śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 13 listopada 2006

Pójdź radośnie: Misterium śmierci i zmartwychwstania

Koniec jest tam, skąd zaczynamy. T. S. Eliot "Wiedziałem, że przyjdziesz..." W liturgii Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, podczas gdy przed rozpoczęciem Eucharystii czytane są modlitwy przygotowania, drzwi w centrum ikonostasu, przegrody pomiędzy sanktuarium i nawą, pozostają zamknięte.

0 czytelników poleca

Brak zdjęć

Koniec jest tam, skąd zaczynamy.
T. S. Eliot

"Wiedziałem, że przyjdziesz..."

W liturgii Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, podczas gdy przed rozpoczęciem Eucharystii czytane są modlitwy przygotowania, drzwi w centrum ikonostasu, przegrody pomiędzy sanktuarium i nawą, pozostają zamknięte. Gdy nadchodzi czas rozpoczęcia Boskiej Liturgii, drzwi są otwierane, odsłania się sanktuarium, a prowadzący nabożeństwo wypowiada słowa wstępnego błogosławieństwa. To właśnie ten moment wspomniał tuż przed śmiercią filozof religii książę Eugeniusz Trubieckoj. Jego ostatnie słowa to stwierdzenie: "Otwierają się królewskie wrota! Wielka Liturgia zaraz się rozpocznie". Śmierć była dla niego otwarciem wrót, a nie ich zamknięciem, nie była końcem, a początkiem. Tak jak pierwsi chrześcijanie, dzień swej śmierci postrzegał jako dzień swych narodzin.

Porównajmy nasze ludzkie istnienie do księgi. Większość ludzi uważa swe obecne życie za tekst właściwy, główną fabułę, a życie przyszłe - jeżeli w ogóle w nie wierzy - sprowadza do rozmiarów epilogu lub małego załącznika. Prawdziwie chrześcijańskie nastawienie jest dokładnym tego przeciwieństwem. Nasza obecna egzystencja to w rzeczywistości jedynie wstęp, wprowadzenie do głównej części opowieści, którą stanowi właśnie życie po śmierci. Chwila śmierci nie oznacza zakończenia książki, ale początek rozdziału pierwszego.

Odnośnie tego końcowego stadium, które w istocie jest punktem wyjściowym, trzeba posłużyć się dwoma stwierdzeniami, które są tak oczywiste, że często ulegają przeoczeniu. Po pierwsze, śmierć jest nieuniknionym faktem; po drugie, śmierć to misterium. Oznacza to, że powinniśmy rozpatrywać naszą śmierć z przeciwstawnymi odczuciami - z trzeźwym realizmem, a jednocześnie z bojaźnią, zdumieniem i zachwytem.

Śmierć jest nieuniknionym faktem

W tym życiu możemy być pewni tylko jednego: wszyscy umrzemy (chyba, że Drugie Przyjście Chrystusa nastąpi jeszcze za naszego życia). Śmierć jest tym jedynym ustalonym, nieuniknionym wydarzeniem, którego każdy człowiek powinien oczekiwać z niecierpliwością. Jeśli próbuję o nim zapomnieć i ukryć przed sobą jego nieuchronność, doprowadzam do tego, że sam jestem najbardziej poszkodowany. Prawdziwy humanizm i świadomość śmierci, to wzajemnie zależne od siebie zmienne, albowiem jedynie poprzez śmiałe spojrzenie w oczy i uznanie realności nadchodzącej śmierci mogę autentycznie żyć. Jak zauważył D.H. Lawrence, "Pieśń życia bez pieśni śmierci staje się banalna i niemądra". Lekceważąc wymiar śmierci, pozbawiamy życie pełni jego majestatu.

Tę właśnie kwestię bardzo mocno podkreślił Surożski Metropolita Antoni:
Śmierć jest sprawdzianem naszego podejścia do życia. Ludzie, którzy obawiają się śmierci lękają się również życia. Jeżeli boimy się śmierci, nie możemy nie obawiać się życia z całą jego złożonością i niebezpieczeństwami. [...] Jeśli boimy się śmierci, nigdy nie będziemy gotowi do podjęcia ryzyka; spędzimy nasze życie tchórzliwie, ostrożnie i bojaźliwie. Jedynie wtedy, gdy stawimy czoła śmierci, zrozumiemy jej znaczenie, określimy jej miejsce i nasze miejsce w odniesieniu do niej, będziemy w stanie żyć bez strachu, obawy i w pełni naszych możliwości.

Jednakże nasz realizm i determinacja w dążeniu do "zrozumienia znaczenia" śmierci nie powinny prowadzić do uszczuplenia drugiej prawdy: śmierć to misterium. Pomimo wszystkiego, co o śmierci mówią nam różne tradycje religijne, ciągle niemal całkowicie nie rozumiemy
Tego nieodkrytego kraju, z którego potoku
Żaden podróżnik nie powraca...

Doprawdy, jak zauważył Hamlet, lęk przed nią "kłopocze wolę". Musimy oprzeć się pokusie, by próbować powiedzieć zbyt wiele. Nie powinniśmy śmierci lekceważyć. Jest bowiem zarówno nieuniknionym faktem, jak też wielką niewiadomą.

Postawa trzeźwego realizmu, którą należy cechować się w obliczu faktu śmierci została dobrze wyrażona w następujących słowach św. Izaaka Syryjczyka:
Przygotuj serce do swego odejścia. Jeśli jesteś mądry, będziesz oczekiwał jej o każdej godzinie. Codziennie mów sobie: "Spójrz, posłaniec, który nadchodzi, aby cię stąd zabrać, stoi już u drzwi. Dlaczego więc siedzę bezczynnie? Będę musiał odejść na zawsze. Nie będę już mógł powrócić". Każdej nocy zasypiaj z tą myślą, rozmyślaj o tym w ciągu dnia. A gdy nadejdzie czas odejścia, wyjdź mu radośnie na spotkanie, mówiąc: "Wejdź w pokoju. Wiedziałem, że przyjdziesz i nie zaniedbałem niczego, co mogłoby pomóc mi w drodze".

