śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Pytania i odpowiedzi 11 lutego 2026

Masz pytanie?

Prześlij je do nas.

Piszę z pytaniem, które od dłuższego czasu mnie nurtuje i które stawiam w dobrej wierze – nie w celu polemiki ani podważania nauczania Kościoła, lecz w poszukiwaniu zrozumienia i uczciwego rozeznania w odniesieniu do konkretnego ludzkiego doświadczenia. Od dzieciństwa byłem związany z chrześcijaństwem i Ewangelią. Szczególnie bliska była mi duchowość wschodnia, w której spowiedź rozumiana jest bardziej jako rozmowa, spotkanie i proces leczenia duszy, a nie akt jurydyczny. Do dziś noszę w sobie szacunek do tej tradycji, dlatego zwracam się właśnie do Was. Punktem wyjścia mojego pytania jest fragment Ewangelii Jana (J 8,14–19), gdzie Chrystus mówi o świadectwie, o sądzeniu „według zasad ludzkich” oraz o poznaniu Ojca poprzez poznanie Syna. Odczytuję ten fragment jako podkreślenie wagi osobistej prawdy, sumienia i relacji z Bogiem, a nie wyłącznie zewnętrznej kwalifikacji moralnej opartej na kategorii. Moje pytanie dotyczy sytuacji osoby żyjącej w trwałej relacji jednopłciowej, opartej na wzajemnej zgodzie, odpowiedzialności, wierności i trosce. W swoim sumieniu osoba ta nie doświadcza destrukcji, krzywdy ani oddalenia od dobra. Wręcz przeciwnie – życie w prawdzie, bez ukrywania się i wewnętrznego kłamstwa, przyniosło bardzo konkretne owoce: większą zdolność do miłości, stabilność emocjonalną, odpowiedzialność za siebie i innych oraz poprawę zdrowia psychicznego. Warto dodać także wymiar egzystencjalny, który jest dla mnie trudny, ale uczciwy do nazwania: życie w prawdzie, jako osoba jawnie homoseksualna, pozwoliło mi wyjść z głębokiego kryzysu psychicznego i oddaliło myśli samobójcze, które wcześniej były obecne. Trudno mi nie widzieć w tym realnego owocu dobra i życia. W tej perspektywie pojawia się dla mnie kilka szczerych pytań: 1. Czy w prawosławnym rozumieniu grzechu jako „choroby duszy” koniecznym kryterium diagnozy nie powinny być realne owoce w życiu człowieka? Jeśli dane życie nie prowadzi do destrukcji, rozpaczy ani krzywdy innych, lecz do większej integracji, odpowiedzialności i woli życia, to na jakiej podstawie uznaje się je za wymagające „leczenia”? 2. Jaką rolę w takim rozeznaniu odgrywa sumienie osoby wierzącej? Jeśli sumienie – po refleksji, modlitwie i uczciwym spojrzeniu na owoce własnego życia – nie widzi w danej relacji zła moralnego, czy jest ono całkowicie podporządkowane doktrynalnej kwalifikacji, czy też ma realne znaczenie w procesie duszpasterskim? 3. Jak w tej kwestii rozumieć relację między nauczaniem Chrystusa w Ewangeliach a fragmentami listów św. Pawła? Czy egzegeza tekstów Pawłowych – z uwzględnieniem ich kontekstu kulturowego, historycznego oraz faktu, że św. Paweł nie znał współczesnego pojęcia orientacji seksualnej ani trwałych, równych relacji jednopłciowych – jest brana pod uwagę w praktyce duszpasterskiej, czy też teksty te funkcjonują jako normatywne w oderwaniu od tego kontekstu? 4. Czy epitymia, rozumiana jako terapia duchowa, może być stosowana w sytuacji, gdy osoba nie doświadcza swojej relacji jako choroby, lecz jako przestrzeni dobra, wzajemnego wsparcia i odpowiedzialności? Czy „terapia”, na którą nie ma wewnętrznej zgody sumienia i która prowadziłaby do auto-nienawiści lub destrukcji psychicznej, może być jeszcze uznana za leczniczą, a nie wyłącznie dyscyplinującą? Zaznaczam wyraźnie: nie pytam o zmianę doktryny ani o jej podważanie. Pytam o praktykę duszpasterską, o sposób rozeznania konkretnego człowieka i jego życia w świetle Ewangelii, a nie wyłącznie w obrębie kategorii ogólnych. Będę wdzięczny za odpowiedź – nawet jeśli okaże się ona trudna. Zależy mi jednak na odpowiedzi odnoszącej się do przedstawionego doświadczenia i postawionych pytań, a nie jedynie na ogólnym streszczeniu obowiązującego stanowiska. Karol

