śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 8 marca 2013

Czy starość się Panu Bogu nie udała? – cz. II

Czym skorupka za młodu nasiąknie...

0 czytelników poleca

Czym skorupka za młodu nasiąknie...

Powróćmy jednak do naszych skorupek. W Księdze Mądrości Syracha znajdziemy podobne pytanie: „Jeśli w młodości nie nazbierałeś, jakim sposobem znajdziesz na starość?” (Syr 25, 3). I nie chodzi tu tylko o oszczędzanie, gromadzenie środków, za pomocą których można dotrwać do końca, przeżyć swój czas. Czy nie jest tak, że starość jest w dużej mierze wypadkową naszego dotychczasowego życia? Sposobu, w jaki spędzaliśmy godziny, dni, tygodnie, lata, dziesięciolecia? Odbiciem naszych życiowych przejść? Nie szukałem w twórczości Ojców Kościoła – chrześcijańskich antropologów – potwierdzenia, że w starości dochodzą do głosu te najgłębiej ukryte, zakorzenione nie tylko pozytywne cechy, ale przede wszystkim negatywne – przywary, słabości lub nawet (czy może zwłaszcza) żądze i namiętności. Wydaje się to na tyle naturalne, że być może i nie warto było o tym pisać. Czym skorupka za młodu... Rosjanie mają takie powiedzenie: „Starość, jeśli nie ewoluuje w świętość, staje się stanem głębokiej patologii”. Owszem, człowiek się starzeje, starzeje się ciało (ile razy słyszymy: wiesz, ja już nie mogę tak szybko, to dla mnie zbyt ciężkie) i przyćmiewa umysł (teraz już nie łapię tak szybko, musisz powtarzać powoli i najlepiej dwa razy), ale jest w człowieku coś, czego starość się nie ima, a przynajmniej nie ma nad tym pełnej władzy – to serce. Gorące, otwarte, współczujące, cierpiące za siebie i – jak podkreśla starzec Paisjusz Hagioryta – przede wszystkim za innych. To płynąca z niego miłość, która pozwala człowiekowi nie tylko nie przeklinać swego losu, ale jeszcze pomagać innym lub przynajmniej współodczuwać wraz z innymi. Jeśli zaś człowiekowi kamienieje i serce, starość rzeczywiście przekształca się w głęboką patologię... Metropolita surożski Antoni (Bloom) w swych wspomnieniach umieścił fragment poświęcony babci, zamieszczając jedną z rozmów (przepraszam, przytoczę ją z pamięci): kiedy babcia, stojąc przy zlewie, po raz kolejny stłukła jakąś filiżankę, głośno zawołała ze smutkiem: Widzisz, po cóż mnie Bóg jeszcze taką trzyma na ziemi? Jestem taka nieporadna! Późniejszy metropolita podszedł do niej, objął ją i powiedział: Po pierwsze, dlatego że na górze z pewnością takich babć Mu nie brak, ale po wtóre – i to było rzeczą najważniejszą, jak podkreślił autor – jesteś przecież moją kochaną babcią. I po tych słowach w jej oczach było tyle miłości...

Otwarte serce warto rozwijać w sobie od dzieciństwa. Takie przygotowanie zawsze będzie boleć; otwierając serce na kłopoty i nieszczęścia innych, musimy być gotowi na ból i niepokój. Nie na próżno krąży w narodzie porzekadło o miękkim sercu i twardej, zdecydowanie mniej szlachetnej części ciała. Ale za to, dzięki temu odkrywają się nowe głębiny człowieczeństwa – człowiek staje się bardziej szlachetny i ludzki. Zresztą, z perspektywy dzisiejszych rozważań całe życie można rozpatrywać jak przygotowanie do starości: wychowujemy dziecko, uczymy je pewnych nawyków, dobrych zasad, poświęcenia, wytrwałości, walki z egoizmem, szacunku dla starszych. To przyda się nie tylko komuś, kto takie dziecko spotka na swej drodze. To przyda się również samemu dziecku, gdy nadejdzie starość lub choroba. Przyzwyczajenie staje się drugą naturą człowieka. Sam zauważam, że w codziennym pośpiechu (czasem nawet mógłbym nazwać ten pośpiech Wielką Pardubicką, czy też „ósma rano, bomba w górę!”) zapominam zamknąć samochód pilotem. Po prostu wybiegam, trzaskam drzwiami i lecę tu czy tam, zapominając o naciśnięciu przycisku. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ale nie, po chwili refleksji i sprawdzeniu okazuje się, że zamykam drzwi auta, nie kontrolując już tego ruchu. Jeśli więc – mam taką nadzieję – zaszczepię i konsekwentnie będę egzekwował od siebie i powierzonych mojej opiece dzieci zachowania rutynowe, polegające np. na odkładaniu rzeczy na miejsce, sprzątaniu po sobie stołu, myciu zębów, chowaniu kluczy i dokumentów na ich miejsce, to mogę mieć nadzieję, że gdy przyjdzie starość, nie będzie to wielkim i dotkliwym problemem, nawet w obliczu narastającej demencji. A przynajmniej da szansę na złagodzenie jej objawów.

