śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 4 sierpnia 2023

Słowo w dzień świętej Marii Magdaleny

Dwie cechy świętej równej apostołom Marii Magdaleny szczególnie rysują się w naszej duszy przy wspominaniu jej: to po pierwsze jej płomienna miłość i całkowite oddanie Chrystusowi,drugą cechą jest to, że ona nie wstydziła się swojej płomiennej, czystej miłości

0 czytelników poleca

Dwie cechy świętej równej apostołom Marii Magdaleny szczególnie rysują się w naszej duszy przy wspominaniu jej: to po pierwsze jej płomienna miłość i całkowite oddanie Chrystusowi, wywołujące w niej niepowstrzymane pragnienie, aby stale być w kontakcie z Boskim Nauczycielem, a po Jego śmierci spieszyć wcześniej od innych do grobu, „uprzedzając poranek”, według cerkiewnego hymnu [ikos jutrzni paschalnej], aby namaścić ciało Pana, nie bacząc na wszelkie niebezpieczeństwa; drugą cechą jest to, że ona nie wstydziła się swojej płomiennej, czystej miłości, nie bała się wyśmiewania, głosiła Chrystusa zmartwychwstałego samemu cesarzowi Tyberiuszowi w Rzymie.

Daremnie szukalibyśmy w sercach współczesnych ludzi podobnej miłości i nieustraszonego oddania Chrystusowi: serca dzisiejszych ludzi, osłabione życiowymi troskami, przywiązane do rzeczy i osób świata, nie są zdolne pomieścić miary miłości Marii. Poza tym prawdziwa miłość wymaga niepodzielnego oddania. Czysta i płomienna miłość niewiasty to często wykorzystywany w Piśmie Świętym obraz prawdziwej miłości do Boga. Niewiasta zapomina o wszystkim, oprócz swojej miłości, i chociaż nie zmienia wszystkich przyzwyczajeń swojego poprzedniego życia, to jednak wszystko mierzy miarą miłości, jaką ma w sercu. Czy nie podobną miarą powinniśmy i my mierzyć swoje przywiązanie do rzeczy i osób świata?

Dzisiaj jako objaśnienie i usprawiedliwienie podobnego chłodu nierzadko wypowiada się poglądy, jakoby niepodzielną miłość do Boga powinni mieć tylko pustelnicy, a nie ludzie żyjący w świecie. Czy tak? A apostołowie, mówiący: „Odejść i być z Chrystusem… jest niezrównanie lepsze… bowiem dla mnie życie to Chrystus, i śmierć to zysk” (Flp 1, 23. 21)? A męczennicy Chrystusowi i męczennice? Czy nie mówiły te ostatnie, idąc na męki za Chrystusa: „Ciebie, oblubieńcze mój, kocham i Ciebie szukając cierpię, z Tobą daję się ukrzyżować i przez Twój chrzest pogrzebać” [troparion wspólny męczennicy]; „Oblubieńcze mój najsłodszy Chrystusie!… Nie trudno mi iść w ślad Ciebie, bowiem słodycz miłości Twojej duszę moją napełniła nadzieją, i piękno miłości Twojej serce moje posłodziła” [kontakion świętej mniszki męczennicy Fewronii]? Jak wiele z nich porzuciło dla Chrystusa doczesnych oblubieńców, szczególnie gdy ci nie wierzyli w Chrystusa!

Albo też często duchową oziębłość starają się dzisiaj usprawiedliwić, zrzucając winę na Cerkiew i jej pasterzy: jakoby dzięki samej Cerkwi w osobach jej pasterzy społeczeństwo ochładza się wobec religii, którą pasterze Cerkwi uczynili całkiem niedostępną dla ludzi, „jak światło i radość”. Ale czy sami pasterze Cerkwi rzeczywiście są winni duchowej oziębłości społeczeństwa? Zanim zacznie się obwiniać Cerkiew Chrystusową i jej pasterzy, czy nie powinno społeczeństwo zapytać siebie, jakiej szuka radości z religii, czy tej, do której powołuje ludzi Chrystus, czy zwykłej zmysłowej, bez domieszki której wiara w Chrystusa wydaje się społeczeństwu nudna i martwa? Czy nie zbyt łatwo chce społeczeństwo zdjąć z siebie winę za swoją duchową oziębłość, skarżąc się na to, że go nie zachwycają pasterze Cerkwi? Czy jest pozbawione wolnej woli, żeby zachwycać je jakoś przeciw woli i bez jego własnych wysiłków? Czy podejmuje te wysiłki?