To miłe, że „nosisz w sobie szacunek” dla wschodniej tradycji chrześcijańskiej, ale mam wrażenie, że traktujesz ją nieco „wybiórczo”. Spowiedź rzeczywiście bywa połączona z przejawem przewodnictwa duchowego jakim jest „rozmowa i spotkanie”, ale najważniejszym jej elementem ciągle pozostaje wyznanie grzechów, okazanie skruchy i wyrażenie żalu za ich popełnienie.  Misterium spowiedzi nazywamy „lecznicą” (cs. wraczebnica), ale, jak to bywa podczas wizyt u lekarza, nazwanie choroby/grzechu po imieniu czy postawienie diagnozy nie oznacza natychmiastowego wyleczenia. To raczej początek „procesu leczenia duszy”...

Na wstępie powołujesz się na fragment Ewangelii Jana (J 8,14–19) i odczytujesz w nim podkreślenie wagi OSOBISTEJ prawdy, sumienia, ale Jezus stwierdza tam wyraźnie: „sąd mój jest prawdziwy, bo NIE JESTEM SAM, lecz JESTEM JA I TEN, KTÓRY MNIE POSŁAŁ […] Ojciec, który mnie posłał, świadczy o mnie” (J 8,16.18)…

Próbę odpowiedzi na pytanie „dotyczące sytuacji osoby żyjącej w trwałej relacji jednopłciowej” rozpocznę od wskazania na kilkakrotnie cytowane już na tym forum kluczowe rozróżnienie/rozgraniczenie ujęte w książce „Święty dar życia. Prawosławne chrześcijaństwo i bioetyka”. Jej Autor, o. John Breck, dobitnie stwierdza, że „kwestią najwyższej wagi pozostaje ciągłe podtrzymywanie wyraźnego rozróżnienia pomiędzy orientacją [homoseksualną] i zachowaniami. Bez względu na to, jakie są jej przyczyny (fizjologiczne, genetyczne, psychologiczne i społeczne czy najprawdopodobniej połączenie ich wszystkich), orientacja homoseksualna nie jest ani grzeszna, ani zła (z zastrzeżeniem, że w tym upadłym świecie o każdej ułomności można powiedzieć, iż jest następstwem grzechu). Osoby z taką orientacją są w najpełniejszym znaczeniu osobami, nosicielami obrazu Bożego i wraz ze wszystkimi innymi powołane są do wzrastania ku osiąganiu Bożego podobieństwa. Gdy usiłują zmienić orientację na heteroseksualną lub gdy codziennie zmagają się o pozostawanie w cnocie czystości, potrzebują szczególnego wsparcia, zachęty i miłości Cerkwi – jej biskupów, kapłanów i laikatu”.  

Jeśli zatem opisując „trwałą relację jednopłciową, opartą na wzajemnej zgodzie, odpowiedzialności, wierności i trosce”, stwierdzając, że „w swoim sumieniu osoba ta nie doświadcza destrukcji, krzywdy ani oddalenia od dobra, wskazując na „bardzo konkretne owoce” tego „życia w prawdzie, bez ukrywania się i wewnętrznego kłamstwa” i wymieniając: „większą zdolność do miłości, stabilność emocjonalną, odpowiedzialność za siebie i innych oraz poprawę zdrowia psychicznego”, masz na myśli jedynie samą orientację, jej ujawnienie i towarzyszące mu „codziennie zmaganie się o pozostawanie w cnocie czystości”, Twoja opowieść brzmi wielce przekonywająco. Gotów byłbym zawołać: „tak trzymać”. Jeśli jednak w całym tym opisie zawarte/przemilczane/ukryte są homoseksualne zachowania, pojawiają się poważne wątpliwości… i jeszcze większe duszpasterskie trudności.