Kolejna rzecz – praca fizyczna. Większość z nas, niestety, nie cierpi na nadmiar ruchu. Mało się ruszamy, mało spacerujemy, mało pracujemy fizycznie. Nie dziwmy się zatem, że dopadnie nas wiotkość, słabość, kruchość kości i ścięgien. I to znacznie wcześniej, niżbyśmy się mogli spodziewać. I gdzie tu pretensje do Pana Boga? Sami pracujemy na taką starość. Trochę inaczej jest z grupą ludzi, którzy ciężko fizycznie pracowali, skutkiem czego są choroby kości, stawów, różnego rodzaju deformacje ciała. Ale tacy – tu polegam wyłącznie na własnych, subiektywnych obserwacjach – z reguły narzekają mniej.

I jeszcze jedna rzecz, o której już wspomniałem – emocje, przeżycia, żądze i w ogóle cała sfera duchowa człowieka. Ileż w człowieku odkłada się rzeczy złych? Jak wiele może nawarstwić się niedobrych wspomnień, rozpamiętywań scen okropnych czy bolesnych, męczących ocen, osądów, nienawiści, poczucia własnej krzywdy, ciężaru popełnionych złych uczynków. Ile może wytrzymać ludzka psychika? I czasem wydaje się, że człowiek, którego obserwujemy, wpada w furię z bardzo błahego powodu, na pozór niewartego takiej gwałtownej reakcji. Ale nie, choć to tylko drobiazg, to jest to zarazem kropla, która przelewa się przez brzeg czaszy. Taki starter, po którym robi się biało w oczach i potem to już wszystko jedno, co będzie. Syrach w Księdze Mądrości zauważa: „Radość serca jest życiem człowieka, a wesołość męża przedłuża dni jego. Wytłumacz sobie samemu, pociesz swoje serce, i oddal długotrwały smutek od siebie; bo smutek zgubił wielu i nie ma z niego żadnego pożytku. Zazdrość i gniew skracają dni, a zmartwienie sprowadza przedwczesną starość” (Syr 25, 22 i n.). Rzeczywiście, takie stany wyciskają głębokie piętno na naszej psychice, niektóre z nich zabierają wiele sił, zatruwają życie, często zmieniając je w koszmar dla siebie i przekleństwo dla innych. A jak z żądzami? Z czymś, co w gruncie rzeczy kieruje człowiekiem, wypełnia jego myśli, przenicowuje na wskroś plany i zamiary? Nie zdarzało się Wam spotkać ludzi starych, wręcz opętanych np. żądzą cielesną czy łakomstwem? Owszem, czasem jest to skutek zmian w mózgu, ale czasem jest to po prostu wyraz narastających latami nie tylko niezwalczanych czy może tolerowanych, ale i podsycanych żądz tym bardziej dokuczliwych, że niemogących zostać spełnionymi? Syrach pisze: „Dusza moja znienawidziła ludzi trzech rodzajów – […] jeden z nich to starzec cudzołożny, pozbawiony rozumu” (Syr 25, 2).