Zgony wielkie i małe

Przy określaniu obecności śmierci i naszego miejsca w odniesieniu do niej, trzeba nieustannie pamiętać o trzech następujących aspektach:

  • Śmierć jest bliżej niż nam się wydaje.
  • Śmierć jest niezmiernie nienaturalna, przeciwna Bożemu planowi, ale jednak jest darem Bożym.
  • Śmierć jest rozłąką, która nie doprowadza do rozłąki.

Śmierć jest o wiele bliżej niż nam się wydaje - nie jest to jakieś odległe wydarzenie przy końcu naszego ziemskiego istnienia, lecz teraźniejsza rzeczywistość, która nieustannie jest wokół nas i w nas samych. "Ja codziennie umieram", powiedział św. Paweł (1 Kor 15,31); według T. S. Eliota "Czas śmierci to każda chwila". Całe życie jest pewnego rodzaju umieraniem: ciągle umieramy. Jednakże w tym codziennym doznawaniu umierania za każdą śmiercią idą nowe narodziny: całe umieranie jest również swego rodzaju życiem. Życie i śmierć nie są wzajemnie wykluczającymi się przeciwieństwami, lecz przeplatają się ze sobą. Całość naszego ludzkiego istnienia jest mieszaniną umierania i powstawania z martwych: "wyglądamy na umierających, a oto żyjemy" (2 Kor 6,9). Nasza ziemska wędrówka jest nieustającym przejściem, ciągłym przechodzeniem przez śmierć do nowego życia. Pomiędzy naszym początkowym narodzeniem i ostateczną śmiercią całe nasze istnienie składa się z ciągu mniejszych zgonów i narodzin.

Przedsmak śmierci, to przeżywany co wieczór moment zapadania w sen; każde przebudzenie następnego ranka, to jak gdyby powstanie z martwych. Jedno z hebrajskich błogosławieństw mówi: "Błogosławiony jesteś, o Panie Boże nasz, Królu wszechświata, który stwarzasz Twój świat każdego ranka na nowo". Tak też jest i z nami; kiedy rankiem budzimy się ze snu, jesteśmy jak gdyby na nowo stwarzani. Być może nasza końcowa śmierć będzie podobnym odświeżeniem - zaśnięciem, po którym następuje przebudzenie. Nie obawiamy się zapaść w sen każdego wieczora, ponieważ następnego ranka spodziewamy się ponownego przebudzenia. Czyż nie moglibyśmy przejawić tej samej ufności w przypadku naszego zapadania w końcowy sen śmierci? Czyż nie powinniśmy oczekiwać powtórnego, odświeżającego przebudzenia w wieczności?

Ten model umierania-ożywania widoczny jest również w nieco inny sposób w procesie dorastania. Wielokrotnie, wciąż na nowo, coś musi w nas umrzeć, abyśmy mogli przejść do następnego stadium życia. Przechodzenie od niemowlęctwa do dzieciństwa, od dzieciństwa do wieku dorastania i dalej do stanu dojrzałości, za każdym razem pociąga za sobą wewnętrzną śmierć, która umożliwia narodzenie się czegoś nowego. Te przejścia, szczególnie w przypadku dziecka, które staje się nastolatkiem, często mogą powodować przesilenia, stany kryzysowe czy nawet ostry ból. Jeśli jednak przy którymś z tych przełomów odmawiamy uznania potrzeby obumierania, nie będziemy w stanie rozwinąć się w prawdziwych ludzi. Jak George MacDonald stwierdza w swej niezwykłej powieści Lilith, "Będziesz martwy, dopóki wzbraniasz się przed śmiercią". To właśnie śmierć starego umożliwia wyłonienie się w nas nowego wzrostu; bez śmierci nie byłoby nowego życia.

Skoro dojrzewanie jest pewną formą śmierci, jest nią również rozstanie, oderwanie od miejsca czy osoby, którą pokochaliśmy: partir, c'est mourir un peu. Tego rodzaju separacje są jednak niezbędnym elementem w naszym postępującym wzrastaniu do dojrzałości. O ile nie zdobędziemy się czasem na odwagę, żeby opuścić znane nam otoczenie, rozstać się z dotychczasowymi przyjaciółmi i nawiązać nowe znajomości, nigdy nie dojdzie do urzeczywistnienia naszych prawdziwych możliwości. Poprzez kurczowe trzymanie się starego, odrzucamy zaproszenie do odkrycia tego, co nowe. Jak powiedział Carol Day Lewis:
Osobowość zaczyna się z odejściem.
Dowodem zaś miłości jest jego przyzwolenie.

Innym rodzajem śmierci, który napotykamy w różnych okolicznościach jest doznanie odrzucenia: na przykład doświadczana przez wielu absolwentów szkół czy uniwersytetów odmowa przyjęcia do pracy, czy też odrzucenie miłości. Coś naprawdę w nas obumiera, gdy dowiadujemy się, że nasza miłość nie jest odwzajemniana i uczuciem tym obdarzany jest ktoś inny. Jednakże nawet ta forma śmierci również może być źródłem nowego życia. Dla wielu młodych ludzi tego rodzaju zawód miłosny jest właściwie momentem, kiedy naprawdę zaczynają dojrzewać, jest wprowadzeniem do dorosłego życia. Rozłąka, utrata ukochanej osoby powoduje śmierć w sercu tych, którzy pozostają przy życiu. Odczuwamy, że coś, co było częścią nas, nie jest już z nami, tak jakby jeden z elementów naszego ciała został amputowany. Jednak gdy stawimy jej czoła i wewnętrznie pogodzimy się z nią, rozłąka sprawia, że nasze życie staje się jeszcze bardziej niż przedtem autentyczne.

Dla wielu wierzących równie bolesna jak śmierć przyjaciela czy partnera, może być utrata, wygaśnięcie wiary - zwątpienie w podstawowe pewniki (czy też pozorną pewność) w odniesieniu do Boga i sensu istnienia. To również jest doświadczenie umierania-ożywania, przez które musimy przejść, jeśli nasza wiara ma być dojrzała. Prawdziwa wiara jest ciągłym dialogiem z niepewnością i wątpliwościami, albowiem Bóg jest ponad wszystkie nasze wcześniej wyrobione o Nim sądy; nasze pojęcia myślowe są bożkami, którymi trzeba wstrząsnąć. Tak więc po to, aby żyć całą swą pełnią, nasza wiara musi ciągle umierać.