Aby to wyjaśnić, przytoczę wypowiedź jednego ze współczesnych prawosławnych teologów, autorytetów i duchowych ojców. Wysłuchując spowiedzi homoseksualistów zauważył, że zdecydowanie trudniej przychodzi rozmawiać i udzielać rozgrzeszenia tym, którzy żyją w trwałych związkach. Dlaczego? Ci, którzy nie są w stałych jednopłciowych związkach, próbują zachować cnotę czystości, ale w jakichś „nie/sprzyjających” okolicznościach ulegają wzmożonej pokusie, dochodzi do „przypadkowego” jednorazowego homoseksualnego zachowania. Przystępują niezwłocznie do spowiedzi, wyrażają żal, skruchę, obiecują (sobie i Bogu) poprawę, proszą o przebaczenie, które jest im wówczas udzielane. Po jakimś czasie przybywają ponownie z tym samym problemem. Znowu „się zdarzyło” i znowu to samo. W stałych związkach nie zdarzają się podobne „jednorazowe wpadki”, związek jest stabilny, więc pojawia się przeświadczenie, że wielokrotne, „uporządkowane” w tym stałym związku zachowania stają się dopuszczalne albo „usprawiedliwione”. W tym przypadkach przy spowiedzi brakuje też poczucia skruchy, pokajania – „głębokiego zrozumienia” i żalu za grzech, który nie jest postrzegany jako grzech…

Próbując ustosunkować się do wypunktowanych pytań, wskażę jedynie na możliwości ich rozpatrywania z mojej duszpasterskiej perspektywy. Nie będą to jednoznaczne odpowiedzi na postawione pytania, ale mogą, mam nadzieję, przynajmniej częściowo wyjaśnić prawosławne chrześcijańskie postrzeganie tych zagadnień i „dać do myślenia”.

1.Czy w prawosławnym rozumieniu grzechu jako „choroby duszy” koniecznym kryterium diagnozy nie powinny być realne owoce w życiu człowieka?

Czy nie oznacza to, że rozmiary/głębokość choroby duszy/grzechu powinniśmy „mierzyć” skalą „dobrych uczynków”? Jeżeli choruję, ale ciągle udaje mi się (z)robić coś dobrego, to choroba okazuje się, albo powinna być uznana za mniej dolegliwą czy groźną? Parafrazując Twoje słowa, zapytałbym: „Jeśli życie chorego nie prowadzi go do destrukcji, rozpaczy ani krzywdy innych, lecz do większej integracji, odpowiedzialności i woli życia, to pacjent przestaje być chory i nie wymaga „leczenia”?

2. Jaką rolę w takim rozeznaniu odgrywa sumienie osoby wierzącej?

Sumienie każdej osoby to głos samego Boga w jej sercu. Jako osoby wierzące powinniśmy się pilnie i uważnie wsłuchiwać w jego brzmienie. Jednak z własnego doświadczenia wiem, jak bardzo skutecznie nauczyliśmy się zagłuszać ten głos sumienia i dalej postępować „po swojemu”… Zarówno w dalszej, jak i w bliższej historii i współcześnie można wskazać wielu ludzi – uczonych, wysoko postawionych, władców, przywódców czy dyktatorów - którzy nawet po głębszej refleksji, modlitwie i uczciwym(?) spojrzeniu na owoce swego życia – nie dostrzegali zła moralnego. Czy MOJE WŁASNE sumienie jest na pewno wystarczająco obiektywne? Wspomnieć tu wypada, jak ważną rolę w misterium spowiedzi „odgrywa” jej świadek – obecnie to duchowny/spowiednik, ale w pierwszych wiekach chrześcijaństwa była to cała wspólnota wiernych, spowiedź była wówczas publiczna. Postrzegałbym to jako „poszerzoną gwarancję” obiektywizmu/bezstronności/prawdy.

