamiętać aniżeli oddychać" - mówi św. Grzegorz z Nazjanzu. Modlitwa jest dla nas bardziej dla nas istotna, jest częścią naszego istnienia w większym stopniu niż rytm oddychania czy bicia serca. Zostaliśmy stworzeni do modlitwy. Modlitwa jest naszą prawdziwą naturą i wszystko powinno przemienić się w modlitwę. Paul Evdokimov pisze: "W ogromnej katedrze, którą jest wszechświat Boga, każdy człowiek czy to naukowiec, czy też rzemieślnik, powołany jest do tego, by postępował jak kapłan całego swego życia - by zebrał wszystko, co ludzkie i przekształcił to w ofiarę i hymn chwały". W innym miejscu ten sam autor spostrzega: "W katakumbach najczęściej powtarzającym się obrazem jest postać modlącej się kobiety - Oranta. Przedstawia ona jedyną prawdziwą postawę ludzkiej duszy. Nie wystarczy sprawować modlitwę: powinniśmy stać się modlitwą, powinniśmy być modlitwą - modlitwą wcieloną. Nie wystarczą chwile oddawanej Bogu chwały; całe nasze życie, każda czynność i każdy gest, nawet uśmiech, powinny stać się hymnem uwielbienia, ofiarowaniem modlitwy. Powinniśmy ofiarować nie to, co posiadamy, lecz to, czym jesteśmy".
(Niniejszy tekst to jeden z 12 rozdziałów pierwszego tomu dzieł zebranych Biskupa Kallistosa zatytułowanego „Królestwo wnętrza”. Wydawcą polskiego tłumaczenia tej książki jest Prawosławna Diecezja Lubelsko-Chełmska. Więcej informacji w sklepie cerkiew.pl )
— bp Kallistos (Ware), tłum. o. Włodzimierz Misijuk
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.