We wszystkich tych przypadkach okazuje się, że śmierć nie jest niszcząca, ale raczej twórcza. Ze śmierci wypływa zmartwychwstanie. Coś umiera - pojawia się coś, co żyje. Czyż śmierci, która następuje przy końcu naszego doczesnego życia nie można by umieścić w tym schemacie? Mogłaby być tą ostatnią i największą w długim ciągu dotychczasowych zgonów i wskrzeszeń, doznawanych już od dnia naszych narodzin. Nie jest czymś bez żadnego związku z tym wszystkim, co działo się z nami przez całe życie, ale jest większym, bardziej zrozumiałym wyrażeniem tego, co przez cały ten czas przeżywaliśmy. Jeśli każdy z tych małych zgonów prowadził przez śmierć do zmartwychwstania, czyż nie może być tak samo w przypadku momentu śmierci, której spodziewamy się wraz z nadejściem czasu na opuszczenie tego ziemskiego padołu?

Ale to jeszcze nie wszystko. Ciągle powtarzający się wzorzec umierania-ożywania zyskuje w życiu chrześcijan jeszcze pełniejsze znaczenie poprzez życie, śmierć i Zmartwychwstanie naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Nasza własna opowieść ma być pojmowana w świetle Jego opowieści - historii, którą celebrujemy w czasie Wielkiego Tygodnia, jak również podczas każdej niedzielnej Eucharystii. Wszystkie nasze małe zgony i zmartwychwstania na przestrzeni historii łączą się z Jego ostateczną śmiercią i Zmartwychwstaniem. Każdą naszą małą paschę (przejście) ogarnia i potwierdza Jego wielka pascha. W tekstach Liturgii św. Bazylego Wielkiego śmierć Chrystusa określana jest jako "śmierć tworząca życie". Podtrzymywani i utwierdzani Jego przykładem wierzymy, iż nasza własna śmierć również może być tą "tworzącą życie". Chrystus jest naszym poprzednikiem i naszą "pierwociną". Jak, słowami przypisywanymi św. Janowi Złotoustemu, stwierdzamy w sprawowanym o północy prawosławnym nabożeństwie paschalnej jutrzni:
Niech nikt nie lęka się śmierci, albowiem wybawiła nas śmierć Zbawiciela.
Wygasił ją przez to, że poddał się śmierci...
Zmartwychwstał Chrystus - i życie zajaśniało swą pełnią.
Zmartwychwstał Chrystus - i nikt nie pozostał w grobie martwy.

Zarówno tragedia jak i błogosławieństwo

Śmierć jest zatem obecna w naszym życiu jako stałe, ciągle powtarzające się doznanie. Bez względu na to, jak dalece jesteśmy z nią obeznani, ciągle pozostaje czymś głęboko nienaturalnym. Śmierć nie jest częścią pierwotnego zamiaru Boga wobec stworzenia. Bóg stworzył nas nie po to, abyśmy umierali, ale po to, abyśmy żyli. Co więcej, stworzył nas jako niepodzielną jedność. Z żydowskiego i chrześcijańskiego punktu widzenia osoba ludzka powinna być postrzegana w kategoriach holistycznych: człowiek to nie tylko tymczasowo uwięziona w ciele i oczekująca uwolnienia dusza, ale połączona w jedno, zintegrowana całość, która obejmuje zarówno duszę jak i ciało. C. G. Jung słusznie kładł nacisk na to, co nazywał "prawdą niezgłębioną": "Duch jest żywym ciałem widzianym od wewnątrz, a ciało jest zewnętrzną manifestacją żywego ducha - obydwa elementy w rzeczywistości są jednym". Śmierć jako rozdzielenie ciała i duszy, jest zatem gwałtownym naruszeniem pełni natury ludzkiej. Będąc czymś, co czeka nas wszystkich, śmierć ciągle pozostaje jednak zjawiskiem całkowicie anormalnym. Jest potworna i tragiczna. Stojąc w obliczu śmierci naszych bliskich i naszej własnej, na przekór całemu naszemu realizmowi, mamy podstawy do tego, żeby odczuwać pustkę, nieutulony żal, przerażenie, a nawet oburzenie:
Nie oddalaj się w głąb tej dobrej nocy.
Wściekaj się, szalej przeciwko zanikaniu światła.

Sam Jezus płakał przy grobie Łazarza (J 11,35), a w ogrodzie Getsemanii smucił się i trwożył w obliczu nadejścia Swej własnej śmierci (Mt 26,38). Św. Paweł uważa śmierć za "wroga, który zostanie zniszczony" (1 Kor 15,26) i ściśle łączy ją z grzesznością, albowiem "żądłem śmierci jest grzech" (1 Kor 15,56). Fakt, że wszystkich nas czeka śmierć, jest odzwierciedleniem tego, że żyjemy w upadłym świecie - w świecie, który jest spaczony, zniekształcony i zepsuty, zwariowany, écrasé.

A jednak, pomimo tego, że śmierć to tragedia, jednocześnie jest ona również błogosławieństwem. Choć nie jest częścią pierwotnego planu Boga, niemniej jednak jest Jego darem, wyrazem Jego miłosierdzia i litości. Wieczne życie w tym upadłym świecie, wieczne uwięzienie w błędnym kole nudy i grzechu byłoby dla nas stanowczo zbyt trudne do zniesienia; tak więc Bóg zapewnił nam drogę ucieczki. Rozerwał jedność duszy i ciała po to, by móc ukształtować je później na nowo. Jednocząc je ponownie w czasie cielesnego zmartwychwstania w Dniu Ostatecznym, odtwarzając je w ten sposób do pełni życia, jest jak garncarz, którego obserwował prorok Jeremiasz: "I wstąpiłem do domu garncarza, a oto on pracował w swoim warsztacie. A gdy naczynie, które robił ręcznie z gliny nie udało się, wtedy zaczął z niej robić inne naczynie, jak garncarzowi wydawało się, że powinno być zrobione" (18,4-5). Boski Garncarz kładzie Swą dłoń na zniekształconym przez grzech naczyniu ludzkości, rozdziela je na części po to, aby nadać mu kształt i uformować je ponownie, zgodnie z jego pierwotną wspaniałością. Śmierć staje się w ten sposób narzędziem, które służy naszej odnowie. W tekstach prawosławnego nabożeństwa pogrzebowego czytamy:
Na początku z niczego stworzyłeś mnie Panie
I obdarzyłeś mnie Twym Bożym obrazem.
Ale przez to, że przykazań Twych nie spełniłem,
Przywróciłeś mnie ziemi, z której wzięty zostałem.
Przywróć mnie znów do Twego podobieństwa
Odtwarzając obraz dawnej chwały i uroku.

