Chociaż zostałam wychowana w mieście, jest we mnie wiele tęsknoty za tym, co ogólnie możemy określić jako „wiejskie”.
Chociaż zostałam wychowana w mieście, jest we mnie wiele tęsknoty za tym, co ogólnie możemy określić jako „wiejskie”. Od początku urbanizacji w Polsce miasto kojarzyło się z luksusem, należało „uciekać do miasta”, „bywać w mieście”, „chcieć żyć w mieście”. Ten synonim luksusu sprawił, że wieś zaczęto postrzegać jako coś gorszego, łączącego się z biedą i ubogą mentalnością. To przecież życie na wsi tak unieszczęśliwiło Barbarę Niechcicową z „Nocy i dni”, że „biedaczka” uciekała w marzeniach do miasta.
Tymczasem od kilku lat mamy skuteczną próbę odwrócenia sytuacji. Kto może – ucieka / wraca na wieś. To podmiejskie miejscowości stały się terenami zamieszkiwanymi przez lokalnych (i nie tylko) pisarzy, dziennikarzy, lekarzy, prawników, którzy w wiejskiej aurze znaleźli ukojenie i przestrzeń dla swej działalności zawodowej. Piszę o tym, gdyż sama „zapuszczam korzenie” w wiejskim otoczeniu i nie mogę się nadziwić, ile szczęścia, mądrości i spokoju ducha można tu odnaleźć.
Wieś się zmieniła, to prawda. Stała się właściwie dzielnicą, „enklawą ciszy”, a nie terenem rolnym. Ale ta enklawa zachowała to, co człowiekowi najbardziej potrzebne do życia. „Obrońcy” albo zwolennicy miasta zaczynają pewnie krzyczeć – ale przecież stamtąd jest wszędzie daleko! A ja się pytam – do czego daleko? Do spotkań towarzyskich? Nic bardziej mylnego – stół w ogrodzie czy ławka przy płocie, mamy wszystko. Może komuś brakuje kina? Można dojechać, dla zapaleńców, bardziej świadomie wybrać to, co chce się obejrzeć, ale ostatnio, przeglądając repertuar, zastanawiam się – do czego tu tak lecieć? Koncerty wakacyjne? Gminna propozycja bogata, spotkania towarzyskie zapewnione. A zakupy? Dzięki Bogu, nie ma galerii, a zakupy można nawet dostać „pod drzwi”. Te samochody z warzywami, trąbiące od wjazdu do wsi, że oto „jedziemy”, wzruszają mnie do łez. Gdzie w mieście taki luksus, że ci człowiek warzywa do domu wniesie! Tak samo jest z pieczywem, słodkościami itd. Owszem, niektórzy korzystają z internetowych delikatesów z dostawą do domu, jeszcze nie próbowałam, ale myślę, że to też ciekawe. Po takiej odmianie, gdy się wchodzi do wielkich galerii, coś w duszy śmieszy – ta pogoń za… marnością. Ta walka o produkt, który sam może przyjechać do domu. Gdzie ten kontakt z tym, kto ten produkt sprzedaje…
To wszystko, o czym tu piszę, to otoczenie dla czegoś jeszcze ważniejszego. A mianowicie – dla świętości, która żyje tu inaczej. Krzyż we wsi przypomina, że nie sposób żyć bez Boga. I to przypomnienie jest bezcenne w świecie gonitwy za niczym. Niedziela ma swój rytuał, a batiuszka w cerkwi zna wszystkich z imienia.
No i „dierewienskije prazdniki”, moje osobiste odkrycie! Pewnie kogoś zdziwi moja miłość do tych lokalnych wydarzeń, ale uważam, że gdzieś tego brakowało w moim miejskim, jak dotąd, patrzeniu na świat. Czas wakacji to mnóstwo świąt, wspominania poszczególnych świętych. Każda wieś ma swego patrona, a w cerkwi – Jego Ikonę. Gdy wspominany jest Ów Święty – we wsi trwają przygotowania już wcześniej. „Łącznik z parafią” organizuje karteczkę z imionami wszystkich, trwają ustalenia z batiuszką, jak to wszystko się odbędzie. Zjeżdżają się rodziny z miast – rodziny, które szukały dla siebie rozwoju w mieście, a często odnalazły zagubienie. Są wszyscy. I jest ‘kresnyj chod’ z ikoną, którą mogą nieść tylko mieszkańcy danej wsi, bardzo się tego przestrzega. Od trzech lat i ja niosę Ikonę święta wsi moich dziadków, i ja pielęgnuję tę dumę. Takie święto trwa długo, bo są też spotkania, zaprasza się bliższych i dalszych. Nie wiem, dlaczego, ale całą sobą czuję, że nawet jeśli ktoś oddali się od swej cerkwi, dzięki temu świętu – tak lokalnemu – uzyskuje „mapkę powrotu” i świadomość kontaktu z bliskimi. Nie ma tu anonimowości, nieobecność jest zauważalna. I niechaj to trwa…
Nie wszyscy zamieszkają na wsi, ale wszyscy mogą zadbać o spokój i dobre relacje w swych rodzinach. A ten porządek – liturgia całej rodziny, obecność wszystkich podczas modlitwy – scala najsilniej. I jeszcze coś, co sprawdzicie sami podczas wakacyjnych wyjazdów: w mieście na pytanie „co słychać” słyszy się najczęściej „Jakoś się żyje”. A na wsi? „Sława Bohu, wsio dobre”. Dzięki Bogu…
Justyna Fiedorczuk - doktor nauk o zdrowiu, pedagog i polonista. Pracuje jako nauczyciel języka polskiego w Zespole Szkół Technicznych i Ogólnokształcących z Oddziałami Integracyjnymi im. St. Staszica w Białymstoku oraz Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku (Studium Psychologii i Filozofii Człowieka)
— Justyna Fiedorczuk
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.