Words, words, words. William Szekspir, Hamlet Staruszek wydaje się zakłopotany.
Words, words, words. William Szekspir, Hamlet
Staruszek wydaje się zakłopotany. Być może wstydzi się kamery. Po chwili jednak zostaje nakłoniony do gry. W jego dłoniach harmonia ożywa. Muzyka nie budzi się powoli, jak uczy nas tego Hollywood. To jest rzeczywistość, której nie da się zmienić magią kamery i technologią. Muzyka gwałtownie eksploduje. Jest przytłaczająca. Oszałamia. Kiedy milknie, nie można uwierzyć, że grał to niepozorny staruszek. Tłumaczy się przed kamerą, że palce już nie te i nie umie tak grać jak kiedyś. Przez parę chwil nie było niczego, oprócz muzyki.
Wyprawa zimowa pochłonęła trzy miesiące. Aktorzy zwiedzili Białostocczyznę, wystawiając swój spektakl. Chodzili pieszo, docierając do najgłębszych przedsionków żywego serca Podlasia. Podczas wędrówki spotkali ludzi różnych narodowości i wyznań.
Pewien mój znajomy, wzorując się na stylu Pratchetta, powiedział, że miejscem składowania emocji jest przeszłość. Trudno się z tym nie zgodzić. Taśma zostaje odtworzona. Drżący głos wydaje się krzepnąć na chłodzie. Czuć chłód roku 80. Płacz. Głos osoby, która kiedyś żyła, został rozpoznany. Papierosy. Być może cierpki smak nieco maskuje gorycz. Rozmowa o tym, co kiedyś było.
Autor filmu „Koniec pieśni” miał pewnie wrażenie, że na jego oczach coś znika. Ginie pewna mała kultura. Wszyscy zaczęli odchodzić do miast; na wsi zostawali tylko ludzie starzy. Podczas wyprawy zimowej, wdzięczni za darowaną przez aktorów odrobinę koloru, śpiewali. Ich głosy zostały utrwalone na taśmach magnetofonowych.
Stary świat wydaje się zapadać pod naporem cywilizacji. Na wsi jest pusto. Niczego nie ma. Czy to zwykłe narzekanie? Nie. Przejeżdżając przez wsie, możemy doświadczyć narastającej z każdym dniem pustki. Puste domy. Na ławeczkach przy drodze siedzi coraz mniej ludzi. Nie słychać również ludzi. Nikt nie śpiewa. A jeśli już, to tego nie słychać. Czasami tylko dla siebie. Ponieważ innych już nie ma. Większość odeszło. Na zawsze. Nie ma już jedności. Coraz trudniej kogoś odnaleźć. Odległość rośnie.
W 2007 roku pan Piotr Borowski powrócił do tych miejsc, aby przekazać kasety rodzinom osób, głosy których zostały utrwalone. Nagranie ich wspomnień, reakcji stało się ukoronowaniem dzieła zaczętego wiele lat temu. Sam autor filmu napisał:
Chodziło o bardzo osobisty odzew na bliskich, przodków, na kulturowe dziedzictwo; o to, jak starzy ludzie żyją poprzez pieśń w swych wnukach, dzieciach, następcach, co się dzieje z kulturą po upływie ćwierć wieku, jakim szlakiem biegnie dzisiaj ten stary ślad.
I to chyba jest najlepszy komentarz do dzieła. Oglądając film nie sposób się nie wzruszyć. Mamy wrażenie, że coś się kończy. Ludzie zapominają o przeszłości, a to przecież nie jest dobre. Na jego gruzach powstają pozbawione słowiańskiej duszy molochy. Być może każdy czuł kiedyś tęsknotę za czymś nieokreślonym. Ten film odpowiada na pytanie, czym to jest. Czy pokolenie dojrzewające w erze SMS-ów kiedykolwiek widziało ludzi, którzy wspólnie śpiewają? Nie mówię tu o pijackim wyciu w rytm najnowszych hitów dyktowanych przez media, a o śpiewie płynącym z głębi duszy. Muzyce, która jest czystą, skrystalizowaną tradycją. Pulsem naszej spuścizny. Pulsem, który zaczyna milknąć... A są to przecież ludzie, którzy znali język staro-cerkiewno-słowiański! Jeśli nawet nie umieli się nim płynnie porozumiewać, to go rozumieli. Każde gasnące oczy, każda dłoń, która znieruchomiała w połowie gestu, przypomina nam, że tracimy coś ważnego i kończy się nam czas na naukę. Mówi się, że gdy znamy języki, nasz świat staje się większy. To prawda. Jednak bez względu na to, ile będziemy mieli ziemi we władaniu, będzie to jałowy, pusty świat. I taki władca pewnego dnia rozsiądzie się na tronie i sam będzie musiał zadać sobie pytanie z dramatu. Sam też będzie musiał na nie odpowiedzieć: Słowa, słowa, słowa.
Jedno kliknięcie. Przeskoczyłem o parę piosenek. Internet daje wolność. Ta przestrzeń nie jest niczym ograniczona. Z głośników wydobywa się ciężkie brzmienie gitary. Takie lubię. Więc dlaczego jest mi smutno? W dobie MP3 i teledysków powinienem dać się porwać... Prawda? Prawda? Klik. Koniec pieśni.
Piotr Białomyzy – magister filologii polskiej. Miłośnik dobrej literatury (ale rozrywkowej), kina (wszelkiego rodzaju), gier komputerowych (szkoda gadać), muzyki (też dobrej!) oraz nawiasów.
— Piort Białomyzy
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.