W skomponowanym dla siebie epitafium, Beniamin Franklin stwierdził, że śmierć jest sposobem na to, abyśmy doznali "poprawy i uzupełnienia":
Ciało
Beniamina Franklina, drukarza,
spoczywa tutaj, (pokarm dla robaków!)
jak okładka starej księgi,
ze zużytą zawartością,
pozbawiona tytułu i złoceń.
Samo dzieło nie ulegnie jednak zatraceniu,
albowiem, jak wierzył, pojawi się ponownie
w nowym,
jeszcze piękniejszym wydaniu,
poprawionym i uzupełnionym
przez swego Autora!

Mimo że w naszym nastawieniu do śmierci przejawia się dialektyka, niemniej jednak w końcowej analizie obydwa sposoby podejścia nie są przeciwstawne. Postrzegamy śmierć jako nienaturalną, anormalną, niezgodną z pierwotnym planem Stwórcy i przez to wzdragamy się przed nią z rozpaczą i smutkiem. Jednocześnie pojmujemy ją również jako przejaw woli Bożej, jako błogosławieństwo, a nie karę. Śmierć jest ucieczką od impasse, jest pośrednikiem łaski, przejściem do stanu odnowienia. To nasza droga powrotu. W czasie prawosławnego nabożeństwa pogrzebowego wołamy: "Zagubioną owieczką jestem: przywołaj mnie Zbawco i zbaw mnie" (cs. pogibszeje owcza az jesm', wozzowi mia, Spasie, i spasi mia). Zbliżając się przeto do śmierci z pożądaniem i nadzieją, wtórujemy słowom św. Franciszka z Asyżu: "Niech będzie pochwalony mój Pan za naszą Siostrę, cielesną śmierć", albowiem poprzez tę cielesną śmierć Zbawiciel przywołuje dziecię Boże do domu. Spoglądając ponad powodowanym przez śmieć rozdzieleniem ciała i duszy, dostrzegamy ich przyszłe, powtórne połączenie, które dokona się poprzez ostateczne zmartwychwstanie.

Ta dialektyka jest bardzo wyraźnie widoczna w czasie prawosławnego pogrzebu. Nie podejmuje się tu żadnych starań o to, aby ukryć bolesną i wstrząsającą rzeczywistość faktu zgonu. Trumna pozostaje otwarta i chwila, kiedy wszyscy członkowie rodziny i przyjaciele podchodzą, aby po raz ostatni ucałować zmarłego, dla wielu z nich jest niewątpliwie pełna udręki. Mimo to, uświęcony w wielu miejscach zwyczaj nakazuje, aby w tym czasie nosić nie czarne, a białe szaty liturgiczne, te same, których używa się w paschalną noc podczas nabożeństwa Zmartwychwstania Pana. Chrystus, który powstał z martwych, przywołuje zmarłego chrześcijanina do uczestnictwa w Jego własnym Zmartwychwstaniu. W czasie pogrzebu nikt nie zabrania nam opłakiwać zmarłego i jest to z pewnością mądre rozwiązanie. Podczas gdy łzy przynoszą ulgę, uśmierzają ból, tłumiony usilnie smutek powoduje, że rana jeszcze bardziej się pogłębia. Jednak nie powinniśmy się smucić "jak ci, którzy nie mają nadziei" (1 Tes. 4,13). Nasz smutek, choć rozdziera serce, nie jest smutkiem beznadziejnym; jak bowiem wyznajemy w Symbolu Wiary, "oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie".

Trwała wspólnota

Śmierć jest rozłąką, która nie doprowadza do rozstania. Temu stwierdzeniu prawosławna tradycja przypisuje znaczenie najwyższej wagi. Żywi i umarli należą do jednej rodziny. Spowodowana śmiercią przepaść nie jest nie do przebycia, albowiem wszyscy spotykamy się wokół ołtarza Boga. Używając słów rosyjskiej pisarki Iulii de Beausorbe: "Cerkiew jest miejscem spotkania umarłych, żywych i tych, którzy dopiero przyjdą na świat. Z wzajemną miłością zbierają się wokół skały Ołtarza, aby głosić swe umiłowanie Boga". Zagadnienie to właściwie rozwinął inny rosyjski pisarz, misyjny duchowny, o. Makary Głuchrew, w liście do kogoś, kto właśnie doświadczył bólu rozłąki:
W Chrystusie żyjemy, w Nim działamy i pokładamy nasze istnienie. Czy żywi, czy umarli, wszyscy w Nim jesteśmy. Bardziej prawdziwe byłoby stwierdzenie: wszyscy żyjemy w Nim, albowiem w Nim nie ma śmierci. Nasz Bóg nie jest Bogiem umarłych, a żywych. Jest twoim Bogiem i Bogiem tej, która odeszła. Jest tylko jeden Bóg i w Bogu jedynym oboje jesteście zjednoczeni. W tej chwili nie widzicie się nawzajem, ale przez to wasze przyszłe spotkanie będzie o wiele bardziej radosne i nikt już nie odbierze wam tej radości. Nawet teraz dalej żyjecie razem, tyle tylko, że ona udała się do drugiego pokoju i zamknęła za sobą drzwi. [...] Duchowa miłość nie jest świadoma widzialnego rozdzielenia.

Jak utrzymywana jest ta trwała wspólnota? Przede wszystkim, trzeba zdecydowanie stwierdzić, iż prawosławna tradycja bezwzględnie odrzuca wszelkie próby nawiązywania i podtrzymywania łączności pomiędzy żyjącymi i zmarłymi poprzez spirytyzm czy też nekromancję (czarną magię), które wielu ludziom jawią się jako wielce atrakcyjne. W prawdziwym chrześcijaństwie nie może być miejsca na jakiekolwiek techniki, które za pomocą mediów, tablic Ouija i tym podobnych usiłują nawiązać kontakt ze zmarłymi. W rzeczywistości takie praktyki są niesłychanie niebezpieczne i tych, którzy się im poddają często narażają na opętanie przez demoniczne moce szatańskie. Spirytyzm jest również wyrazem występnej ciekawości - to tak, jak gdyby ktoś próbował zaglądać przez dziurkę od klucza do zamkniętego pokoju. Jak określił to ojciec Aleksander Jelczaninow: "Musimy pokornie uznać istnienie Misterium, a nie próbować przemykać ukradkiem do tylnych drzwi po to, żeby podsłuchiwać".