O starości można mówić wiele i z pewnością tematu się nie wyczerpie. Każdy z nas ma jakieś własne obserwacje, doświadczenia. Kto sam przeżywa starość – ten ma ciężko. Kto przeżywa starość z kimś – temu lżej. Kto przeżywa starość innego – temu też nielekko, oj, nielekko. Każdy z nas, w taki czy inny sposób, będzie musiał się z nią zetknąć. Czy takie zetknięcie zawsze musi być okraszone ciemnymi barwami? Ktoś powie, dość tej oderwanej od życia teorii, dość tych ciężkich tematów. Słowa swoje, a życie swoje. Być może... Historia jednej starości Andrzej Mielnicki – bo przykładem jego sylwetki chciałbym zamknąć dzisiejsze rozważania – urodził się w 1945 r. Mając roczek zapadł na chorobę Heine-Medina i na skutek nieudanego leczenia, mając podcięte ścięgna rąk i nóg, stracił możliwość samodzielnego poruszania się. W początkach lat 90. w wyniku postępującego zaniku mięśni stracił władzę w rękach, stając się człowiekiem całkowicie zależnym od otaczających go bliskich. Zmarł w maju 2008 r. w Elblągu. Był człowiekiem wyjątkowym, obok którego nie można było przejść obojętnie; erudycja Andrzeja i jakaś genialna wnikliwość zawsze kazała się zastanowić, zatrzymać, pochylić... Pozwólcie mi zacytować fragment epitafium autorstwa Włodzimierza Mielnickiego, młodszego brata Andrzeja. Włodek pisze: „Andrzej, mając cierpiące ciało, był bezcielesnym; nie mogąc ruszać ręką ani nogą, nie był ciężarem, lecz na odwrót, dźwigał ciężary innych; przy pełnym paraliżu, zupełnym zaniku mięśni, miał serce bijące coraz mocniej i umysł widzący coraz szerzej, przenikający coraz głębiej; nie mogąc chodzić, był mobilny – zwiedzał, podróżował, uczestniczył w pielgrzymkach; […] będąc zależnym od otoczenia, miał odwagę wypowiadać i realizować swoje idee; posiadając niewielkie źródła dochodów, był szczodry, pożyczał, ofiarowywał i finansował kształcenie innych; będąc rozmownym, komunikatywnym, zachowywał powierzone tajemnice; szanując tradycję, fascynował się nowoczesnością; był partnerem w dyskusji z intelektualistą, politykiem, malarzem, jak również pocieszycielem i doradcą upadłego pijaka; będąc z natury hedonistą, przestrzegał postów, rozumiał uczucia dziecka i starca; będąc śmiertelnie chorym, wbrew logice, statystyce i wiedzy medycznej podwoił swój czas przebywania na ziemi; będąc przykutym do łóżka, bujał w obłokach; nie doświadczywszy nigdy dziecięcej zabawy, organizował ją kolejnym pokoleniom dzieci; nie będąc nigdy uczniem, był wychowawcą i nauczycielem, przygotowując się przez całe życie do śmierci, nie umarł, lecz zasnął; żyjąc w świadomości przemijania, pozostał nieśmiertelnym w pamięci wszystkich. Był radosnym i radością dla innych”. Tyle Włodzimierz.

Andrzej ze śmiertelnej choroby i dożywania, oczekiwania śmierci uczynił życie. Udało mu się żyć między marginesami choroby i śmierci. Bo starość czy też obłożna, śmiertelna choroba nie musi być tylko dożywaniem do śmierci, dożywaniem swojego wieku, można też uczynić ją życiem. Innym, trudniejszym, bardziej złożonym, wymagającym wielu ofiar i wysiłków od siebie i otoczenia, ale przez to i bardziej wartościowym, głębszym. Bardziej owocnym. Taki los, będąc ogromnym wysiłkiem fizycznym i umysłowym, wymaga wsparcia. Czasem nadludzkiego. I autor Psalmu 70., mając świadomość własnej słabości, niepewności i strachu przed nadchodzącą starością i niemocą, wzywa do Boga: „Ty byłeś moją podporą od narodzin, od łona matki moim opiekunem […] Nie odtrącaj mnie w czasie starości; gdy siły ustaną, nie opuszczaj mnie! […] O Boże, nie stój z daleka ode mnie, nie opuszczaj mnie. Mój Boże, pośpiesz mi na pomoc! […] Boże, Ty mnie uczyniłeś od mojej młodości, i do tej chwili głoszę Twoje cuda. Lecz i w starości, i w wieku sędziwym, nie opuszczaj mnie, Boże! Zesłałeś na mnie wiele srogich utrapień, lecz znowu przywrócisz mi życie i z głębin ziemi znów mnie wydobędziesz. Podnieś moją wielkość i pociesz mnie na nowo!” (Ps 70, 6 i n.). Jak mogliśmy się przekonać, znając Andrzeja osobiście lub tylko słysząc tę historię o nim, nie jest to tylko teoria. To praktyka, samo życie. Życie, które potrafi rozkwitnąć w obliczu śmierci, które, na pozór pozbawione nadziei, może stać się jej źródłem dla innych.

Koniec części II (ostatniej).

Temu tematowi ksiądz Mariusz poświęcił jedną ze swoich audycji na portalu Cerkiew.info, można ją odsłuchać tutaj.

Ksiądz Mariusz Synak, proboszcz parafii w Słupsku. Żona, trójka dzieci. Absolwent Ukraińskiego Państwowego Uniwersytetu Medycznego, Prawosławnego Seminarium Duchownego i Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Redaktor serwisu www.Cerkiew.info, w przeszłości współpracownik www.Cerkiew.pl. Ma to szczęście, że lubi to, co robi, a szczególnie służbę Cerkwi, stomatologię (z tego żyje), spotkania z ludźmi. Zapalony wędkarz i miłośnik natury.

— ks. Mariusz Synak

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Polecane przez czytelników

z ostatniego kwartału
wszystkie →

Najnowsze z Polski

wszystkie →