3. Jak w tej kwestii rozumieć relację między nauczaniem Chrystusa w Ewangeliach a fragmentami listów św. Pawła?

Tego pytania nie rozumiem – nie wiem, o które fragmenty listów chodzi i o jakie elementy nauczania? Czy to sugestia, że Paweł nauczał inaczej? W odpowiedzi na pytanie: „Czy kontekst kulturowy, historyczny oraz fakt, że św. Paweł nie znał współczesnego pojęcia orientacji seksualnej ani trwałych, równych relacji jednopłciowych – jest brany pod uwagę w praktyce duszpasterskiej, czy też teksty te funkcjonują jako normatywne w oderwaniu od tego kontekstu?” sparafrazuję nieco część wcześniejszej wypowiedzi: „Gdyby św. Paweł wiedział, że w stałych związkach jednopłciowych nie zdarzają się <jednorazowe wpadki> bo związek jest stabilny, to zwielokrotnione, „uporządkowane” w tych stałych związkach homoseksualne zachowania uznałby za „usprawiedliwione” albo dopuszczalne?” Inaczej to ujmując: skoro św. Paweł w swoim braku wiedzy o późniejszych zmianach nie zgadzał się z czymś w swoim starożytnym „kontekście kulturowym”, to współczesne pojmowanie tej kwestii, inny „kontekst kulturowy” upoważnia do „zmiany praktyki duszpasterskiej?” Albo jeszcze inaczej: Skoro „pojęcie orientacji seksualnej i trwałe relacje jednopłciowe nie były wówczas znane”, to stają się dopuszczalne/normatywne tylko przez to, że się pojawiły i jest ich coraz więcej? W ostatnich dekadach gwałtownie wzrasta ilość rozwodów – w Polsce to niemal 30%, w innych krajach to nawet ponad 80% albo 90%. Czy ilościowy wzrost upoważnia do stwierdzenia, że są „dobre”? W odróżnieniu od niektórych wyznań chrześcijańskich, które „podążają” za kulturowymi zmianami i „dopasowują”(?) swoje (bo nie Chrystusowe i Pawłowe) nauczanie do ciągle postępujących zmian, prawosławne chrześcijaństwo na wszelkie zmiany i nowości reaguje ciągle tak samo  - „mierzy ciągle tą samą miarą”, którą jest nauczanie Chrystusa, przekazane nam przez św. Pawła i innych apostołów. Inny przykład: skoro czas „płynie” ostatnio coraz szybciej, czy słusznym rozwiązaniem byłaby formalna zmiana ustalonej długości sekundy i jej „wydłużenie”?

4. Czy epitymia, rozumiana jako terapia duchowa, może być stosowana w sytuacji, gdy osoba nie doświadcza swojej relacji jako choroby, lecz jako przestrzeni dobra, wzajemnego wsparcia i odpowiedzialności?

W odpowiedzi na to pytanie zacytuję ewangeliczną opowieść o uzdrowieniu paralityka przy sadzawce Betesda (J 5-1-16). Gdy Jezus ujrzał człowieka, który od lat trzydziestu ośmiu leżał tam, zmagał się ze swoją chorobę i ciągle czekał na poruszenie wody przez anioła, zapytał go: „Czy chcesz wyzdrowieć?” Komentatorzy podkreślają, że nie było to pytanie retoryczne! Aby wyzdrowieć, trzeba pragnąć wyzdrowienia! Trzeba też nad nim pracować. Pewien święty zbłądził i „otarł się” o herezję. Zauważył swój błąd, ale ciągle pociągały go niektóre przejawy tego zbłądzenia, przez co na zakończenie kierowanego do Boga modlitewnego błagania o wyrwanie go z tej pułapki stwierdził: „Ale może jeszcze nie teraz…” Praktyka duszpasterska wskazuje, że „rozeznanie sytuacji konkretnego człowieka i jego życia w świetle Ewangelii”, jest brane pod uwagę. Kanony soborów i świętych ojców zalecają konkretne terapie lecznicze na poszczególne choroby duszy. Np. św. Bazyli Wielki grzech cudzołóstwa/nierządu zaleca traktować dwunastoletnią ekskomuniką, odłączeniem od przyjmowania „lekarstwa i pokarmu nieśmiertelności”. Było to w czasach (IV w.) gdy chrześcijanie przystępowali do Eucharystii często (niemal codziennie) i regularnie. Obecnie terapia tego rodzaju nie jest stosowana, ale nie dlatego, że cudzołóstwo przestało być grzechem. Chrześcijanie nie przestępują do komunii równie często i regularnie, przez co terapia „nie działa” równie skutecznie, jak niegdyś. Stosowane są zatem uwspółcześnione, „skontekstualizowane” „zamienniki”…

— Ksiądz Włodzimierz Misijuk

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Polecane przez czytelników

z ostatniego kwartału
wszystkie →

Najnowsze z Polski

wszystkie →