Jak wiemy z żywotów świętych, z pewnością zdarzają się przypadki bezpośredniego kontaktu zmarłych z żyjącymi - czy to w widzeniach sennych, czy też na jawie. My ze swej strony nie powinniśmy jednak usiłować wymuszać podobnych kontaktów. Wszelkie wymyślne sposoby, mające na celu ingerencję w świat zmarłych, są dla chrześcijańskiej świadomości wręcz odrażające. Łączność pomiędzy nami nie przejawia się w sferze psychiki, lecz na płaszczyźnie duchowej. Miejscem naszego spotkania jest stół eucharystyczny, a nie seans spirytystyczny. Jedyna słuszna podstawa dla naszego poczucia jedności ze zmarłymi to łączność w modlitwie, przejawiająca się przede wszystkim w Boskiej Liturgii. Modlimy się za nich z jednoczesnym przekonaniem, że oni również modlą się za nas. Właśnie poprzez to wzajemne wstawiennictwo jesteśmy z nimi połączeni mocnym i nieprzerwanym węzłem, silniejszym od samej śmierci.

Więź jednocząca żywych i umarłych odczuwana jest przez prawosławnych chrześcijan jako szczególnie silna w ciągu czterdziestu dni po śmierci bliskiego. W tym czasie pomiędzy tymi dwoma światami rozpościera się bardzo delikatna zasłona. W ciągu tych pierwszych kilku tygodni nabożeństwa w intencji tych, którzy właśnie odeszli, sprawowane są wyjątkowo często. Po czterdziestu dniach wspólne modlitwy zanoszone są rzadziej, jednakże w dalszym ciągu o niedawno zmarłym pamiętamy codziennie w naszym prywatnym, modlitewnym orędownictwie. Podczas gdy ta więź jedności łącząca żywych i umarłych pozostaje nieprzerwana, żyjący powinni niejako "pozwolić im odejść", aby mogli w pokoju stąpać dalej po wyznaczonej im drodze na drugi brzeg. Nie oznacza to wcale, że przy końcu tych czterdziestu dni żyjący przestają opłakiwać zmarłego. Wprost przeciwnie, czas szczególnego smutku powinien sięgać jeszcze dalej - o wiele dalej niż nasza współczesna zachodnia kultura uważa za stosowne.

Dla prawosławnych chrześcijan modlitwa za zmarłych nie jest ponadobowiązkowym dodatkiem, ale przyjętym i nieodmiennym elementem całej naszej codziennej modlitwy. Oto niektóre z powtarzanych przez nas modlitw:
W niezgłębionej mądrości uporządkowałeś wszystko wedle Swej miłości do człowieka, Stwórco jedyny, i każdego obdarzasz tym, co dla niego najlepsze: poślij spokój, o Panie, duszom sług Twoich, którzy pokładają swą nadzieję w Tobie, Twórcy i Stwórcy, Bogu naszym.
Tak jak świętych, obdarz Panie spokojem dusze sług Twoich tam, gdzie nie ma bólu ani smutku, ani tęsknoty, lecz życie bez końca.
Oby obdarzył cię Chrystus spokojem w krainie żywych, oby otworzył ci wrota raju; oby przyjął cię jako mieszkańca Królestwa i darował ci odpuszczenie grzechów; byłeś bowiem Jego przyjacielem.

W niektórych z modlitw uderza jednak nieco bardziej trzeźwa nuta, która przypomina o możliwości wiecznej rozłąki z Bogiem:
Od niegasnącego ognia, od ciemności bez iskierki światła, od zgrzytu zębów i robactwa, które dręczy bez ustanku, od wszelkiej kary wybaw, Zbawicielu nasz, wszystkich, którzy odeszli w wierze.

Temu orędownictwu za zmarłych nie można narzucać żadnych ograniczeń. Za kogo wznosimy modlitwy? Ściśle rzecz biorąc, imienną modlitwę we wspólnym nabożeństwie liturgicznym, prawosławne reguły dopuszczają jedynie wobec tych, którzy odeszli w widzialnej wspólnocie z Kościołem. Są jednak okazje, kiedy nasze modlitwy obejmują o wiele szersze kręgi. Na wieczerni w Niedzielę Pięćdziesiątnicy, kiedy to podczas czytania specjalnych modlitw wszyscy zebrani padają na kolana, zanoszone są modlitwy nawet za tych w piekle:
W czas tego końcowego i zbawczego święta zechciałeś łaskawie przyjąć wstawienniczą ofiarę błagalną za uwięzionych w otchłani, dając nam wielką nadzieję na to, że wszystkim przetrzymywanym w niewoli poślesz złagodzenie i pokrzepienie...

Jaka jest doktrynalna podstawa dla tej ciągle powtarzanej modlitwy za zmarłych? Czy jest ona teologicznie uzasadniona? Odpowiedź jest niezwykle prosta. Podstawą jest nasza solidarność we wzajemnej miłości. Modlimy się za zmarłych, bo ich kochamy. Anglikański Arcybiskup Canterbury, William Temple, modlitwę taką nazywa "posługą miłości", a pod jego słowami z radością podpisałby się każdy prawosławny chrześcijanin: "Nie modlimy się za nich dlatego, że w przeciwnym razie Bóg ich zaniedba. Modlimy się za nich, ponieważ wiemy, że Bóg ich miłuje i roztacza nad nimi Swą opiekę, a my rościmy sobie prawo do zaszczytu jednoczenia naszej miłości do nich z miłością Boga". Wedle słów innego anglikanina, dr E.B. Puseya, odmowa modlitwy za zmarłego jest "myślą tak chłodną [...] tak przeciwną miłości", że już z tego tylko względu musi to być myśl fałszywa.