Czy i do tej pory „Mądrość (Chrystus) wzywa… do synów ludzkich… na wyżynach, przy drodze, na rozdrożach” (Prz 8, 1. 2. 4), czyli nieustannie i wszędzie? Czy nie zamyka społeczeństwo dobrowolnie przed sobą największego źródła ognia duchowego, Słowa Bożego, prawie przezeń nieznanego, albo jeszcze mniej znanych ogniście natchnionych pieśni cerkiewnych i opowiadań o wielkich wysiłkach świętych, oczyszczonych ogniem łaski Świętego Ducha? Jeśli tak, to czy zawsze na siłach są pasterze Cerkwi, aby zebrać rozproszone jej dzieci, albo jeśli nawet spotkają zjednoczone zewnętrznym sposobem w imię religii zebranie społeczeństwa, to i wtedy nie jest nierzadko wielkim trudem wyprowadzić z rozproszenia same dusze?

Dlatego nie usprawiedliwiajmy zbyt łatwo naszej duchowej oziębłości, której sami jesteśmy przede wszystkim winni. Zacznijmy gorliwie sami zbierać promienie duchowego światła i ciepła, jak szkło zbiera promienie światła i ciepła materialnego, żeby serce nasze płonęło od tego skupienia promieni! Ile, na przykład, promieni światła i ciepła moglibyśmy zebrać ze wspominania o trudach świętych, pamięć których święta Cerkiew świętowała w ostatnich dniach! Wspominała Eliasza, który był gorliwy o Bogu Wszechwładcy, kiedy Izrael - zamiast Jedynemu prawdziwemu Bogu - zaczął oddawać cześć idolom.

Czy nie byłby ten prorok bardzo zasmucony w swojej płomiennej gorliwości i teraz, ujrzawszy duchową oziębłość tak wielu chrześcijan, ich brak chęci słuchania o Bogu i o życiu duchowym? Oczywiście chrześcijanie nie kłaniają się materialnym idolom, jak Izrael, pozostawiwszy Jedynego Boga, ale czy nie zastąpili oni idoli różnorodnymi namiętnościami, których materializacją były idole? Albo wspominała jeszcze święta Cerkiew proroka Ezechiela, którego dusza napełniona była „płaczem, westchnieniem i smutkiem” o nieprawościach Izraela (Ez 2, 10), ale który tym płomienniej oczekiwał odnowienia i zmiękczenia grubych i okrutnych serc Izraela, pocieszał ducha swego wizjami tajemniczej świątyni, chwalebnego sanktuarium, które Pan urządzi w samych sercach Izraela (Ez 36, 25-26). Czy ujrzałby ten prorok płomiennie oczekiwane przez niego duchowe odnowienie i zmiękczenie serc teraz, kiedy nie tylko nie chcą serc swoich przemienić w sanktuarium dla Pana, ale przeciwnie, starają się pozostawić dla Niego jak można najmniej miejsca w sercu, pozostawiając je prawie całkowicie dla świeckiego życia, które bez namiętności wydaje się prawie nie do pomyślenia, jakby bez podtrzymującego je tchnienia? Potem w tych dniach wspominała święta Cerkiew lampę płonącą i oświetlającą Pustelnię Sarowską, świętego mnicha Serafina. Ile światła, ciepła i radości rozprzestrzeniał i rozprzestrzenia dotąd na idących do jego pustelni (choćby tylko w myślach), aby ucieszyć się jego światłem! Prawda, i w naszych sercach wybuchają czasami promienie tego duchowego światła, ale jak ich działanie jest krótkotrwałe, i jak krótko pozostawiają ślady w naszej duszy! Jak słabe jest ich migotanie w porównaniu z tym stałym światłem, jakim płonął duch świętego mnicha Serafina, napełniony stałym rozrzewnieniem i radością!

Tak więc z wielką gorliwością i staraniem zbierajmy idące do nas zewsząd ze Słowa Bożego, z hymnów Cerkwi, z życia świętych Cerkwi itd. promienie duchowego światła i ciepła, żeby przez ten trud nasz nad swoim sercem stale odpędzać jego oziębłość, żeby zapłonął i nasz duch podobnie do ducha świętej równej apostołom Marii Magdaleny i innych świętych! Amen.

autor: święty kapłan męczennik Faddiej (Uspienski), arcybiskup twerski
tłumaczenie: Michał Diemianiuk

za: azbyka.ru

fotografia: Pawelwaniuk00 /orthphoto.net/

— św. kpł. mcz. Faddiej (Uspienski), tłum. M. Diemianiuk

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze z Polski

wszystkie →