Dalsze objaśnianie potrzeby modlitwy za zmarłych czy też jej obrona, nie jest już potrzebna i, prawdę powiedziawszy, możliwa. Ta modlitwa jest po prostu spontanicznym wyrazem naszej wzajemnej miłości. Modlimy się za innych, kiedy są wśród nas na ziemi. Czyż nie powinniśmy modlić się za nich po śmierci? Czy mamy zaprzestać naszego za nich wstawiennictwa, bo przestali istnieć? Zarówno za życia, jak i po śmierci, wszyscy jesteśmy członkami tej samej rodziny i przez to, bez względu na to, czy jesteśmy pośród żywych, czy pośród umarłych, orędujemy za siebie nawzajem. W Chrystusie zmartwychwstałym nie ma podziału na żywych i umarłych; jak mówi o. Makary: "Wszyscy w Nim żyjemy, albowiem nie ma w Nim śmierci". Fizyczna śmierć nie jest w stanie naruszyć więzi naszej wzajemnej miłości i wzajemnej modlitwy, które jednoczą nas wszystkich w jedno Ciało.

Nie wiemy, jak taka modlitwa pomaga zmarłym. Jednak tak samo nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć, jak nasze modlitewne wstawiennictwo wspomaga tych, którzy są jeszcze pośród żyjących. Z własnego doświadczenia wiemy, że modlitwa za innych jest skuteczna i przez to ciągle stosujemy ją w praktyce. Jednak, bez względu na to, czy modlitwa ta wypowiadana jest za żyjących, czy też za umarłych, sposób jej działania pozostaje dla nas tajemnicą. Nie jesteśmy w stanie pojąć ścisłej wzajemności oddziaływania pomiędzy aktem modlitwy, wolną wolą osoby, za którą zanoszone są modlitwy oraz Bożą łaską i wszechwiedzą odnośnie do tego, co dopiero ma się jeszcze wydarzyć. Kiedy modlimy się za zmarłych, wystarczy, że wiemy o ich ciągłym wzrastaniu w miłości do Boga i potrzebie naszej pomocy. Resztę pozostawmy Bogu.

Jeśli prawdziwie wierzymy w nieprzerwane i ciągłe duchowe obcowanie ze zmarłymi, powinniśmy usilnie starać się mówić o nich w czasie teraźniejszym, a nie przeszłym. Nie wolno nam mówić: "Kochaliśmy się", "Była mi bardzo droga", "Byliśmy razem tacy szczęśliwi". Powinniśmy stwierdzać, że: "Ciągle kochamy się nawzajem - teraz jeszcze bardziej niż kiedykolwiek", "Jest mi równie droga jak zawsze", "Jest nam dobrze razem". Członkiem naszej prawosławnej wspólnoty w Oxfordzie jest pewna rosyjska dama, która zdecydowanie sprzeciwia się nazywaniu jej wdową. Mimo że jej mąż zmarł wiele lat wcześniej, ona z uporem stwierdza: "Jestem jego żoną, a nie wdową". I ma rację.

Jeśli nauczymy się mówić o zmarłych w ten sposób, w czasie teraźniejszym, a nie przeszłym, pomoże nam to rozwikłać pewien specyficzny problem, który niekiedy sprawia ludziom wiele udręki. Nazbyt łatwo dochodzi do tego, że odkładamy na później kwestię pojednania z kimś, kogo uraziliśmy, a śmierć wkracza, zanim zdążyliśmy poprosić o wybaczenie czy też o nim zapewnić. Gorzkie wyrzuty sumienia wystawiają nas na próbę, powodując, że wmawiamy sobie, iż: "To już za późno, stanowczo za późno, zaprzepaściłem tę szansę na zawsze; nic już nie da się zrobić". Jesteśmy jednak w całkowitym błędzie, bowiem wcale nie jest jeszcze za późno. Wprost przeciwnie, jeszcze tego samego dnia możemy udać się do domu i w trakcie wieczornej modlitwy zwrócić się bezpośrednio do zrażonego do nas zmarłego przyjaciela. Możemy prosić go o wybaczenie i potwierdzać naszą miłość używając tych samych słów, którymi posługiwalibyśmy się, gdyby był jeszcze wśród żywych i gdyby doszło do spotkania twarzą w twarz. W tej samej chwili nasz wzajemny związek ulegnie zmianie. Choć nie widzimy jego twarzy ani też nie słyszymy jego odpowiedzi, choć nie mamy najmniejszego pojęcia, co do tego, jak docierają do niego nasze słowa, serce podpowiada nam, że oto ponownie wspólnie coś zapoczątkowaliśmy. Nie jest za późno, żeby zacząć jeszcze raz.

Po stokroć czystsza i o wiele bardziej delikatna...

Pozostaje jeszcze pytanie, na które w obecnym stanie naszej wiedzy nie ma odpowiedzi, a które mimo to często jest stawiane. Powiedzieliśmy już, że osoba ludzka była pierwotnie stworzona przez Boga jako niepodzielna jedność ciała i duszy, i pomimo powodowanego śmiercią ciała rozdzieleniem, oczekujemy na ich ostateczne połączenie w Dniu Ostatecznym. Antropologia holistyczna zobowiązuje nas do wiary nie tylko w nieśmiertelność duszy, ale również w zmartwychwstanie ciała. Skoro ciało jest integralną częścią całego człowieka, to rozważając o naszym przyszłym zmartwychwstaniu jako ludzi w pełnym tego słowa znaczeniu, nie możemy ograniczać nieśmiertelności jedynie do duszy, bowiem musi ona dotyczyć również ciała. Jaki w tym wypadku zachodzi związek pomiędzy naszym ciałem obecnie, a ciałem zmartwychwstania w Wieku, który ma nadejść? Czy w czasie zmartwychwstania otrzymamy to samo ciało, które mamy teraz, czy też będzie to jakieś nowe ciało?

Być może najlepszą odpowiedzią na to pytanie będzie stwierdzenie: to samo, a jednak nie to samo. Zacznijmy od rozważań nad Zmartwychwstaniem Chrystusa, które dokonało się trzeciego dnia, albowiem ono właśnie stanowi obraz przyszłego zmartwychwstania całej ludzkości, które ma nastąpić wraz z Powtórnym Przyjściem. Zgodnie z wyobrażeniami Pawła, Chrystus jest "pierwociną", my zaś żniwnym plonem jesteśmy (1 Kor 15,20-24). Przekazy ewangeliczne wyraźnie wskazują na to, że Chrystus powstał z martwych nie w jakimś nowym ciele, ale w tym samym, które miał przedtem. To dlatego grób okazał się pusty. Gdy zmartwychwstały Chrystus objawił się apostołom, aby upewnić ich, co do tego, że ponownie jest prawdziwie obecny pośród nich w tym samym ciele, które wcześniej widzieli na Krzyżu, pokazał im rany Ukrzyżowania na Swych dłoniach, stopach i na boku (J 20,20-28; por. Łk 24,37-40).

A jednak, mimo że ciało było to samo, było jednocześnie inne. Było to ciało, które mogło przejść przez zamknięte drzwi (J 20,19), miało "zmienioną postać" (Mk 16,12), skutkiem czego nie było rozpoznane natychmiast przez dwóch uczniów idących do Emaus (Łk 24,16) ani przez apostołów na brzegu Jeziora Tyberiadzkiego (J 21,4). Z przekazów ewangelicznych, dotyczących okresu czterdziestu dni pomiędzy Zmartwychwstaniem a Wniebowstąpieniem, odnosimy wrażenie, że obecność Jezusa wśród apostołów była sporadyczna raczej niż bezustanna. Pojawia się nagle, po czym Jego widzialna obecność ponownie zanika. Jego ciało nie przestało być ciałem prawdziwie fizycznym, ale jednocześnie zostało uwolnione od znanych nam ograniczeń materii, które tak jak my, są częścią tego upadłego świata. Stało się ciałem duchowym, co w tym kontekście oznacza, że nie uległo "dematerializacji", lecz "zostało przemienione przez moc i chwałę Ducha".

Czy taka właśnie postać zmartwychwstałego Chrystusa, naszego wzoru i "pierwociny", mówi nam coś o naszym własnym zmartwychwstaniu w czasie nadchodzącego Dnia Ostatniego? Św. Paweł potwierdza, iż w naszym powstaniu z martwych doznamy zarówno ciągłości, jak i zmiany, tak jak to miało miejsce w przypadku zmartwychwstałego Chrystusa. Ciągłość wynika z Pawłowej analogii o zasiewanym w ziemię ziarnie (1 Kor 15,36-37). Ziarno "grzebane" jest w ziemi, gdzie spotyka je "śmierć" (por. J 12,24), po czym z tej "śmierci" wypływa nowe życie. Roślina, która wyrasta spod ziemi nie jest identyczna z obumarłym ziarnem, niemniej jednak wywodzi się bezpośrednio z niego.

Wraz z ciągłością pojawi się również zmiana. Opisując relację pomiędzy ciałem obecnym a ciałem zmartwychwstania, św. Paweł stwierdza: "Sieje się jako podległe zniszczeniu - powstaje jako niezniszczalne, sieje się pozbawione zaszczytów - powstaje okryte chwałą, sieje się słabe - powstaje mocne, sieje się ciało zmysłowe (albo "naturalne" [gr. psychikon]) - powstaje ciało duchowe (gr. pneumatikon)" (1 Kor 15,42-44). Tak jak miało to miejsce w przypadku Chrystusa, "duchowe" oznacza tu dla nas nie "zdematerializowane", lecz "przemienione przez Ducha". Chrystus nie powstał z martwych jako duch (Łk 24,39), lecz w pełni swej ludzkiej natury, która obejmuje ciało i duszę. Nas czeka to samo.

Tak więc nasze przyszłe ciało zmartwychwstania, chociaż przemienione i odtworzone jako "duchowe", będzie jednak w znacznym stopniu takim samym fizycznym ciałem, jakie mamy obecnie. Jak ściśle jednak "tożsamość" ta powinna być pojmowana? Jak to miało miejsce w przeszłości, wielu chrześcijan dzisiaj wyobraża sobie tę ciągłość w sposób ściśle linearny, tj. bardzo dosłownie. Typowym dla tego podejścia jest stwierdzenie zawarte w przypisywanych św. Makaremu Wielkiemu Homiliach duchowych: "Przy zmartwychwstaniu wszystkie członki ciała będą wzbudzone; nawet włos nie zginie". Św. Grzegorz z Nyssy, chcąc w swoim czasie potwierdzić, że nasze ciało zmartwychwstania będzie składało się z tych samych cielesnych elementów, z których składa się nasze obecne ciało, sugeruje nieco mniej linearne podejście do tej kwestii. Wprowadzając pojęcia "postaci" (gr. eidos) czy też kształtu, jakie tym cielesnym elementom narzuca dusza, wskazuje na to, że w ciągu naszego ziemskiego życia wszystkie elementy składowe naszego materialnego ciała podlegają nieustannym zmianom. Niezmienną pozostaje jedynie "postać", którą wszystkim tym elementom nadaje dusza. W ten sposób, z racji nieprzerwanego zachowania tej "postaci", przez całe nasze życie ciągle mamy to samo ciało. W czasie zmartwychwstania dusza zbierze rozrzucone fragmenty materii, które niegdyś tworzyły nasze ciało i na których odciśnięte zostało znamię jego "postaci". Tak więc w porównaniu z teraźniejszym, nasze ciało zmartwychwstania będzie dokładnie tym samym, ponieważ będzie miało tę samą "postać", którą nacechowane były wszystkie cielesne elementy.

W ten sposób Grzegorz umieszcza bezpośrednią, materialną ciągłość pomiędzy ciałem teraźniejszym a ciałem zmartwychwstania. Czy nie ma sposobu na to, aby jeszcze bardziej dalekosiężnie, niż uczynił to Grzegorz, rozwinąć jego pojęcie "postaci" (eidos), która wyróżnia i czyni wyjątkową każdą psychosomatyczną pełnię ludzkiej osoby? Skoro cielesne elementy, które tworzą nasze ciało, w jego obecnym życiu stale się zmieniają, to w czasie ostatecznego zmartwychwstania z pewnością niekoniecznie muszą składać się na nie te same materialne elementy, które wchodzą w jego skład w momencie śmierci. Powinniśmy tylko upewnić się, że ta charakterystyczna "postać", o której decyduje dusza pozostaje niezmienna.

W rozważaniu zarówno "tożsamości" naszego fizycznego ciała w różnych stadiach ziemskiego życia, jak również "tożsamości" ciała zmartwychwstania vis-á-vis ciała teraźniejszego, kluczowym zagadnieniem nie jest identyczność materialnych składników, lecz ciągłość "postaci". Jeśli w każdym przypadku "postać" jest zawsze ta sama, wówczas ciało również pozostaje takie samo i to nawet w przypadku, kiedy "postać" odzwierciedla się na innej materii. Dla zilustrowania tej ciągłości, w obu przypadkach możemy, tak jak uczynił to C. S. Lewis, posłużyć się przykładem wodospadu: "Mam ciągle jedną postać, choć jej materia ciągle się zmienia. Jestem, w tym względzie, jak załamanie fali wodospadu". Położenie wszystkich kropel wody w wodospadzie zmienia się z każdą chwilą, ale skoro strumień płynącej wody zachowuje tę samą "postać", to naprawdę jest to ten sam wodospad. Tak więc nawet jeśli wskrzeszone ciało każdego człowieka uformowane będzie z innych zapewne składników materialnych, z pewnością można będzie rozpoznać w nim to samo ciało, które dana osoba posiada obecnie, ponieważ będzie miało tę samą "postać".

Tego rodzaju podejście oszczędza nam niepotrzebnych dociekań, które w pierwszych wiekach naszej ery dręczyły prostodusznych chrześcijan, na przykład w odniesieniu do losu człowieka, którego pożarły dzikie zwierzęta, upolowane później i zjedzone przez innych ludzi. Jednak proponowane tutaj podejście powoduje ze swej strony inne trudności. Czy sugerując, że nie ma bezpośredniej materialnej ciągłości pomiędzy obecnym a zmartwychwstałym ciałem danej osoby, nie doprowadzamy do lekceważenia uświęcenia naszego fizycznego ciała, które dokonuje się podczas ziemskiego życia poprzez święte misteria Chrztu, Eucharystii i Namaszczenia Świętym Olejem? Skoro w tym życiu ludzkie ciało poprzez sakramenty doświadcza prawdziwego wprowadzenia w cielesną chwałę wieku, który ma nadejść, z pewnością musi być jakiś fizyczny związek pomiędzy ciałem obecnym i ciałem zmartwychwstania. Co więcej, jakie znaczenie mielibyśmy przypisać nienaruszonym relikwiom świętych? Zastanawiam się tutaj, czy więź pomiędzy teraźniejszością a przyszłością mogłaby być zachowana poprzez uwypuklenie społecznego aspektu zmartwychwstania i przemienienia w wieku, który ma nadejść. Uświęcenie materii w tym życiu przyczynia się, rzec można, do ostatecznego odkupienia ludzkości i wszechświata pojmowanego w kategoriach zbiorowych.

Dość już i zbyt wiele zapewne powiedzieliśmy o tych intrygujących kwestiach. Tak jak wcześniej, zdajemy sobie sprawę z tego, jak subtelne i ryzykowne są próby wszelkich szczegółowych sformułowań dotyczących życia przyszłego. Na podstawie dostępnej nam wiedzy możemy snuć jedynie niezobowiązujące domysły o właściwościach wieku, który ma nadejść: "Teraz bowiem widzimy niejasno jak w zwierciadle i niby w zagadce" (1 Kor 13,12); "Jeszcze się nie okazało, czym będziemy" (1 J 3,2).

Co do jednego możemy być jednak całkowicie pewni. Wszystkim, co jeszcze można by czy też wszystkim, czego nie da się już powiedzieć o ciele zmartwychwstania, jest to, że będzie ono niewątpliwie nacechowane przezroczystością i ożywieniem, lekkością i wrażliwością, o których w tej chwili możemy mieć jedynie bardzo niejasne pojęcie. W obecnym stanie rzeczy materialnego świata i naszych własnych ciał doznajemy tak, jak przedstawiają się w stanie upadku. Pomimo cennych wskazówek dostarczanych przez Pismo Święte i żywoty świętych, niemal całkowicie poza możliwościami naszej wyobraźni pozostaje możność pojęcia jakości, które materia i ludzkie ciało ujawnią w przemienionym, pozbawionym grzechu wszechświecie.

W porównaniu z większością teologów do wyobrażenia tego, co niewyobrażalne najbardziej zbliżył się św. Efrem Syryjczyk, mówiąc:
Weź pod uwagę człowieka, w którym zamieszkiwał legion różnego rodzaju demonów (Mk 5,9): były tam, mimo że nie były rozpoznane, ponieważ ich armia jest z czegoś, co jest bardziej subtelne i delikatne niż sama dusza. Cała ta armia zamieszkiwała bowiem w jednym ciele.
Po stokroć bardziej subtelne i delikatne będzie ciało sprawiedliwych, kiedy powstaną w czas zmartwychwstania: będzie jak myśl, która, jeśli tego chce, jest w stanie rozszerzyć się i rozwinąć albo też, zgodnie z jej życzeniem, skurczyć się i zwinąć. Gdy się kurczy, jest gdzieś; gdy rozwija się, jest wszędzie.
Istoty duchowe [w raju] [...] są tak oczyszczone, że nawet myśli nie mogą się z nimi zetknąć.

Jest to zapewne najlepszy z dostępnych nam, opis chwały zmartwychwstania. Resztę pozostawmy ciszy.

Jesteś muzyką. ...

Dwa tygodnie przed śmiercią ktoś zapytał kompozytora Ralpha Vaughana Williamsa, czym jest dla niego przyszłe życie po śmierci: "Muzyką - odpowiedział - muzyką. Ale w tym innym świecie nie będę już doznawał rozczarowań i dalej uporczywie ją tworzył. Ja nią będę".

"Jesteś muzyką, póki trwa muzyka", mówi T. S. Eliot. A w niebie muzyka trwa wiecznie.

Niniejszy tekst to uproszczona wersja (bez przypisów) jednego z 12 rozdziałów pierwszego tomu dzieł zebranych biskupa Kallistosa p.t. „Królestwo wnętrza”. Wydawcą polskiego tłumaczenia tej książki jest Prawosławna Diecezja Lubelsko-Chełmska. Więcej informacji i całą książkę znajdziesz w sklepiku www.cerkiew.pl

— bp Kallistos (Ware), tłum. o. Włodzimierz Misijuk

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze aktualności

wszystkie →